Sojusz kulawych

Kilka miesięcy temu w polityce europejskiej pojawiło się porozumienie państw G-3, Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec, które pretendują do odegrania przywódczej roli na kontynencie, koordynując swą politykę wobec wojny na Ukrainie czy innych fundamentalnych kwestii. Nieskrywaną ambicją liderów tych państw jest wypełnienie coraz większej „próżni geostrategicznej” powstającej w związku ze zmianą amerykańskich priorytetów i stopniowym redukowaniem zaangażowania w sprawach europejskich. Problemem jest wszakże to, że G-3 to sojusz państw, których zdolności ulegają dramatycznej redukcji, pogrążonych w głębokim kryzysie i rządzonych przez niepopularnych przywódców o których można wiele powiedzieć, ale nie to, że mają klarowną wizje przyszłości. Jeśli ton w europejskiej polityce mają wyznaczać liderzy pokroju Macrona, Merza czy Burnhama, to nad przyszłością kontynentu należałoby zapłakać bo tego rodzaju przywództwo nie zapowiada sukcesów. Trudno zresztą uczciwie utrzymywać, że Niemcy, Francja i Wielka Brytania to ekspansywne, pełne energii i wigoru państwa, których przywódcy zdolni są do wytyczenia drogi w przyszłość. Mamy raczej do czynienia z potęgami przeszłości, które zazdrośnie strzegą swojej słabnącej pozycji broniąc resztek znaczenia. Paradoks sytuacji w której się znaleźliśmy polega również na tym, że łatwiej im jest powstrzymywać sojuszników hamując i temperując ich ambicje niż przeciwstawić się rywalom. Format G-3 ma niewielkie szanse aby zagwarantować stabilną przyszłość Europie, za to może zrobić wiele aby zbudować monopol przywództwa. Przeanalizujmy sytuację zwracając uwagę na problemy Francji. O Wielkiej Brytanii pisałem już kilka tygodni temu (https://patronite.pl/post/99486/wielka-brytania-kryzys-degradacja-i-rozczarowanie), i warto zapewne będzie niedługo dodać dodatkowe elementy opisujące sytuację Londynu, takie jak deklaracja Burnhama, iż jego rząd nie zmniejszy wydatków socjalnych aby zwiększyć nakłady na bezpieczeństwo, a kryzys w Niemczech dopiero się rozwija i jeszcze będzie czas aby szczegółowo opisać rysujące się trendy. Teraz kolej na Francję, żyjąca wspomnieniem starej potęgi, której przywódcy kreślą śmiałe wizje geostrategiczne.

14 maja 2017 roku Emmanuel Macron został zaprzysiężony na prezydenta Francji. Gdyby 10 lat jego rządów oceniać wyłącznie w kategoriach ekonomicznych to bilans jest dramatyczny. Marc Touati, ekonomista, doradca eToro i prezes firmy ACDEFI, pisze na łamach Journal du Dimanche, że „Rzeczywistość jest niezaprzeczalna: w 2026 roku sytuacja gospodarcza, finansowa, społeczna i socjalna Francji jest znacznie gorsza niż na początku kadencji Macrona. Aby w pełni zrozumieć skalę szkód, kilka oficjalnych danych jest więcej wartych niż długie przemówienia. Począwszy od eksplozji długu publicznego. Od pierwszego kwartału 2017 roku do pierwszego kwartału 2026 roku wzrósł on o 1,28 biliona euro, podczas gdy francuski PKB wzrósł (w tym samym czasie - MB) zaledwie o 770 miliardów euro.” Z deficytem finansów publicznych na poziomie 5,1 % Francja odnotowuje najgorszy wynik z 21 krajów strefy euro. Touati pyta retorycznie „gdzie wyparowało” 510 mld euro, czyli różnica między kwotą o jaką wzrósł dług publiczny a wzrostem PKB, skoro jakość usług publicznych w powszechnym odczuciu w ciągu tych 10 lat znacznie spadła. Bezrobocie na koniec 2026 roku, jak się szacuje będzie wynosiło we Francji 9 %, czyli tyle ile wynosiło w 2017 roku, kiedy Macron obejmował rządy. Według statystym MFW mierząc potencjał państwa wielkością PKB per capita Francja spadła z 22 miejsca na świecie jakie zajmowała w 2017 roku na 33 pozycję.

