Stado.Dziennik.

Obrazek posta

19.05.2026 (wtorek)


 

"(...) Jak mądrze żyć w obliczu niechybnej śmierci. Od wieków bowiem targa człowiekiem uzasadnione podejrzenie, że jego życie z perspektywy dziejów wszechświata sensu nie ma. (...) Literatura stała się więc rywalką religii na polu mądrości życia, która powstaje w zmaganiu się zgrozą bezsensu (...) tę wielką pracę egzystencjalnego pocieszenia literatura wykonuje od wieków” - pisze Ryszard Koziołek w “Ćwiczeniach z wyobraźni teologicznej”. Ja tymczasem mącę obraz nadzieją, która w moim wypadku przypomina chemioterapię stosowaną w miejsce leczenia paliatywnego. Literatura, która przynosi ulgę - jest używką. Jej mechanizm reguluje emocje w równie podstępny sposób. Rozpaczliwie próbuję znaleźć w sobie przestrzeń jakkolwiek rozumianej religijności. Choćby to miała być skłonność do typowego dla niej sposobu myślenia, w którym nadzieja jest wyborem naiwności redukującym nas do poziomu dziecka, które jeszcze potrafi zaufać, a tym samym - wciąż wierzy. Nie o takiej nadziei opowiada jej filozofia, która lubi w niej widzieć “ruch poszukujący” stawiając go w opozycji do “reżimu stachu” (Byung-Chul Han), lubi czynić z niej “sprzeciw” wobec “natłoku nieszczęścia” i zwrot ku “przeczuwanej mocy dobra” (Wojciech Zalewski), wiąże ją ściśle z rozpaczą, która jest miejscem jej narodzin (Gabriel Marcel), lokuje ją w spotkaniu z “drugim człowiekiem” wyrażając to, co w nas najbardziej “osobowe” (Józef Tischner). Panteon mądrości czy “Wieża z kości słoniowej”? 

Obudzony w pochmurny, majowy poranek czuję wyłącznie miałkość celu dźwignięcia się z łóżka. Raz po raz dręczony tym samym pytaniem powinienem wreszcie przyjąć do wiadomości, że to jest mizeria, od której nie sposób się odwrócić. Szorując siekacze przyglądam się jak piana z pasty spływa mi po brodzie i mam świadomość ponurej komiczność sceny, bo przecież ten obrazek nie oddaje tego, że mężczyzna, który czyni poranne ablucje znajduje się w gruncie rzeczy w rozpaczy, którą można przeciąć w pół robiąc z żyletki inny użytek niż modelowanie zarostu wokół twarzy. Z drugiej strony pretensjonalność samobójstw z przyczyn egzystencjalnych czyni je wyborem w szczególnie złym guście. A przecież wybór formy jest wyborem istotnym. Stefan Chwin w “Samobójstwie jako doświadczeniu wyobraźni” pisze o samobójstwach anihilacyjnych (tutaj bardziej mężczyźni np. skok pod rozpędzony pociąg);  o samobójstwach “miękkich” (bardziej kobiety z uwagi na zintegrowaną konsystencję zwłok i estetyczny wygląd martwego ciała); o samobójstwach “twardych” (to te brutalne, krwawe, bolesne, radykalne np. śmierć w ogniu lub cios nożem w trzewia). Pochyla się Chwin nad samobójstwami o dominancie integracyjnej, które są formą dialogu ze światem oraz samobójstwami somatycznymi, agresywnymi, mściwymi, raniącymi. Widzimy zatem katalog, w którym każdy może odnaleźć coś dla siebie. Spoglądamy na ostateczność, bezsilność i rozpacz dopieszczone szeroką gamą alternatyw, które podobnie jak funkcjonowanie w przeżartej bezmyślnością współczesności zbiegają się w jednym punkcie - w śmierci. Oto jedyna “stała” w przestrzeni miliona “zmiennych”. 

