Stado.Dziennik.

Obrazek posta

18.05.2026 (poniedziałek)


 

A więc udało się. Zrobione. W piątek, pomyślnie kończę pierwszą redakcję książki. “Wielu mężczyzn” (bo taki tytuł będzie nosiła moja dziewiąta książka z wierszami) broni się w powtórnym czytaniu, które ma miejsce w sobotę. Naturalnie mam te same co zwykle wątpliwości, tyle że trudno ich nie mieć jeśli od dwudziestu lat zajmuje się człowiek sprawami, które nikogo niemal nie obchodzą, bo i czemuż miałyby obchodzić biorąc pod uwagę powszechnie przyjęte standardy dla spraw istotnych. Jednym z nich jest pożądana, a nawet konieczna możliwość monetyzacji wszelkich, podejmowanych działań. W tym wypadku naruszenie standardu sprawia, że nad pisaniem i wydawaniem wierszy zbierają się ciężkie chmury absurdu, a tym samym trudności w zrozumieniu celu takiego działania. Czy w rozmowie na ten temat prowadzonej na przykład z kolegą z pracy powinienem powołać się na Byung - Chul Hana i parafrazując jego myśl oświadczyć: Kochany, nie czytamy współcześnie poezji, nie czytamy jej niemal wcale jeśli przypadkiem jej nie pisujemy, bowiem nie występuje w wierszu podana na tacy konkluzja, często nie ma w nim nawet żadnej “finalnej prawdy”, owej “pornograficznej ostrości”, z której mój Drogi słynie nasza epoka. Wiersz jeżeli produkuje sens, robi to bardziej dyskretnie niż powieść kryminalna posługująca się bezpieczną i pożądaną dzisiaj “jednoznacznością”. W tym miejscu mógłbym wprost zacytować Hana, co niewątpliwie doprowadziłoby do tego, że wyobrażona rozmowa na temat sensu tworzenia poezji znalazłaby swój gwałtowny koniec. Mógłbym powiedzieć: Kochany, jak powiada filozof: “Wiersze są magicznymi ceremoniami języka radykalnie zrywając z ekonomią produkcji znaczeń, zasada poetycka przywraca rozkosz mowie”. I w czasie gdy mój kolega ratowałby się ucieczką przez okno, mógłbym wykrzyczeć za nim dalszy ciąg myśli koreańskiego filozofa: “Poetycko się nie produkuje” - krzyczałbym za nim wciąż cytując - “Poezja jest zatem buntem wznieconym przez język przeciw jego własnym prawom, które służą produkcji sensu”. I kiedy mój kolega po skoku z okna starałby się rozpaczliwie wygrzebać z dzikiego bzu rosnącego nieopodal, dodałbym triumfująco: “Czytając wiersze, cieszymy się samym językiem. Natomiast pracujący, informacyjny język nie cieszy”. 

Nie jestem łatwym rozmówcą, niewiele ryzykuję. Przede wszystkim jednak rozmowa o poezji z kimkolwiek poza promilem tych, których to interesuje to jest mówienie do ściany. Oczywiście jeśli nie ma w sobie człowiek powołania do aktywności apostolskiej. Ja nie mam. Natomiast rozmawiając o poezji - poza wyjątkowymi sytuacjami - odczuwam zwykle rodzaj skrępowania właściwy dla okoliczności, w których wiemy, że jesteśmy słuchani “z grzeczności” lub że nie jesteśmy słuchani z zainteresowaniem. Tak czy owak - “Wielu mężczyzn” w dalszej kolejności trafi do wydawcy, a do druku pójdzie w przyszłym roku. 

Radek przysyła wczoraj nowy wiersz, który napisał po długim okresie niepisania. Być może i mnie wiersze zaczną się pisać, ponieważ już o tym myślę, a myśl jest dla wiersza równie dobrym początkiem jak Słowo dla aktu Stworzenia, chociaż wciąż kwestią wiary pozostaje, że to właśnie ono “było na początku”, podobnie jak kwestią wiary jest i prawdopodobnie zawsze będzie to, że wiersz jest jakąkolwiek koniecznością albo że z jego ideą wiąże się jakakolwiek “niezbędność”. 

Podczas gdy wieczory wypełnia mi Prus treścią “Lalki” dni upływają na czynnościach równie prozaicznych, co założenia pozytywizmu wobec romantycznych wyobrażeń dotyczących “możliwego życia poety”. Więc jestem ojcem siedemnastolatka, który za rok zdawał będzie egzamin dojrzałości i jestem ojcem dziesięciolatki, która na moich oczach z dziewczynki nieporadnie składającej zdania podrzędnie złożone zamienia się w panienkę, która tę zdolność intensywnie doskonali. Jestem również kimś dla kogo nie potrafię odnaleźć odpowiedniego statusu na bazie Kodeksu rodzinnego, kiedy moje myśli krążą wokół Wi bowiem dotycząca nas w ostatnich latach redefinicja pojęć związanych z tradycyjną rodziną uniemożliwia to skutecznie i konsekwentnie. Ten dziennik próbuje się z tym mierzyć zachowując konieczną w tych kwestiach dyskrecję, a tym samym, sam sobie nie pozwala stać się tym, czym dziennik być powinien - bez czego nie ma dziennika - nie pozwala sobie bowiem na “wyznanie” lub pożądaną współcześnie pornograficzną autentyczność. Ileż  ulgi przyniosłaby nagość zwierzeń pozbawiona form mieszczańskich - bezpruderyjne, pozbawione skrupułów obnażenie z pogranicza kompromitacji lub skandalu. Ileż wolności w upadku dobrego obyczaju. Ileż radości w cudzej klęsce, w której ktoś widzi pretekst dla opowieści. I żeby to było blisko mięsa, w krwiobiegu, moralnie wątpliwe lub przynajmniej wątpiące w moralność. Z takim dziennikiem przyjść do czytelnika, to jak urządzić pogrzeb wszelkiej intymności, a potem upić się do nieprzytomności na stypie. Przecież potrafisz Marcinku zadbać o taką rozrywkę, dlaczego zatem brniesz beznamiętnie w półśrodki? - pyta mnie mroczny doppelgänger, a Naomi Klein spogląda na mnie z okładki swojej książki wieńczącej stosik książek przeczytanych. 

Dzień, który zmienia biegi wydarzeń niewiele różni się od innych. Jeżeli wciąż chcemy widzieć w słowach sprawczą moc - zdajmy się na słowa. Jeżeli taką moc przypisujemy uczynkom - odrobinę dłużej możemy czuć się bezpieczni. Ostatecznie dość często pierwsze nie kończy się drugim. O wszystkim decyduje konieczność. Jeżeli potrafimy rozpoznać subtelny urok jej wibracji sięgamy po nią jak sięga się po kapsułkę z cyjankiem. Jeszcze chwilę trzyma ją człowiek na języku i to jest właśnie to “mgnienie”, które lubimy nazywać “życiem” w nieustannym i głupim podziwie dla prędkości z jaką nam ucieka.

Dzisiaj przeżyłem taki dzień. 

 

Zobacz również

Stado. Dziennik.
Stado.Dziennik.
Stado.Dziennik.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...