Kto Ty jesteś? Polak mały? cz.1
Jak mawiał Alfred Hitchcock: jak w pierwszej scenie filmu pojawia się rewolwer to w pewnym momencie będzie musiał wystrzelić. A ponieważ my się tutaj zajmujemy bursztynem więc w pewnym momencie tego tekstu zrozumiecie dlaczego to jest o bursztynie właśnie. Choć początkowo może tak nie wyglądać. Proszę jednak wszystkich Was o chwilę cierpliwości. I mam nadzieję, że warto będzie doczytać do końca.
"Kto ty jesteś, Polak mały..." - takiego wierszyka musieliśmy się uczyć w podstawówce i deklamować potem z okazji różnych uroczystości szkolnych. Nie wiem nawet czy dziś już przypadkiem nie wylądował on na "śmietniku historii" razem z "Murzynkiem Bambo". Ale spokojnie. To nie będzie opowieść z cyklu "a za moich czasów..." czyli w tym przypadku o schyłkowym PRL-u. I nie, nie zamierzam zrzędzić. Tytuł ten nasuwa mi się jako pierwszy jak myślę o najnowszych odkryciach z dziedziny archeogenomiki – czyli działu genetyki w całości poświęconemu badaniom łańcuchów DNA uzyskiwanych ze szczątków kopalnych...
...Badania te prowadzi się od kilkunastu lat (od kilku intensywnie) bo dzięki nim jesteśmy w stanie z dużą dozą pewności określić pokrewieństwo zarówno między ludźmi żyjącymi w czasach zamierzchłych i to w skali całych społeczeństw jak i między ludźmi żyjącymi kiedyś i dziś.
Ale po co komu taka wiedza? Moglibyście słusznie spytać. Otóż sprawa jest szalenie istotna z punktu widzenia konstruowania tak zwanych narracji historycznych. Bo nie ma się co łudzić. Historia nauką ścisłą nie jest. Historia to tylko logiczny (i przez to przypominający naukowy), sposób budowania konstruktów myślowych ułatwiających postrzeganie rzeczywistości i z tego powodu bardzo przydatnych w zarządzaniu dużymi grupami ludzkimi. Inaczej mówiąc dobry mit założycielski (na przykład ten o Lechu, Czechu i Rusie)...
...potrafi w magiczny niemalże sposób przekształcić tłum we wspólnotę. Świadomą wspólnotę obywateli czyli jednostek posiadających poczucie przynależności do czegoś większego. I zarówno Polska jak i Polacy są tutaj doskonałym przykładem do pogłębionych studiów.
Wystarczy sobie wyobrazić, że jeszcze w XVI czy XVII wieku, gdyby spróbować tłumaczyć jakiemuś szlachcicowi, że należy do tego samego narodu (Polaków) co chłopi z wioski, której był właścicielem to...
...nie dość, że raczej poczułby się śmiertelnie obrażony, to zapewne próbowałby Was leczyć z tego "szaleństwa" traktując czekanem po głowie i właściwie każdy chyba ówczesny sąd (za drobną opłatą) stanąłby po jego stronie.
Odpowiedzialny za taki stan rzeczy i świadomości był bardzo modny wówczas mit założycielski tłumaczący wyjątkowość rodów szlacheckich pochodzeniem od ludu starożytnego i uważanego za bardzo waleczny czyli Sarmatów...
...O tym dlaczego nic bardziej mylnego kiedyś jeszcze Wam opowiem, ale tutaj ani pora ani miejsce na to, bo dziś postanowiłem się zmierzyć z zawodnikiem z najcięższej kategorii w tym temacie czyli kim z pochodzenia jesteśmy. W świetle najnowszych badań genetycznych i tym archeologicznym kontekście oczywiście.
Zanim jednak skupimy się na najnowszych faktach z tej dziedziny musimy porozmawiać o dwóch narracjach historycznych vel mitach założycielskich które od połowy XIX wieku przynajmniej wiodą prym w "naszych okolicach". Czyli zarówno w Polsce, w jej obecnych granicach, jak i w krajach z nią sąsiadujących. I bynajmniej nie dlatego, żebym sobie jakieś terytorialne pretensje rościł. Tylko dlatego, że o wszystkim tym da się porozmawiać tylko z punktu widzenia szerszego kontekstu. Swego rodzaju "spojrzenia z oddali".
