Dziennik Torira
Jestem starcem, wszyscy moi bliscy odeszli już dawno. Najpierw rodzice, gdy jeszcze byliśmy dziećmi, potem Ketil, nawet nie wiem gdzie, a wraz z nim moja żona i dziecko. A wcześniej inni, których kochałem i którym wiernie służyłem, jak biskup Pall. My, Islandczycy, nie jesteśmy skłonni do wynurzeń, nasz naród stworzyli ludzie twardzi i niewykształceni. Ja jednak odebrałem nauki, gdy udałem się wraz z późniejszym biskupem jako jego opiekun i sługa do Lincolnu w Anglii. Byłem jego rówieśnikiem, rosłem w rodzinie wojownika, ale byłem chowany na farmera. Urodziłem się na farmie w okolicy Oddi, ledwie dzień jazdy konnej od Skálholt.
Oddi to miejsce narodzin mego biskupa, a także nas ośmiu — ośmiu synów Hrafna Hrafnssona, wikinga, który osiadł nieopodal, bo postanowił, że już nie chce walczyć, grabić i zabijać.
Sæmundr Mądry, prapradziad Pálla, założył w Oddi szkołę, którą za naszej młodości kierował ojciec mego biskupa, Jón Loftsson. Tam kiedyś uczył się sławny dziś Snorri Sturluson, a także wuj Pálla, św. Torlakkr.
Myślę dziś o tych wszystkich wielkich i sławnych ludziach, których przyszło mi poznać przez to długie życie. Byli tam uczeni, artyści, pisarze, święci nawet, ale akurat owego Snorriego nie wspomnę tu z przyjaźnią. Czemu? Jeśli me starcze oczy nie zamglą się całkiem, a dłoń będzie zdolna pióro utrzymać, opowiem na kartach tego pamiętnika.
Ojciec chciał, abym objął po nim farmę, ale wcześniej miałem poznać pismo i podstawy wiedzy i wiary. Właśnie tam, w szkole w Oddi, do której od młodych lat chodziliśmy razem jako dzieci — Pall i ja, Torir Hrafnsson. Wspominam tu nomen patronymicum po raz ostatni, bo jako kapłan jestem sługą Boga i jako taki chcę być zapamiętany. Lub, jeśli taka wola Pana, zapomniany jak wielu lepszych przede mną.
Poznawszy te podstawy, zapragnąłem od razu zostać diakonem i móc studiować dalej, w drodze do kapłaństwa. Matka moja umarła w połogu, więc kiedy ojciec poznał me zamiary — w mądrości swej i dobroci nie chcąc się im sprzeciwiać — żonę młodą pojął i synów płodzić począł, mnie rękę wolną zostawiając.
Tak oto przybocznym Palla się stałem, potem kapłanem, a gdy przyjaciel mój stolicę biskupią objął, zarządzać zacząłem jego dworem w Skálholt. Dało mi to możność opieki nad młodszymi braćmi, gdy Hafnr i jego młoda żona w pożarze zginęli. Opiekowałem się braćmi, na wojennych ludzi kierując, bo gdy farma spłonęła, sami tak zdecydowali. Czy dobrze?
Nie wiem, teraz gdy sam zostałem, bo oni w morskich wyprawach i w czasach wojny Sverrira z biskupami poginęli, myślę, że mądrzejszą przyszłość mogłem im zgotować. Dwóch braci straciłem w wojnach norweskich. Eyvindr utonął pod Fimreite, gdy król Magnus przegrał z królem Sverrirem — miał dwadzieścia lat, dopiero co wsiadł na statek. Hallr padł później, pod Oslo, walcząc po stronie biskupów przeciw nowemu królowi. Pochowano go gdzieś w Norwegii, nie wiem nawet gdzie. Bjarni, wrócił z trzeciej krucjaty i umarł u nas, na farmie, z ran, których nie umieliśmy uzdrowić.
Tak, nie jest łatwo braci chować, do tego siedmiu. Pieczę nad nimi miałem, ot i wszystko, a żyli swoim życiem. Tylko najmłodszy, Ketil, dłużej u mego boku został, a lepiej by mu może było na jakiej wojnie zginąć, bo nawet nie wiem, gdzie go wiatry pognały. A przecież to od niego wszystko się zaczęło.
Trwa ładowanie...