François Lenglet, komentator RTL pisze wręcz o „katastrofie budżetowej” dwóch kadencji Macrona i przypomina, że kiedy przejmował on władzę z rąk Hollande’a deficyt budżetowy wynosił 3 % i porównując politykę kolejnych francuskich rządów ery Macrona argumentuje, że „porównanie z naszymi sąsiadami jest uderzające. Nasze skumulowane deficyty stanowią 44% PKB. W tym samym okresie strefa euro odnotowała deficyty na poziomie zaledwie 32% PKB. Innymi słowy, gdybyśmy poszli w ślady sąsiadów, wydalibyśmy o 370 miliardów euro mniej, co odpowiada rocznym francuskim dochodom podatkowym.” Przypomina też, że Francja nie wykorzystała też chwilowego boomu gospodarczego po zniesieniu lockdownu, może dlatego, że emerytury wykorzystano go niemal wyłącznie dla wzrostu wydatków, w tym emerytur o 5,1 % i płac w służbie cywilnej o 3,5 %.

66 % Francuzów, ankietowanych we wrześniu, jest zdania, że bilans 10 letnich rządów Macrona, w sferze ekonomicznej, jest zły.

Perspektywy są niewiele lepsze. Projekt ustawy budżetowej na 2027 rok został przekazany do zaopiniowania przez Naczelną Radę Finansów Publicznych. Przewiduje on wzrost obowiązkowych danin publicznych o 0,3 punktu procentowego PKB w latach 2026-2027. Zadłużenie wzrośnie i osiągnie 121,7% PKB w przyszłym roku. Co prawda w zeszłotygodniowym wywiadzie dla Le Figaro premier Lecornu oświadczył, że nie planuje podnosić podatków, ale z deklaracji tych niewiele w ciągu tygodnia zostało.

Nie mający większości parlamentarnej rząd, który jak się uważa będzie musiał pójść na kompromisy z opozycją co raczej zwiększy wydatki i obniży oszczędności, zaplanował, iż w przyszłym roku uda mu się zmniejszyć wydatki publiczne o 0,2 % PKB z obecnego poziomu 57,1 % do 56,9 %. Wbrew pozorom jest to ambitny cel, który niełatwo będzie osiągnąć w roku wyborczym, tym bardziej, że wzrosnąć mają wydatki na obronność i koszty obsługi długu publicznego. Te są już obecnie największa pozycją francuskiego budżetu, który zmuszony jest wyasygnować na obsługę obligacji ponad 80 mld euro w tym roku, a w 2029 roku ma to być nawet 107 mld euro. To są szacunki z kwietnia 2025 roku, sytuacja obecna jest znacznie gorsza. Ostatnie prognozy wskazują, że już w 2027 roku koszty obsługi długu wyniosą 90 mld euro, o ile nie nastąpi katastrofa. A to nie jest takie pewne. Ze względu na kryzys paliwowy wywołany zarówno wojną na Ukrainie jak i w Zatoce Perskiej w ostatnim czasie na międzynarodowych rynkach finansowych odnotowuje się skokowy wzrost cen rządowych papierów skarbowych. Szczególnie zmiany te dotykają państwa, takie jak Francja, w których wysokie zadłużenie w relacji do PKB skorelowane jest z polityka stałego deficytu budżetowego a niestabilna sytuacja wewnętrzną utrudnia politykę oszczędności. 