A narracje które mam na myśli to oczywiście germański i słowiański mit założycielski. I niech Was słowo "mit" w tym słów zlepku nie zwiedzie. To tylko pojęcie z zakresu antropologii kultury, nad którego kształtowaniem i utrzymywaniem pracują już od wieków naukowcy z wielu krajów i bardzo różnych dziedzin. Nie tylko nauk społecznych zresztą.
Zacznijmy sobie od Germanów i "nieszczęsnej" Germanii.
Ale tylko dlatego, że to pojęcie pojawia się jako pierwsze w źródłach. Oczywiście dla historyków Germania zaistniała w momencie, kiedy o niej napisał Plutarch, Juliusz Cezar a niedługo po nich Tacyt i Ptolemeusz. Cytując Tacyta zresztą, większość historyków powtarza, że Germania Magna (czyli wielka)...
...mieściła się między Renem od zachodu, Dunajem od południa, od wschodu sięgała po Wisłę a od północy po Morze Germańskie (czyli Północne ) i Sarmackie (czyli Bałtyk). Nie ma w tej chwili żadnego sensu wdawać się w spory z jaką dokładnością powinniśmy te granice traktować. Choćby z tego powodu, że ani jeden z tych czterech Panów nigdy osobiście opisywanych terenów nie zwiedził dokładnie i tego gdzie kończy się ich faktyczna wiedza a zaczyna fantazja i ideologia na temat tych krain nie ustalimy nigdy.
Zdecydowanie ważniejszym dla naszego wywodu jest fakt, że mianem Germanii, tak samo jak Galii, Dacji czy Panonii ówcześnie określano jedynie krainę geograficzną a nie jakiś ściśle określony organizm państwowy, polityczny czy narodowy. Co więcej samo słowo germanus znaczy po łacinie tyle co brat, pobratymca, sąsiad. I nic więcej. Nawet cesarze potrafili nosić imiona Germaników...
...Tak więc dla Juliusza Cezara czy Tacyta takie określenie jak "plemiona germańskie" również nie znaczyło nic ponadto, że mowa jest o ludziach zamieszkujących pierwotnie tereny krainy geograficznej zwanej Germanią.
Co więcej, Tacyt nawet wspomina, że te plemiona zamieszkujące Germanię różnią się miedzy sobą i kulturą materialną, ubiorem, fryzurą i stylem życia jak również mówią w różnych językach. Jednak na ile możemy ufać jego opisom poszczególnych plemion niech świadczy fakt, że u niektórych z nich - według Tacyta - dzikość jest taka, że kobiety ganiają po wsiach (bo miast tu nie ma) obnażone do pasa (od góry). Jak ktoś, mieszkający na naszych szerokościach geograficznych spojrzy na takie dictum trzeźwym okiem, to od razu dostrzeże, że chłop tutaj w listopadzie raczej nie zaglądał. Więc fantazjując w ten sposób albo tuszował swoje braki w konkretnej wiedzy, żeby nie powiedzieć wprost że zmyślał, albo narracja potrzebna była akurat taka, że to wszystko prymitywy są jakieś i trzeba im "cywilizację rzymską" zanieść jak najszybciej. Najlepiej na legionowych sztandarach oczywiście. A po podboju Galii, Recji i Noricum wiele głodnych sławy i bogactw rzymskich oczu spoglądało w tym kierunku właśnie...
