Stado.Dziennik.
26.05.2026 (wtorek)
Więc jednak wydarzyło się coś wartego odnotowania w zupełnie innym duchu niż dotychczasowe zapiski. W sobotnią noc siadam do pracy ściągnięty do ekranu laptopa przez kursor pulsujący w jasnym oknie edytora tekstu. O trzeciej w nocy jestem już autorem trzech wierszy, w sobotni poranek powstają kolejne dwa, wieczorem dwa następne - razem jest ich siedem - tylko przez kilka godzin, ponieważ przed południem we wtorek mam już gotowych wierszy osiem, co bez wątpienia jest zalążkiem projektu nowej książki dla której znajduję tytuł. Przez jakiś czas pozostawię go jednak w ukryciu, ponieważ to co w ukryciu - może znaczyć więcej.
Z niepokojem myślę o losie tego dziennika. Czy wytrwam w zapiskach skoro wydarza się właśnie radykalna zmiana języka? Sposób w jaki pracuje wyobraźnia, którą posługuje się wiersz jest w swojej istocie odległa od tego czym jest diarystyka, którą możemy wprawdzie uprawiać na wiele sposobów jednak zawsze będzie to opowieść w innej energii, w innej dynamice. Być może czynione tutaj spostrzeżenia i uwagi, zapis zdarzeń i wahliwe konkluzje powinienem teraz pchnąć w kierunku komunikatu, który operuje w rejestrach o wiele bardziej bliskich poezji niż prozie. Istnieją przecież dzienniki zbliżone do poematu. A może tylko mnie wydaje się, że istnieją ponieważ moja wyobraźnia zawsze była i będzie wyobraźnią kogoś kto nawykł do myślenia wierszem? To uniwersum, w którym czuję się bezpiecznie. Przede wszystkim jednak mam wrażenie, że jestem w domu. Doskonale znam rozkład pomieszczeń, potrafię tego domu słuchać, rozumem jego mowę. Każdy język - inny od języka wiersza - jest dla mnie językiem nie-ojczystym. “Drugim językiem”, a więc - obcym. Wiersz jest porządkiem, który potrafię kodować. Być może zjawia się teraz, ponieważ mój stan w ostatnich miesiącach uległ znacznemu pogorszeniu i jestem więcej niż przekonany, że rośnie we mnie entropia i stoję przed coraz bardziej możliwym - rozpadem. Dzisiaj wychodzi się z opresji z wachlarzem wirtualnych recept z nadzieją na cudowne moce zamknięte w psychoaktywnych substancjach. Redukujemy samych siebie do chemii naszych mózgów, a przecież możemy być kimś więcej, co wiąże się niestety z koniecznością zaakceptowania wielu zjawisk towarzyszących - rzekłbym - dolegliwości bólowych w sensie ścisłym i znaczeniu metaforycznym. Na przykład spektrum nieuniknionej w tym wypadku melancholii. Kiedyś istniała jako byt odrębny. Nietuzinkowy stan duszy - obolałość. Smutek, który się jątrzył bez powodu i utrata - równie głęboko odczuwana, wszechobecna. Dzisiaj zmedykalizowana melancholia leczona jest pigułkami, a melancholicy koncentrują uwagę na wychwycie zwrotnym serotoniny. Depresja stała się chorobą cywilizacyjną zbierając obfite żniwo. Trudno odnaleźć się w rzeczywistej skali choroby, która diagnozowana jest tak powszechnie. Może po prostu świat choruje, a tym samym to, co nam dolega staje się coraz bardziej przeźroczyste, aż w końcu tracimy to z oczu. Z drugiej strony - najlepsze wiersze rodzą się z niepewności i w niepewności, w stanie rozchwiania. Niestabilna pełnia - w tym cały sekret, cała tajemnica. A zatem nie zgnuśnieć w dobrostanie, do którego namawia współczesna kultura. Teoretycznie jedyna obawa której nie mam. I jeszcze patos stwierdzenia Jaccotteta: " Nie ma poezji bez wzniosłości." Dzisiaj niezbędna jest odwaga, żeby przyznać mu rację. Całe pokolenie uciekały od podobnych prawd. "Chyba tylko dzięki poezji możemy stawić czoło temu, co nie do zniesienia" - pisze Jaccottet w "Samosiewach" i podnosi stawkę. Przy kartach w takiej chwili mówi się pas lub wstaje się od stołu - bez słowa.
Poza tym - niepokojące stany emocjonalne. Ich ponowne rozchwianie utrudnia mi codzienne funkcjonowanie. Na szczęście maj eksplodował zdecydowanie wiosenną pogodą i słońcem, które nawet przebywając w metaforycznej skądinąd ciemności, potrafię zauważać. Nie wiem tylko, czy potrafię się tym cieszyć. Do kolekcji coraz bardziej żywych we mnie mroków dokładam podwójny seans - “Panna Młoda” - w reżyserii Maggie Gyllenhaal z Jassie Buckley w roli tytułowej oraz towarzyszącym jej Christianem Bale’em okazuje się obrazem, który jako kolejna wariacja wokół kanonicznej opowieści o Frankensteinie autorstwa Mary Schalley, zaskakuje świeżością, poetyką, a nawet w pewnym sensie paradoksalną wymową publicystyczną. Tam gdzie pojawia się postać potwora powołanego do życia przez ekscentrycznego naukowca (w tym wypadku naukowczynię, co wpisuje się w ogólnie panującą tendencję) tam zawsze rodzi się historia o miłości, utracie, wielkiej samotności i pragnieniu obecności Drugiego - chciałoby się powiedzieć - człowieka, ale w tym wypadku tak powiedzieć nie można (czy na pewno?). Naturalnie warto nie tracić z oczu faktu, że to jest jednak kino gatunkowe, w którym obowiązują reguły określonej konwencji. Że ktoś nam jednak opowiada bajkę o potworach, której źródłem jest powieść napisana przez kobietę w drugiej dekadzie dziewiętnastego stulecia. Dzisiaj nie obawiamy się potworów tak jak kiedyś. Potwory mamy w telewizji - w programach informacyjnych, w parlamentach, w lucyferycznych przestrzeniach korporacji i w mediach społecznościowych w podmiocie zbiorowym komentariatu. Mamy je również “u władzy”, a Donald Trump, Elon Musk, czy Władimir Putin są o wiele bardziej upiorni niż hybryda Frankenstein/Nosferatu/Dracula, a nawet całe uniwersum Lovecrafta.
Trwa ładowanie...