Dziennik L’Express opublikował nawet fikcyjny, ale zdaniem redakcji bardzo prawdopodobny, scenariusz załamania francuskich finansów publicznych, a proces ten miałby się zacząć już 13 października bieżącego roku. Premier Lecornu w odpowiedzi na projekt budżetu przedstawiony w Zgromadzeniu Narodowym najpierw spotyka się z fala sprzeciwu opozycji, czego dowodem jest zgłoszenie ponad 4 500 poprawek do ustawy a następnie musi liczyć się z głosowaniem w sprawie wniosku o votum nieufności, który zgłaszają przedstawiciele radykalnie lewicowej formacji France Insoumise. Rząd upada, a sytuację Francji dodatkowo destabilizują, w świetle tego fikcyjnego ale dość prawdopodobnego scenariusza, wypowiedzi przedstawicieli świata amerykańskich finansów. „Jednak nieoczekiwane oświadczenie Stanów Zjednoczonych zelektryzowało rynki finansowe. - piszą dziennikarze L’Express -  W wywiadzie dla CNBC, Jamie Dimon, prezes JP Morgan Chase, największego amerykańskiego banku, wypowiedział się krytycznie o Europie, z Francją w centrum, nazywając ją kurczakiem bez głowy, niezdolnym do reform. Atak był miażdżący i odbił się szerokim echem na całym świecie.” Czy tego rodzaju reakcja na upadek kolejnego rzadu we Francji jest nieprawdopodobna? We francuskim ministerstwie spraw zagranicznych utworzono właśnie „specjalną grupę zadaniową”, a media informują o „podwojeniu czujności” w związku z zagrożeniem destabilizacją ze strony Stanów Zjednoczonych. Zespół ten opatrzono kryptonimem „anty - Maga” i jego utworzenie jest wyrazem rosnących obaw establishmentu, iż Amerykanie zaangażują się po którejś ze stron francuskiej batalii wyborczej. Innymi słowy, próba destabilizacji sytuacji ekonomicznej Francji, w scenariuszu opisywanym przez L’Express nie jest nieprawdopodobna. Skutkiem wypowiedzi Dimona będzie, zgodnie z przewidywaniami, wzrost kursu francuskich obligacji skarbowych. W tym hipotetycznym scenariuszu, opisanym przez L’Express „19 października długoterminowe stopy procentowe we Francji zbliżą się do 5%, w porównaniu z 4,5% w połowie września. Ekonomiści z Departamentu Skarbu przeprowadzili swoje obliczenia: przy tym poziomie obciążenie długiem wzrosłoby o 10 miliardów euro w 2027 roku, niebezpiecznie zbliżając się do symbolicznej granicy 100 miliardów euro.” Obecnie francuskie 10-letnie obligacje skarbowe oprocentowane są na poziomie 4,7 %, co oznacza, że od marca, w ciagu ostatnich 6 miesięcy ich oprocentowanie wzrosło o 1 % i przy obecnych trendach rynkowych (trwająca wojna z Iranem, presja inflacyjna etc.) nie potrzeba wcale upadku rzadu Lecornu aby stopy przekroczyły 5 % a koszty obsługi długu publicznego już w przyszłym, wyborczym roku, osiągnęły 100 mld euro. Na marginesie, jeśli ktoś zainteresowany jest snuciem rozważań na temat „jakości” francuskich elit politycznych, które doprowadziły do takiej sytuacji, warto przypomnieć, jak czyni to komentator Tribune de Geneve, że Paryż skokowo zwiększył zadłużenie kiedy stopy procentowe oscylowały w okolicach 0 %, nie biorąc chyba pod uwagę scenariusza, że mogą one w przyszłości wzrosnąć. Póki co wizja „bankructwa Francji” raczej nie wchodzi w grę, ale ograniczenia związane ze stanem finansów publicznych mogą wpłynąć na zdolności Paryża do finansowania zwiększenia zdolności wojskowych, nie mówiąc już o wsparciu dla Ukrainy.

