Pokój

Obrazek posta

Czy śmierć Władimira Makieja – szefa białoruskiego MSZ, który zmarł nagle w sobotę – jest czymś więcej niż zbiegiem okoliczności? Według poważnych źródeł, blisko związany z aleksandrem łukaszenką polityk został otruty, co miało być sygnałem dla białoruskiego prezydenta. Sygnałem wysłanym przez Kreml, który ma już dość lawirowania Mińska w kwestii zaangażowania się w rosyjsko-ukraińską wojnę. „Król kartofli” – jak zwykło się przezywać łukaszenkę – udostępnił Białoruś jako zaplecze dla rosyjskiej armii, dalej jednak posunąć się nie chce. I konsekwentnie, od dziewięciu miesięcy, odmawia posłania białoruskiego wojska na front.

Trudno ocenić, na ile zdesperowana jest moskwa, co miałoby bezpośredni wypływ na motywy działań. Czy za ewentualnym szantażem stoi chęć „umiędzynarodowienia” konfliktu, co niosłoby przede wszystkim polityczne i wizerunkowe korzyści („patrzcie, także Białorusini walczą z ukraińskimi nazistami”)? A może chodzi o to, że zdemolowana przez Ukraińców rosyjska armia na gwałt potrzebuje kilkudziesięciu tysięcy j a k i c h k o l w i e k rekrutów, a choćby i kiepsko zmotywowanych? Tak czy inaczej, nerwowe ruchy łukaszenki sugerują, że coś na rzeczy jest. W reakcji na śmierć Makieja, białoruski dyktator zrobił ekspresowe porządki w swoim najbliższym otoczeniu. Wymienił część ochroniarzy, kucharzy i prezydencką służbę, co może być odruchem paranoika, ale może być też właściwą reakcją na zdiagnozowane zagrożenie.

Zachodni analitycy (na przykład z brytyjskiego wywiadu czy z amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną) idą tropem groźby, sugerując, że jesteśmy u progu poważnych przetasowań na „kierunku białoruskim”. Dni łukaszenki są rzekomo policzone, putin zamierza się go pozbyć (albo kompletnie ubezwłasnowolnić) – i pchnąć Białoruś ku wojnie.

Brzmi to złowieszczo, ale prawdę powiedziawszy, nie byłby to zły scenariusz. Białoruś – jej status/charakter relacji z rosją – to klucz do przyszłości nie tylko Ukrainy, ale i Polski oraz szerzej, całej Europy środkowo-wschodniej.

Wbrew skarpektosceptycznej narracji – przepychanej obecnie przez naszą infosferę – na przestrzeni ostatnich tygodni nie wydarzyło się nic, co przekreśliłoby ukraińskie szanse na zwycięstwo w tej wojnie. Zwycięstwo rozumiane jako popędzenie okupantów ze wszystkich zajętych ziem, także tych, na które weszli w 2014 roku. Taki stan rzeczy – do osiągnięcia wiosną/latem przyszłego roku – oznaczałby dla Kijowa realizację warunku koniecznego dla rozpoczęcia rozmów pokojowych. Ale z nieprzyjazną Białorusią na karku, byłby to pokój „kulawy”. Wymagający większej mobilizacji zasobów niż w sytuacji, w której Ukraińcom odpadłoby do pilnowania ponad 1000 km granicy. Zrujnowane ukraińskie państwo będzie liczyło każdą hrywnę (i dolara czy euro pomocy), stając na nogi. Trudno w tej chwili ocenić, jaki charakter przybiorą zachodnie gwarancje bezpieczeństwa – idealnie byłoby przyjąć Ukrainę do NATO, ale obecnie bardziej prawdopodobny wydaje się sojusz z częścią członków Paktu (z USA, Wielką Brytanią, Polską, krajami nadbałtyckimi). Nim jednak jakikolwiek alians się zmaterializuje, ukraińska niepodległość będzie chroniona tylko przez ukraińską armię. Zwycięską, ale i pokiereszowaną.