Ubieram się i wychodzę do pracy. W zimny maj. Idąc myślę jeszcze o tym, co u Prusa w “Lalce” powiada o śmierci Wokulski: “Bo cóż to jest obawa śmierci? Złudzenie! (...) Istotnie, obawa śmierci jest najkomiczniejszym złudzeniem, jakim od tylu wieków ulega ludzkość. (...) Niby to ucywilizowani, lękamy się śmierci…” A przecież mówi to Wokulski zaraz po tym jak go Wysocki zwlókł z torów, na które rzucił się powodowany zawodem miłosnym (samobójstwo anihilacyjne wg typologii Chwina). Sam sobie później Wokulski z pretensją wyrzuca, że chciał z życiem skończyczyć “przez spódnicę” - lecz chciał i gdyby nie Wysocki skończyłby rozrzucony wzdłuż torów jak truchło leśnego zwierzęcia. Jednocześnie uznaje Wokulski “wstręt do śmierci” za istotny element ludzkiego trwania na Ziemi. Gdyby nie ów “wstręt” - jak twierdził - człowiek - “ten najmądrzejszy zwierz nie dźwignąłby kajdan życia”. Tyle że Wokulski żyć nie chce, a do Wysockiego, który dzięki narracyjnej interwencji Prusa - ratuje Wokulskiemu życie - ów nieszczęśliwie kochający się w Beli Łęckiej kupiec, powiada: “A na drugi raz…Gdybyś spotkał takiego człowieka…Rozumiesz?...Gdybyś spotkał, nie ratuj go…Kiedy kto chce dobrowolnie stanąć ze swoją krzywdą przed boskim sądem, nie zatrzymuj go…Nie zatrzymuj!...” 

Więc zawsze obecny element determinacji - samobójczego zrywu, który przez wielu traktowany jako przejaw słabości, a nawet rodzaj tchórzostwa, może być przecież widziany jako akt odwagi - ostatecznej i wielkiej rezygnacji, odmowy uczestnictwa oraz wypowiedzenia posłuszeństwa społecznej normie, a nawet instynktowi przetrwania, od którego silniejszy wydaje się jedynie ludzki instynkt posiadania racji (Noica), czego dowody zbieramy w nadreprezentacji tej skłonności wyrażane w mediach społecznościowych. Definitywny finał wydaje się dzisiaj niezrozumiały tym bardziej, że nawet błahy serial dostępny w streamingu musi być rozciągnięty na dziewięć sezonów po to, żeby ostatecznie zostać “domkniętym” - “otwartym zakończeniem”. Nie staram się porównywać decyzji o odebraniu sobie życia do formatów telewizyjnych. Rzecz sprowadza się do umiejętności uznania, że już dość. Tę umiejętność w pewnym sensie tracimy. Oczywiście alarmująco rosnąca liczba samobójstw stanowić powinna przeciwdowód dla tych rozpoznań, co nie oznacza, że nie ma w nich odrobiny słuszności jeśli za punkt odniesienia przyjmie się dość powszechną ocenę gestów i aktów samobójczych postrzeganych wciąż jako rodzaj klęski w konfrontacji z tym, co Wokulski nazywa “kajdanami życia”. 

 

Pozostajemy ślepi na własne własne skłonności. Nic nowego. Jedno jest pewne. Gdyby Wokulski jakimś cudem poślubił jednak pannę Łęcką, wcześniej czy później zacząłby zastanawiać się na nowo, czy lepiej młodą żonę uczynić wdową, czy rozwódką? Z uwagi na fakt, że rozwody w owym czasie pozostawały niemal niedostępne spodziewam się, że ucieczka od udręki małżeństwa z kimś takim jak panna Bela skończyła by się ostatecznie pod kołami iskrzącej lokomotywy. 

…a maj?  Wciąż nie ma w sobie nic z kwietnych i pachnących majów, które pamiętam z dzieciństwa. Wracam więc do tych wspomnień roztkliwiony nieznośną i niepoprawną postawą Wokulskiego, który zostałby dzisiaj wyklęty przez całą manosferę za swoją słabość i swoje skłonności do idealizowania istot podobnych do Łęckiej, która koniec końców nie jest niczemu winna będąc córką epoki, z której została ulepiona. Czy dzisiaj rzecz ma się lepiej wobec tego, że wolno już nam się kochać bez pamięci, a klasa i urodzenie nominalnie przestają być w tym przeszkodą nie do pokonania? Czy rzeczywiście “przestają”, czy raczej straciliśmy z oczu to, co faktycznie nas różni skoro głęboko wierzymy w fikcję, że wszystko jest dzisiaj możliwe, a jedyne ograniczenia, które nas krępują to te, które nosimy w sobie. Jak wielką to bzdura zaczynamy rozumieć na różnych etapach życia. Lepiej późno niż wcale. Tak czy owak bez względu na upływ stuleci żądza nami podobne, jeśli nie takie same namiętności, z tą różnicą, że dzisiaj mamy w sobie o wiele mniej wstydu i nawet nie próbujemy zadbać o pozory. 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
Stado. Dziennik.
Stado.Dziennik.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...