OPUS - arcydzieło (nareszcie) kompletne 

Osoby, które znają lepiej mój gust wiedzą, że nie jestem wielkim fanem mangi, there I said it. Nie zmienia to faktu, że potrafię docenić dzieło wybitne, gdy takie wpada mi ręce. A „Opus”, które wymyślił i narysował — niestety — nieżyjący już Satoshi Kon właśnie takie jest, wybitne. Pierwsze, co musicie wiedzieć o tej historii, to że jest ona metafikcją, w której przeplatają się ze sobą rzeczy (na pozór) prawdziwe, osadzone w naszym realnym świecie z tymi, które istnieją tylko na papierze. Chociaż w tym przypadku wypadałoby bardziej napisać: AŻ na papierze. Ale o co chodzi? Już tłumaczę!

Autor popularnej mangi zostaje wciągnięty do wykreowanego przez siebie świata chwilę po tym, jak w kulminacyjnym albumie swojej serii postanawia uśmiercić jednego z głównych bohaterów. Na domiar złego traci też oryginalną planszę ukazującą ostateczny pojedynek protagonisty z zamaskowanym przywódcą tajemniczego kultu, na której obaj mieli polec. Pisząc traci miałem na myśli to, że zostaje mu skradziona — właśnie przez jego „niedoszłą ofiarę”, bohatera, który na własną rękę chce zmienić swoje przeznaczenie, nie wiedząc, że może tym samym zniszczyć cały świat. 

Historia o przenikaniu się światów prawdziwych z tymi wykreowanymi i korelacji fikcyjnych postaci z ich twórcami nie są niczym nowym. Wystarczy przypomnieć obraz „Cool Cat” w reżyserii Ralpha Bakshiego z 1992 roku, w którym rysownik komiksów zostaje wciągnięty do świata, który stworzył, by spotkać tam całkiem realistycznego Brada Pitta i animowaną Kim Basinger — a dokładniej postaci, w które się wcielają, ale ich imiona nie są teraz najważniejsze (btw film okazał się niewypałem). 

Innym przykładem — w pewnym sensie nieco bliższym fabule „Opus” — jest „Przypadek Harolda Cricka” z 2006 roku, gdzie bohater grany przez Willa Ferrella dowiaduje się, że jest tylko postacią w książce, która ma się zakończyć jego śmiercią. Postanawia więc powstrzymać poczytną autorkę przed jego uśmierceniem. 

Żaden z tych filmów jednak nie jest tak odważny w stawianych pytaniach, zaskakujący jeszcze bardziej z każdą kolejną stroną nie tracąc przy tym na koherentności, co właśnie czyni „Opus”. Mangaka wessany do wymyślonego przez siebie świata jest jednocześnie bogiem, twórcą rzeczy i dawcą życia wszystkich postaci, które narysował. Jednocześnie przypada mu mimowolnie rola kata — wszakże to on wpadł na pomysł wszystkich strasznych rzeczy, śmierć, smutek i żal swoich bohaterów i bohaterek. W tym miejscu zachodzi jednak kolejne pytanie, jak bardzo jako twórcy mamy nieskrępowaną wolę w tworzeniu kolejnych historii z dobrze znanymi nam postaciami, a jak bardzo nasze przywiązanie do nich, przyzwyczajenie do ich charakterów i sposobów zachowań wpływa na naszą kreatywność. Czy przypadkiem sami nie wsiadamy do wagonika, który sunie po torach tworzenia tak, by pomimo naszych chęci nie zboczyć z trasy znanych nam tropów, którą podyktowali nam nasi bohaterowie, których sami stworzyliśmy? Mówiłem, jest meta wch*j!

BUT WAIT, THERE’S MORE! 

Autorem historii wydawanej na łamach „Comic Guys” w latach 1995-1996 był fantastycznie utalentowany Satoshi Kon, który wcześniej w swojej karierze współpracował jako asystent / wypełniacz tła w pracach Katsuhiro Ōtomo. Posiadając tę wiedzę niektóre z kadrów „Opus” wypełnione rozmowami między głównym artystą, a jego asystentem — jasno zaznaczonej tu hierachii dają do myślenia, w jaki sposób Satoshi Kon wspominał tamten okres. Całość jednak wkracza na zupełnie nowy level osobistego podejścia do historii i wtłoczenia w nią Satoshiego, jako że już po jego śmierci (Zmarł 24 sierpnia 2010 roku na raka trzustki) odnaleziono niedokończone szkice i rysunki będące przejmującym finałem całości, kiedy ten nie mógł wcześniej ujrzeć światła dziennego z powodu anulowania serii. Pozostawiając nas przy tym z pytaniem, na które każdy z nas musi odpowiedzieć samemu: czy nas też ktoś rysuje?

- Paweł 

manga opus komiks recenzja kreski

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...