Tysiąc kilometrów wrogiej granicy mniej dla Ukraińców, to zarazem ponad 400 km nieprzyjaznej granicy mniej dla Polski i ponad 700 dla Litwy i Łotwy. Białoruś niebędąca protektoratem rosji to zarazem sytuacja, o której marzyły pokolenia Polaków. Sytuacja, w której rosja zostaje odepchnięta o 500 km, de facto wyrzucona z Europy do Azji. Owszem, dysponująca eksklawą w postaci okręgu kaliningradzkiego, ale kompletnie niefunkcjonalną w realiach szerokiego buforu oraz Bałtyku jako „jeziora NATO”.

Brzmi jak political fiction? Być może, ale jako się rzekło – to warunek dobrego pokoju (zatem coś, o co należy zabiegać…). No i spójrzmy na fakty. Dwa lata temu łukaszenka spacyfikował białoruską opozycję. Elity gotowe na bliższe relacje z Zachodem uciekły z kraju lub siedzą w więzieniach. Powszechną wolę oporu wobec niechcianego reżimu (przeciw Łukaszence głosowało 80 proc. społeczeństwa) zdławiono, z początkiem tego roku wydawało się, że na długo. Tymczasem w marcu i kwietniu – podczas bitwy o Kijów – na terenie Białorusi działała tzw. kolejowa partyzantka. Czynny sabotaż białoruskich kolejarzy sparaliżował ruchy rosyjskich wojsk, ich logistyki, istotnie przyczyniając się do raszystowskiej porażki na północy Ukrainy. Był to najodważniejszy akt nieposłuszeństwa wobec łukaszenki i putina, ale nie jedyny. Fakt, iż „król kartofli” lawiruje, wynika z jego kalkulacji/obawy czy warto się po stronie moskwy tak bardzo angażować. Ale stoi też za tym świadomość, że naród białoruski decyzji o przystąpieniu do wojny nie zaakceptuje. Że przeciwna bezpośredniemu udziałowi jest białoruska armia, której przedstawiciele dali mińskiemu dyktatorowi do zrozumienia, czym może się skończyć przymusowy angaż – falą dezercji i masowym przechodzeniem oddziałów na ukraińską stronę. Wizja rozpadu armii i społecznych protestów stopuje łukaszenkę, który w obliczu jednoczesnej presji moskwy znalazł się między młotem a kowadłem.

Teoretycznie putin może go złamać lub zastąpić; każdy z tych scenariuszy oznacza wejście rosjan do Białorusi „na ostro”. Jeszcze bardziej prorosyjska władza w Mińsku wymagałaby odpowiednich zabezpieczeń – realnie, dużego rosyjskiego kontyngentu, a więc mniej lub bardziej zakamuflowanej okupacji. Naiwnością byłoby założyć, że Białorusini tak po prostu by ów stan rzeczy zaakceptowali. Co postawiłoby rosjan w trudnej sytuacji – z otwartym „drugim frontem”, rebelią na tyłach, angażującą i tak już wyczerpane zasoby rosyjskiej armii.

Na kremlu mają tego świadomość. I to – w mojej ocenie – daje łukaszence największe gwarancje bezpieczeństwa. putin chciałby Białorusi w wojnie, ale nie chciałby uruchomić procesów, na skutek których Białoruś by się rosji wymknęła. Musi zatem być bardzo ostrożny.

Oczywiście, stary kegiebista może zagrać va banque, licząc, że jakoś to będzie („a nuż Białorusini okażą się potulni i zaakceptują warunki moskwy”). Jeśli nie zagra, kwestia białoruska pozostanie otwarta. Wówczas, aby zarysowała się perspektywa dobrego pokoju, musiałoby dojść do jednego z dwóch procesów:

- białoruskiej rewolty i samouwolnienia (o co bez rosyjskiego dokręcania śruby będzie trudno);

- przeniesienia przez Ukraińców działań wojennych na terytorium Białorusi.

W każdym z tych scenariuszy – które zresztą mogłyby biec równolegle – poza obaleniem prorosyjskich władz kluczowym byłoby wyrzucenie z Białorusi armii rosyjskiej.

Tylko czy „nasz świat” zaakceptowałby taką „eskalację”?

-----

Nz. Gdzieś w Donbasie.../fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки 

Aleksander Łukaszenko Władimir Putin Mińsk Białoruś granica polsko-białoruska rebelia okupacja kolejowi partyzanci

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...