Bitwa? nad Dołężą - cz. 1
No i chyba kolejna historia do przepisania na nowo się szykuje. Już wyjaśniam o co chodzi. W latach 80-tych XXw. podczas prac melioracyjnych prowadzonych w dolinie rzeki Dołęży (obecnie Tollense – niemiecka część Pomorza Zachodniego)...
...z samej rzeki i jej okolic zaczęły się pojawiać różnego rodzaju artefakty z epoki brązu. Od lat 90tych XXw. podejmowano szereg badań (ostatnie w 2017r) na odcinku tej rzeki, leżącym między wsiami Weltzin i Kessin...
...najowocniejsze okazały się być poszukiwania w samej dolinie rzeki, która pierwotnie zapewne była jej korytem (w dawnych czasach poziom wód gruntowych był znacznie wyższy). Do dziś nie przebadano całości stanowiska ale z tych kilku kilometrów już przebadanych zaczął się jawić jakiś obraz...
...odkryto ponad 12 tysięcy fragmentów kości, które udało się (jak dotąd) przypisać do około 140 szkieletów ludzkich. Były to w znakomitej większości pozostałości po jakimś dramatycznym i gwałtownym wydarzeniu, które miało miejsce około 1250 roku p.n.e. a rozegrało się najprawdopodobniej na zachodnim brzegu i w samej korycie rzeki Dołęży na badanym obszarze.
Według archeologów te "Obiekty" były pozostawione samym sobie, bez żadnych śladów pochówku i rozciągnięte (prawdopodobnie wypłukane przez rzekę) na przestrzeni wielu kilometrów, tak jakby ciała tych ludzi były unoszone przez jakiś czas z nurtem rzeki...
...wniosek, że mogą to być ślady po jakiejś dawnej bitwie wysnuto dosyć szybko, kiedy znaleziono kość ramieniową z wbitym w nią krzemiennym grotem...
...im dalej postępowały badania, tym więcej szkieletów okazało się nosić ślady podobnych urazów wskazujących jednoznacznie, że mamy tutaj do czynienia raczej z gwałtownym zakończeniem życia wszystkich tych ludzi.
Dość nietypowe jednak (jak na bitwę) było rozmieszczenie tych urazów, bo znaczna część znajdowała się w tylnej części ciała, tak jakby "znaleziska" były świadkami ostatniej części boju, czyli panicznej ucieczki połączonej z rzezią przegranych...
...i taka była zresztą pierwotna interpretacja tego odkrycia. A mianowicie, że mamy tutaj do czynienia z bitwą w której, według estymacji ekspertów, mogło wziąć udział nawet do 10 tysięcy wojowników. Liczba ta, jak na tamte czasy (1250p.n.e.) i tereny, absolutnie przekraczająca wszelkie wyobrażenia naukowców, pociągnęła za sobą szereg mniej bądź bardziej wybujałych hipotez, których kulminacją było założenie, że doszło tutaj do "ostatecznego rozwiązania kwestii"... pokojowego sąsiedztwa między Pragermanami a Prasłowianami. Z bardzo wielu powodów, nic bardziej mylnego.
Ale zostawmy te fantazje na razie a wróćmy do odkrytych faktów. A w nich znamienne było również i to, że jak na tak dużą grupę uczestników odnaleziono stosunkowo niewielką ilość broni...
...dwie drewniane maczugi...
...stosunkowo dużo grotów strzał...
...do tego kilka włóczni, nóż i jedną siekierkę. Ale (poza jednym fragmentem i śladami używania tego typu broni na znalezionych kościach) ani jednego miecza na przykład. I to też jeszcze dałoby się wytłumaczyć tym, że uzbrojenie samo w sobie, zawsze było cenne, więc zostało przez zwycięzców zebrane po bitwie. Tylko czy faktycznie tak prosto jest odnaleźć w nurcie mulistej rzeki wszystko to, co zostało w niej upuszczone?