Już obecnie, jak zauważył komentator tygodnika Le Point, Francja pożycza na międzynarodowych rynkach finansowych na gorszych warunkach niż Hiszpania, Portugalia, Włochy czy nawet Grecja, państwa tradycyjnie uważane za niestabilne z punktu widzenia stanu finansów publicznych. Spread, czyli różnica między stopami procentowymi w Niemczech i we Francji już obecnie przekracza 100 punktów bazowych „podobnie jak w 2012 roku, w szczytowym momencie kryzysu strefy euro". Inwestorzy zagraniczni mają w swych portfelach obecnie 60 % francuskiego długu publicznego. Ale i w tym obszarze występuje niekorzystna, z punktu widzenia Paryża, tendencja. Otóż fundusze emerytalne i inwestycyjne zastępują hedgingowe, o znacznie krótszej perspektywie inwestycyjnej i nastawione jednoznacznie na grę, w tym związane z przyszłymi atakami spekulacyjnymi. Oddajmy głos komentatorowi Le Point, bo jego diagnozy są wystarczająco wymowne. „Zadłużenie Francji jest obecnie niekontrolowane i nie do utrzymania - argumentuje - Przekracza ono 3,5 miliarda euro, czyli 117,5% PKB, do czego należy doliczyć 180 miliardów euro długu z tytułu pożyczek UE na plan odbudowy po pandemii COVID-19 i na Ukrainę, a także 12,3 miliarda euro zobowiązań emerytalnych. Napędza je deficyt strukturalny wynoszący od 5 do 6% PKB (5,4% w 2026 r. w porównaniu z 3,1% w strefie euro).” I dalej - „Efekt kuli śnieżnej zadłużenia wymyka się spod kontroli, stopy procentowe sięgają 4,6%, a nominalny wzrost gospodarczy spada poniżej 3% (wzrost o 0,4% powiązany z inflacją na poziomie 2,4%). Dzieje się to w obliczu załamania się wskaźnika urodzeń (1,56 dziecka na kobietę), zahamowania wzrostu gospodarczego (0,4% w porównaniu z 1% w strefie euro i 2,1% w Stanach Zjednoczonych), spadku produktywności, bezrobocia dotykającego 8,3% aktywnej zawodowo populacji, spadku siły nabywczej oraz deficytu handlowego wynoszącego 2,8% PKB.” Francji nie grozi bankructwo na wzór Argentyny sprzed kilku lat, ani nawet „scenariusz grecki” czyli wymuszony przez wierzycieli zewnętrznych drakoński program oszczędnościowy. Jednak realnym jest „scenariusz Berlusconiego” z roku 2011, kiedy to Włochy przygniecione ciężarem długu (wynoszącego wówczas 120 % PKB) musiały wdrożyć drastyczny plan oszczędnościowy. W efekcie PKB na głowę mieszkańca z roku 2008 (do spadku przyczynił się też kryzys finansowy) wrócił we Włoszech dopiero w roku 2025, trzeba było zatem 17 lat aby Rzym „dogonił” finansowy kataklizm który zmaterializował się w latach 2008 - 2011. Komentator le Point jest zdania, że szok finansowy o podobnej skali jest we Francji możliwy jeszcze przed wyborami prezydenckimi (kwiecień 2027) a to oznacza, że nie tylko głosowanie, ale cała kadencja nowego prezydenta, nieważne kto nim zostanie, upłynie „ w cieniu kryzysu finansowego”. Realne pole wyboru, przed którym stanie Francja, zawierać się będzie między narzuconym przez „czynniki zewnętrzne” takie jak MFW czy Europejski Bank Centralny planem oszczędności i reform lub programem naprawy finansów publicznych i gospodarki zbudowanym w Paryżu i w oparciu o francuskie interesy. To nie jest tylko kwestia suwerenności, choć doprowadzenie do sytuacji kiedy to organizacje czy instytucje kontrolowane przez obce państwa (nie ma znaczenia, że sojusznicze) wymuszają kierunek polityki gospodarczej, jest oczywistym dla niej zagrożeniem. Najczęściej planu oszczędnościowe narzucane nieradzącemu sobie państwu są bardziej drastyczne i boleśniejsze niż te które są opracowywane i realizowane w wyniku wewnętrznego konsensusu. Ale aby jego osiągnięcie było opcja realną należałoby odejść od polityki populistycznych haseł na rzecz nawiązania relacji z rzeczywistością. Tylko, że we Francji na to się nie zanosi. Dlaczego? Choćby z tego powodu, że jak napisał Pierre-Antoine Delhommais „Są też sondaże sugerujące drugą turę wyborów między Marine Le Pen a Jeanem-Lucem Mélenchonem. Między kandydatem partii, która ostrzega, że ingerencja w emerytury to „czerwona linia” , a człowiekiem, który proponuje „spalenie” 600 miliardów euro długu publicznego. Między dwoma najwybitniejszymi przedstawicielami demagogii gospodarczej i oszustw finansowych, a jednocześnie masowo wspieranymi przez Francuzów, którzy odmawiają jakichkolwiek indywidualnych wysiłków na rzecz naprawy finansów publicznych, zwłaszcza poprzez więcej pracy.” I na tym, jak się wydaje, polega zasadniczy problem z którym mierzy się większość państw europejskiego Zachodu. Wyborcy są przeciwni polityce zmierzającej do uzdrowienia finansów publicznych, nie chcą więcej pracować otrzymując mniej. 

