Stado.Dziennik.
01.06.2026 (poniedziałek)
Nieprzewidziana, intensywna praca nad książką. Kiedy powstają wiersze, odzyskuję widmowe poczucie sensu, które nawarstwia się w tym procesie. Każda inna aktywność na poziomie języka jest aktywnością chybioną. Jedynie wiersz należy do porządku, który chwilowo przynosi mi ulgę w dręczącym mnie przeświadczeniu o daremności wszelkiego twórczego wysiłku w epoce, w której mainstreamowi politycy szczują na środowiska twórcze i artystyczne tych, którzy rzekomo mają utrzymywać stada “niebieskich ptaków” oraz “darmozjadów”. Całe życie pracuję zawodowo, więc nie zaliczam się do grona nadużywających jak dotąd nieistniejącego wsparcia, co nie przeszkadza mi po raz kolejny utwierdzić się w przekonaniu, że jest w rozumowaniu o artyście, który “nie potrafi na siebie zarobić” lub sztuce, która nie pozwala się utrzymać na powierzchni, coś z rozumowania świni o świecie, w którym funkcjonuje orzeł. To naturalnie parafraza kwestii wypowiadanej przez Borowieckiego - w tej roli Daniel Olbrychski - do niemieckiego fabrykanta granego przez Zapasiewicza, u Wajdy, w “Ziemi obiecanej”- pasuje jednak jak ulał oddając charakter i naturę sporu. Ponieważ jest to spór toczony pomiędzy odległymi od siebie wymiarami tej samej rzeczywistości, w której jeden potrafi dostrzec o wiele więcej, niż drugi, co nie oznacza, że ten, który widzi więcej, w ostatecznym rachunku, coś na tym zyskuje. Przeciwnie, najczęściej na tym traci. W pierwszej kolejności szacunek dla tego, co robi, czemu niejednokrotnie poświęca swoje życia, a już na pewno szacunek dla tego, co determinuje jego wybory. Ciąży nad tym kryterium monetyzacji - jedyne współczesne kryterium, które nie budzi powszechnych wątpliwości. Tłumaczenie komukolwiek fałszywości podobnych punktów odniesienia, z gruntu pozbawione jest sensu, a tłumaczenie tego politykom jest po prostu uwłaczające dla każdego, kto zamierza podjąć się podobnej próby. Dlatego trzeba uwolnić myśli od cudzej pospolitości i odrobinę uwznioślić zagadnienie. Nie wierzę w pogląd o kulturze, która “jest dla każdego”. Są tacy, którzy po prostu nie wiedzą do czego jej “używać”, a kaganki płonące jej wątłym płomieniem, kaganki niesione pod strzechy lub stawiane u progu mieszkań w wielkiej płycie dość szybko wypalają się pozbawione dopływu powietrza. Nie dlatego, że ktoś ma szczególnie złą wolę i odtrąca to z czym do człowieka przychodzi na przykład literatura lub sztuka w ogólności. Powodem braku zainteresowania jest brak istniejącej, żywej i aktywnej potrzeby obcowania z czymś większym czymś istotnym z innego powodu niż ten, który pozwala się uzasadnić użytecznością, funkcjonalnością, jasno określonym celem istnienia, sensem, który jest zrozumiały bez szczególnego wysiłku poznawczego, którego oczekuje od nas przestrzeń, w której doświadczamy na poziomie ducha. Duch lub duchowość to pojęcia, które zawstydzają swoim brzmieniem. Wypowiadane na głos powodują uczucie dyskomfortu, ponieważ pochodzą z odległego porządku, do którego dostęp wielu odbiera sobie na własne życzenie stosując się do reguł, z których powierzchowność, bezmyślność i jednoznaczność są źródłem nowotworu, który niepostrzeżenie ich zabija. Chodzą martwi po świecie nawet o tym nie wiedząc. Bo jeśli aspiracje większości w jakikolwiek sposób definiują naszą współczesność, to w rzeczy samej w takim świecie, niewielka istnieje różnica pomiędzy byciem żywym, a byciem martwym. Jedno mgnienie i człowiek nie żyje. Tyle że jeśli potrzeba doświadczenia duchowego nie istnieje lub nie rozwinęła się w stopniu znacznym - osobnik taki funkcjonuje w ocenie własnej - bez zarzutu, bo przecież opowieść o świecie nie musi do nas płynąć z harmonii, które odnaleźć można u Bacha, czy słów zamkniętych w sonetach Szekspira. Są tacy, którym wystarczy karczma i jej szczególne uniwersum. Rzecz w tym, aby właśnie oni nie odnaleźli w sobie powołania do wydawania kategorycznych sądów na temat tej części rzeczywistości, do której pod wieloma względami nie mają dostępu. Mniejsza o to dlaczego. Często jako się rzekło - na własne życzenie. Innym razem decyduje o tym postawa, zaniedbanie, intelektualne lenistwo lub brak inteligencji - bo i tak się zdarza, co dzisiaj przyjmujemy z niesmakiem zanurzeni w inkluzywność i nierzadko fałszywą poprawność. A przecież spora część populacji od zarania - to są po prostu głupcy. Czy mamy się na nich oglądać? Bo przecież zdaniem wielu nie mamy prawa czuć się lepsi? Czy rzeczywiście jesteśmy wszyscy tyle samo warci, czy tylko powtarzamy ten frazes w obawie przed prawdą, która jednak od wieków stawiała wobec siebie w opozycji mądrych i głupich. Jeżeli świat, w którym przyszło nam żyć jest konsekwencją tej obawy, to biada nam i naszym następcom.
Na pociechę mamy natomiast letnią aurę i koncert kwitnących akacji, których zapach rozsadza powietrze. Lada chwila zakwitnie jaśmin i jak co roku wracał będę myślami do lata dziewięćdziesiątego szóstego, kiedy nie wiedzieć czemu po raz pierwszy wydestylowałem ów aromat z czerwca, a że w tamtym czasie na śmierć zaczytywałem się Baczyńskim do dzisiaj wdychając zapach kwitnącego jaśminu przychodzą mi do głowy frazy z Krzysztofa Kamila. Dziele się tym wspomnieniem wyłącznie z dziennikiem ponieważ wobec tego, co wyżej zostało powiedziane nie jest to wiedza, którą chciałbym udostępniać powszechnie narażając się na brak zrozumienia, a potencjalnych zauszników narażać na uczucie dyskomfortu związanego z moją niewymowną wprost egzaltacją. Świat wstydzi się dzisiaj wzniosłości. Ja również czułem się nią skrępowany przez lata. Dzisiaj odrzucam tę kulę, którą sam sobie przypiąłem do nogi ponieważ - jestem o tym przekonany - życie zasługuje na coś więcej niż pozy i pozory.
Trwa ładowanie...