Na pewno nie udało się to tym razem, bo archeolodzy wydobyli, poza złotymi spiralami...
...których nikt przecież celowo by nie zostawił nawet na polu bitwy, sporą ilość przedmiotów wykonanych z brązu...
...ale nie związanych bezpośrednio z wojaczką. Były to raczej narzędzia, ozdoby i biżuteria...
...oraz cały zestaw mniej bądź bardziej półproduktów. Brązowych i cynowych jak spirale i zwoje drutu...
o mniejszej i większej średnicy oraz różnej wielkości i grubości blaszki mogące służyć do dalszej obróbki. I tu pojawia się kolejne niewygodne dla bitewnej hipotezy pytanie: który wojownik (na przykład Hoplici w ogóle walczyli nago) i "po kiego grzyba", idąc w śmiertelny bój, targałby ze sobą całą masę obciążającego i ograniczającego ruchy żelastwa co być może kiedyś mu się jeszcze przyda do napraw bądź handlu?
Poza ludzkimi, odnaleziono również szczątki kilku koni (konkretnie 5). I tu kolejna ciekawostka. Bo po dokładnym przebadaniu okazało się, że były to osobniki na granicy dojrzałości. 2-3 latki. Czyli takie okazy, które są w wieku doskonałym do sprzedaży, ale nie bardzo nadające się do wojaczki, bo zbyt młode żeby zostały już do tak "stresujących okoliczności" przyuczone.
Sprawa kolejna to zestawienia osobowe odnalezionych szczątków . Pierwsza informacja potwierdzająca hipotezę, że być może mieliśmy do czynienia z bitwą jest taka, że przeważająca ilość uczestników to byli młodzi mężczyźni z których znaczna część nosiła już ślady zaleczonych urazów charakterystycznych dla broni białej. I "zawodowi" wojownicy na pewno posiadaliby tego typu wcześniej zaleczone urazy. Ale kolejne niewygodne pytanie jest takie czy tylko zawodowi wojownicy? Bo w czasach kiedy użytkowanie broni białej było na porządku dziennym, raczej każdy mężczyzna (a jak pokazuje przykład amazonek nie tylko mężczyzna) doskonale wiedział jak się z nią obchodzić i pewnie nie raz brał udział w mniejszym, bądź większym starciu. I dlaczego niby, jeśli nie był "zawodowym" wojownikiem, miałby jakichś zaleczonych obrażeń nie posiadać skoro mógł się ich nabawić, nawet tak jak w przypadku Bolesława Krzywoustego, choćby na polowaniu?
Jednak znacznie ciekawsze od tego jaka była większość składu osobowego jest to, kto stanowił jego mniejszość...
...a znaleziono zarówno kobiety, szczątki osób starszych (kobiet i mężczyzn) oraz dzieci w tym i noworodki. I to już się zupełnie "kupy nie trzyma", bo gdyby to była bitwa to pierwsza w historii świata chyba, w której brałyby udział kobiety z dziećmi na rekach, małoletnie dzieciaki i starcy co bardziej muszą się martwić o to, żeby im laska z rąk nie wypadła.
Jeszcze jeden niepasujący szczegół, to fakt, że spora część szkieletów nosiła również ślady deformacji kośćca charakterystyczne dla osób zajmujących się wieloletnim dźwiganiem ciężkich ładunków cały dzień. Pasujące bardziej do niewolników, a konkretnie tragarzy niż "dzielnych" wojów.
Kolejny bardzo znamienny przyczynek do całej tej historii, to samo miejsce gdzie do tej "bitwy" doszło. Okolica na wiele kilometrów w każdą stronę była w tamtych czasach bardzo słabo zaludniona. Oficjalnie mówi się o 2 – 3 osobach na kilometr kwadratowy, więc właściwie pustka osadnicza. Natomiast w miejscu gdzie bitwa mogła się rozpocząć odkryto ślady po przeprawie przez rzekę...