Jacques Attali, autor ponad 80 książek, znany francuski futurolog, doradzający przez dziesięciolecia francuskim politykom ostrzega na łamach Les Echo, że Paryż, aby odzyskać wiarygodność finansową będzie musiał opracować i wdrożyć 10 letnią politykę drastycznych oszczędności. Jak zauważył „Jakakolwiek redukcja długu publicznego może zatem nastąpić jedynie poprzez cięcia wydatków. Przejdźmy do konkretów: jeśli chcemy zmniejszyć dług publiczny o 100% w ciągu dziesięciu lat (co jest minimalnym warunkiem wiarygodności), proste obliczenia pokazują, że musielibyśmy podjąć bardzo znaczący wysiłek, aby ograniczyć wydatki (5,5% PKB) przez cztery lata, a następnie powstrzymać się od ich zwiększania przez sześć lat; czego żaden francuski rząd nie zrobił od lat 70. XX wieku.” Attali jest zdania, że konieczne kroki winny obejmować podniesienie wieku emerytalnego, cięcia w wydatkach publicznych a nawet wyprzedaż, na masową skalę akcji i udziałów firm będących w posiadaniu rzadu. Alternatywą, wobec trendów na światowych rynkach finansowych jest to co Attali nazywa polityką finansowania długu publicznego środkami Francuzów. Oczywiście w tym przypadku stopy procentowe, aby cała operacja miała sens, musiałaby być niższe niż oferowane zagranicznym inwestorom. Jedynym mechanizmem aby to efektywnie osiągnąć byłoby drastyczne opodatkowanie (de facto konfiskata części) oszczędności ludności. Czy tego rodzaju krok wpłynął na ustabilizowanie sytuacji wewnętrznej i zmniejszenie poziomu polaryzacji politycznej?

Sytuacja w której znalazła się Europa, w tym w pierwszym rzędzie Francja, przypomina do pewnego stopnia położenie Wielkiej Brytanii po II wojnie światowej. Churchill miał świadomość zagrożeń związanych z ekspansją komunizmu, podjął nawet realne działania na rzecz wsparcia rządu Grecji walczącego z komunistycznym powstaniem. Tylko, że brak pieniędzy udaremnił jego wysiłki i zmusił do zredukowania ambicji. Wówczas do gry weszły Stany Zjednoczone. Taka jest geneza (oczywiście jedna z wielu przyczyn) Planu Marshalla. Podobieństwo sytuacji nie obejmuje jednak wzrosty amerykańskiego zaangażowania a jedynie sytuację kiedy geostrategiczne ambicje (Francji) musza być w przyspieszonym tempie redukowane w związku z sytuacją finansową. Jeśli zatem analizujemy wiarygodność sojusznicza naszych partnerów, to pierwszym krokiem winna być ocena stanu ich finansów publicznych. Koncentrowanie się na deklaracjach polityków może okazać się błędem.

 

 

Zobacz również

Sytuacja Ukrainy staje się krytyczna
Ukraina - walka na szczytach władzy
Groźny scenariusz. O rosyjskiej przewadze na Bałtyku i wschodniej flance

Komentarze (3)

Trwa ładowanie...