...z dwóch stron nurtu mamy pozostałość po usypanej grobli...
...do zbudowania której użyto poza torfem i piaskiem sporą ilość kamieni i drewnianych bali stanowiących wyrównanie / podkład jezdny...
...a bezpośrednio w nurcie...
...i w jego pobliżu odkryto wbite głęboko dębowe pale...
...których analiza dendrochronologiczna wykazała, że część z tych drzew została ścięta około 1300 roku p.n.e. Natomiast większość konstrukcji i to zarówno samego mostu jak i prowadzących do niego grobli była znacznie starsza, bo wydatowano je na 1900 rok p.n.e. Co tylko dowodzi, że przeprawa ta była miejscem na tyle istotnym, że nie dość, że ktoś nadludzkim wysiłkiem zbudował ją na kilkaset lat przed opisywanymi zdarzeniami, to jeszcze (co dla całej tej historii chyba najważniejsze) przez kolejne stulecia pilnował żeby nadawała się do użytku i w razie potrzeby naprawiał (najmłodsze pale drewniane - odkryte w nurcie rzeki i być może nie związane z konstrukcją - wydatowano na VII wiek p.n.e.).
I tu musimy się zatrzymać na chwilę i zastanowić nad tym gdzie i w jakim celu się buduje mosty. Oczywiście pierwsza myśl jest taka, że to raczej banalne. Mosty buduje się tam gdzie rzeka zagradza możliwość podróżowania, no a buduje się je po to, żeby sobie to podróżowanie ułatwić. I niby to wszystko prawda, tyle że zbudowanie mostu (a w tym przypadku mieliśmy do czynienia z usypaniem ziemno – kamiennych grobli pokrytych dębowymi palami, przysypanych piaskiem i pokrytych darnią, oraz dębowej konstrukcji łączącej te groble po obydwu stronach rzeki) wymaga wielkiego wysiłku sporej i dobrze skoordynowanej grupy ludzi. Do tego ugruntowanej, przechowywanej przez stulecia tradycji, żeby o taką konstrukcję dbać i ją naprawiać (co ewidentnie miało miejsce w tym przypadku) jak zajdzie potrzeba.
W dawnych czasach (z opisów jakie pozostały na temat okolicznych ziem) gdzie spora ilość rzek, bagnisk i mokradeł utrudniała podróżowanie, wynikałoby że jeśli piesza, bądź konna wycieczka natrafiała na wodną przeszkodę, przez którą chciałaby się przeprawić, to raczej skorzystałaby (albo) z próby przepłynięcia jej wpław. Być może przy pomocy czółen najętych od miejscowych rybaków, jeśli tacy byliby w okolicy. Bądź (co bardziej prawdopodobne) poruszałaby się wzdłuż rzeki do miejsca tzw. brodu czyli wypłycenia pozwalającego przedostać się na drugą stronę bez zamoczenia całego niesionego ze sobą dobytku. W takich miejscach wypłycenia, rozlewiskach i terenach podmokłych często wbijano głęboko w grunt drewniane słupy, które wystając nad lustro wody miały wskazywać bezpieczną drogę na drugą stronę. Stąd zresztą taka ilość miejscowości w Polsce o nazwach na takie słupy wskazujących jak Słupsk, Słupno czy Słupia.
Z tym że pieszy (czy konny) podróżnik jest się w stanie stosunkowo łatwo wzdłuż rzeki czy innej takiej wodnej przeszkody przemieszczać, bez względu na powiedzmy "terenowe" przeszkody. Sprawa robi się bardziej skomplikowana jeśli chcieć podróżować z większą ilością dobytku. Na przykład wozem. A te krążyły po całej Europie i Azji przynajmniej już 2000tys. lat wcześniej...
...najstarsze znane - jak ten ze zdjęcia powyżej - pochodzą z 4000p.n.e. i były bardzo popularnym środkiem transportu.
I taki wóz właśnie (już wszystko jedno czym obciążony i czy ciągniony przez konie czy woły), w walce z nadbrzeżnymi chaszczami nieuregulowanej w żaden sposób rzeki czy mokradeł, nie ma najmniejszych szans. Więc żeby ułatwić przeprawianie wozu, bądź grupy takich pojazdów budowano zarówno różnego rodzaju przeprawy przez rzeki (choćby jak ta na Dołęży) jak i cały system dróg i leśnych duktów. No a kto to wszystko budował? No raczej nie ci, co się chcieli wozami przemieszczać. Ci raczej jechali tylko tam gdzie się dało wozem dojechać. Budowali wszystkie te konstrukcje raczej ci, którym z jakiegoś powodu zależało żeby wozem właśnie można było do nich dotrzeć.
Z podobnego okresu co przeprawa na Dołęży (wczesna epoka brązu) znamy co najmniej kilkanaście takich obiektów rozsianych po całej podmokłej Europie północnej i Anglii. A jak takie przedsięwzięcie było rozwiązane dwa tysiąclecia później można zobaczyć na rynku w Sławnie...
...gdzie wystawione są kopie dokumentów z XIIIw. potwierdzających, że Jan ze Sławna (z możnego rodu Święców) pożyczył 100 marek srebrem od innego szlachcica z Meklemburgii na budowę mostu przez Wieprzę, tytułem czego będzie pobierał opłatę za przejazd przez ten most (czyli tzw. "myto") i z tych środków musi (w ramach kosztów obsługi tego kredytu) płacić rocznie 10 marek srebrem pożyczkodawcy tak długo, dopóki tego kredytu nie spłaci w całości.
Oczywiście nikt nie podjąłby się tak dużego zobowiązania zakładając stratę na takiej inwestycji. Więc Jan najprawdopodobniej oczekiwał, że przynajmniej drugie tyle (czyli 10marek) "zostanie mu w kieszeni". A żeby zrozumieć o jakiej górze pieniędzy jest mowa, musimy pochylić się jeszcze nad samym średniowiecznym systemem finansowym. Sprawa numer jeden to sama kwota pożyczki (bo jak nawet część historyków mylnie podaje) w tamtych czasach takiej waluty jak marka nie było. Ta pojawiła się dopiero w drugiej połowie XIXw. a wcześniej, łacińską nazwą "marca" a polską "grzywna" określano wagową ilość kruszcu na jaki opiewała dana umowa. Na zdjęciu poniżej "siekierkowata" grzywna (marka) żelazna z IXw. z Kostkowic...
...Marki (grzywny) były różne, polska, kolońska itd. ale pomimo drobnych różnic wszystkie opiewały na połowę funta czyli około 200g (między 190 a 280) czystego kruszcu. W przypadku umowy kredytowej na most w Sławnie akurat srebra.
Kolejna rzecz to fakt, że Jan był panem na Sławnie (a ród Święców - z którego pochodził - dziedzicami na Sławnie, Darłowie, Polanowie i Tucholi), czyli cała okoliczna ziemia należała do niego, a nawet on nie był w stanie, z czerpanych z tej ziemi dochodów, wykonać tak dużej inwestycji (około 20-25kg czystego srebra) bez zadłużenia się. Natomiast nawet w tak głębokim średniowieczu Pomorski Szlak Handlowy (w dużym przybliżeniu dzisiejsza droga krajowa S6) łączący Gdańsk ze Szczecinem (a dalej Lubeką i Hamburgiem) był na tyle uczęszczany, że Jan widział tą inwestycję na tyle opłacalną że gotów był z jej tytułu płacić 10 marek (2-2,5kg) srebrem w skali roku.
Dlaczego umowy zawierano na konkretny, czysty kruszec a nie w jakiejś lokalnej (groszu, fenigu, denarze) walucie? Ano dlatego, że pieniądz mógł bić tylko król, bądź książę danej ziemi. A wszyscy bez wyjątku władcy na świecie mieli brzydki zwyczaj psuć kruszec podczas wybijania monet...
...dodając do niego tańszych metali, co im przynosiło ogromne zyski (tzw. senioragium) ale bardzo utrudniało określenie rzeczywistej wartości długoterminowych umów. Potem dla ukrycia tego procederu wymyślono zgrabny termin "inflacja", ale tak naprawdę tylko po to, żeby przykryć fakt, że z każdą nową emisją...
...monety były po prostu gorszej jakości i mniejszej wartości, choć nazywały się tak samo.
Kolejna sprawa z której trzeba zdawać sobie sprawę to fakt, że samo zbudowanie przeprawy przez rzekę w jakimś miejscu nie gwarantowało czerpania zysków z tego tytułu. Żeby ktokolwiek zechciał z jakiegoś szlaku korzystać, poruszając się po nim z towarami bądź bogactwami potrzebnymi na ich zakup (a najczęściej z jednym i drugim), musiał wiedzieć, że szlak jest na tyle bezpieczny, że całą podróż / inwestycję / przedsięwzięcie uda się zrealizować z sukcesem. A do tego żeby zapewnić bezpieczeństwo, trzeba było dysponować wystarczającą siłą militarną żeby z jednej strony zapewnić ochronę na kontrolowanym przez siebie odcinku szlaku, a z drugiej strony skutecznie zniechęcać inne siły militarne, którym mógłby zaświtać w głowie pomysł poszukiwania szybkiego zysku przez rabowanie poruszających się po szlaku kupców.
I właśnie z tego między innymi powodu, żeby mieć z czego finansować taką ochronę, miasta leżące na szlaku handlowym dysponowały tzw. prawem składu, czyli że wszyscy poruszający się z towarami byli zobowiązani zatrzymywać się w tych miastach (i tylko w tych) i udostępniać na sprzedaż wiezione przez siebie towary, jak również opłacać się za ochronę i przechowanie w bezpieczny sposób ich dobytku w tzw. komorach celnych.
Nie należała również do rzadkości możliwość (raczej konieczność) ubezpieczenia się od napaści, w specjalnie w tym celu istniejących "organizacjach posiadających charakter międzynarodowy", utrzymujących swoje placówki rozsiane po całej sieci dróg tego typu. I to zarówno na szlakach lądowych jak i morskich. Na przykład już w XIIw. angielskie statki kupieckie, żeby móc bezpiecznie poruszać się po Morzu Śródziemnym, opłacały się z tego tytułu pewnym "organizacjom" w Genui. Na znak, że taka opłata została wniesiona wywieszały na masztach flagę z krzyżem św. Jerzego...
...która do dziś jest banderą Royal Navy. A wieści już w tamtych czasach rozchodziły się tak szybko, że kupcy, którzy próbowali przechytrzyć system i wywieszali tą banderę bez uiszczenia wpierw odpowiedniej opłaty, rzadko kiedy dopływali z Genui czy Narbony do Gibraltaru. Najczęściej tego typu jednostki już w ogóle nigdzie nie dopływały...
Na Morzu Bałtyckim i w Cieśninach Duńskich tego typu "usługi" już w XVIw. pełniło istniejące do dziś angielskie towarzystwo ubezpieczeniowe Lloyd's of London...
...i już wtedy było bardzo "skuteczne" zarówno w ściąganiu takich ubezpieczeń jak i "pilnowaniu porządku" na wodach naszego morza (BTW temat bardzo ciekawy, ale musimy go sobie zostawić na osobną opowieść).
I tutaj już prawie doszliśmy do momentu w którym będziemy mogli wrócić nad Dołężę, do naszej tytułowej "bitwy". Jednak zanim to uczynimy musimy zastanowić się nad jeszcze jedną rzeczą. A mianowicie po co był i dlaczego był tak ważny ten Pomorski Szlak Handlowy łączący już w wiekach średnich (a zapewne i daleko wcześniej) Gdańsk i Szczecin z Lubeką, Hamburgiem, Bremą i Amsterdamem. Przecież żegluga już nawet w czasach tej interesującej nas w tym momencie epoki brązu (1250pne) była doskonale rozwinięta i statkami można było przewieźć jednorazowo znacznie większą ilość towarów niż jakimkolwiek wozem. Wspominałem już o tym w jednym filmie na kanale, ale warto to jeszcze raz przypomnieć, że tradycyjny okres połowu bursztynu bezpośrednio z tego faktu wynikał, że właśnie w tym (zimowym) okresie żegluga na Bałtyku zamierała całkowicie. Jeśli nie tylko z tego powodu, że morze zamarzało, jak w okresach ochłodzeń klimatycznych (na przykład minimum Maundera) to stawało się bardzo niebezpieczne...
...ze względu na nieprzewidywalne i bardzo gwałtowne sztormy na tym akwenie.
Dlatego też w okresach zimy, kiedy mrozy skuwały lodem również podmokłe i zabagnione okoliczne ziemie, cały transport przenosił się na ląd. I właśnie to może być jedyne logiczne wytłumaczenie tego, że choć szczątki ofiar masakry nad Dołężą nigdy nie zostały pochowane a dodatkowo rzeka je rozwlekła na wielu kilometrach, to nie noszą na sobie żadnych śladów żerowania dzikiej zwierzyny. A przecież okoliczne lasy pełne były wówczas wilków, lisów, dzików czy nawet niedźwiedzi. Natomiast gdyby do tego zdarzenia faktycznie doszło zimą to skuwający rzekę (przynajmniej przy brzegach) lód mógł stać się skuteczną barierą oddzielającą ciała ofiar od dzikiej zwierzyny na ładnych kilka miesięcy. Pozwalałby również próbującej się przeprawić mostem grupie ludzi żywić nadzieję, że nawet jeśli nie tędy to może kilkaset metrów dalej przeprawa się uda. A na taki rozwój wypadków wskazują ustalenia archeologów.
Bardzo ciekawe wyniki przynoszą również badania genetyczne oraz analiza izotopów strontu odnalezionych ofiar. Bo jak się okazuje poza komponentem miejscowym znalazła się tam również spora część osób które pochodziły z terenów zarówno obecnej południowej Polski jak i krain jeszcze dalej położonych na południe, już za naszymi górami. Z Moraw i Panonii. Ale też z okolic dzisiejszej Austrii a nawet jeszcze bardziej na zachód z podnóża zachodnich Alp...
...tak szeroki zakres terytorialny właściwie wyklucza możliwość, że doszło tutaj do jakiejś bitwy dwóch ówczesnych mocarstw. Jednego miejscowego (jak niektórzy próbowali sugerować - pierwotnych Słowian) z jakimś jednorodnym kulturowo i etnicznie najeźdźcą.
Natomiast taki rozstrzał pochodzenia, niewielka ilość uzbrojenia, charakterystyka odniesionych ran, typowe dla tragarzy deformacje kośćca oraz możliwość, że do tej masakry doszło zimą (wojen, na naszej szerokości geograficznej, jeszcze do XVIII wieku raczej się nie prowadziło o tej porze roku, rejzy i jakieś krótkie i szybkie najazdy to zupełnie inna sprawa) doskonale zdaje się pasować do grupy kupieckiej czy wręcz karawany, która (po połączeniu gdzieś na południu w większą siłę) podróżowała dalej na północ znajomym sobie szlakiem w celu dokonania wymiany jednych towarów na inne. Najprawdopodobniej w jakimś dużym ośrodku handlowym zapewne leżącym nad Bałtykiem...
...koniec części pierwszej...
Trwa ładowanie...