...Jak się konkretnie te "germańskie plemiona" nazywały to już w ogóle osobna historia, bo patrząc tylko na współczesne tłumaczenia ich nazw to wszystkie będą brzmieć z niemiecka. I nie ma się co dziwić, skoro od XIX wieku przynajmniej cały trud niemieckiej historii i archeologii poszedł na to, żeby niemieckość wszystkich tych plemion udowodnić. Jeśli jednak spojrzeć do oryginalnego, łacińskiego tekstu to można odnieść wrażenie, że coś tu się nie do końca zgadza. Wszystkimi szczegółami technicznymi nie zamierzam Was zanudzić, natomiast uważam, że przynajmniej trzy zamieszkujące między Łabą a Wisłą plemiona zasługują na naszą uwagę. A są to Svevi (przerobieni w tłumaczeniach na Szwabów), Semnones (pozostawieni właściwie bez większych przeróbek – Semnonowie) z których czasem próbuje się robić Silingów od których miała powstać nazwa Silesia (czyli Śląsk po naszemu). No i Lugii tłumaczeni najczęściej jako Lugiowie.
Czy to jest poprawne odczytanie nazw tych plemion? A właściwie łacińskiej próby zapisania ich rzeczywistego brzmienia? To akurat trzeba by się było spytać przedstawicieli tych plemion. Z oczywistych powodów już od bez mała 2000 lat jest to raczej niemożliwe. Natomiast ze względu na to, w jaki sposób te konkretne nazwy dałoby się po łacińsku wymówić, myślę, że możemy założyć odrobinę odmienną ich interpretację. Oczywiście to tylko taka zabawa słowem i nie należy tych moich prób traktować poważnie. Gdybym napisał inaczej to wszyscy językoznawcy powiesiliby mnie na suchej gałęzi za pewną część ciała (występującą w parach u osobników płci męskiej) za którą wolałbym nie zostać powieszony. No ale skoro tylko się tak bawimy, to może tym razem mi się upiecze.
Jedźmy po kolei. Czy ten zlepek łacińskich liter – Svevi – da się odczytać jakoś inaczej niż Szwabi, Szwabowie? Z "sz" to Rzymianie na pewno mieli problem w zapisie bo sami nie za bardzo używali. Natomiast jak im jakaś spółgłoska brzmiała dziwnie ale podobnie do tej którą znali to dodawali po niej czasami "i". Stąd takie dziwne próby zapisania imienia naszego pierwszego władcy – Mieszka jak Misica czy Mesico. W wyrazie Svevi jednak w żaden sposób nie jest to zaznaczone. Co więcej, Rzymianie często w inskrypcjach używali literek "u" i "v" wymiennie. Oni sami znali te słowa i wiedzieli jak je czytać a wyryć "v" w kamieniu czy napisać było zdecydowanie łatwiej niż "u". W związku z tym spokojnie możemy się pokusić o próbę odczytania tego łacińskiego zlepka liter w ten sposób – Suewi. Albo wręcz tak – Słewi (bo "ł" też nie znali Rzymianie i zapisywali jako "u") . A przy wszystkich kombinacjach przegłosowo - przygłosowych również Słowi bądź Sławi? I co to wszystko ma do rzeczy? Poczekajcie jeszcze chwilę.
Skupmy się teraz na drugiej nazwie czyli Semnones a zrobi się jeszcze ciekawiej. Zacznijmy od końca. "-es" to typowa dla łaciny końcówka wyrazów w liczbie mnogiej. Jak na przykład w wyrazie siostra – soror w liczbie mnogiej siostry – sorores. Więc ona nie oddaje w żaden sposób oryginalnego brzmienia samej nazwy plemienia tylko podkreśla, że chodzi o wielu takich, co się sami taką nazwą określają. My też tak robimy. Amerykanie czy Anglicy też sami siebie tak nie określają, to my ich tak nazywamy żeby nam było łatwiej pomieścić się w regułach naszego języka. Więc i łacińską końcówkę "-es" tak właśnie powinniśmy traktować. Fakt, że została zapisana wcale nie świadczy o tym, że używały jej opisywane ludy ani że oddawała jakieś dokładne fonetyczne brzmienie a jedynie, że było wiele takich na przykład sióstr czyli sorores.
A co z przodu? Tutaj znowu będę posiłkował się łacińskimi próbami zapisów imion naszych pierwszych Piastów. I tak Semomisli, Semoviti to łacińska próba zapisania imion przodków Mieszka Pierwszego czyli Ziemowita i Ziemomysła (Siemomysła). Gdyby tą samą metodę zastosować do słowa Semnones to można by pokusić się o rekonstrukcje tej nazwy na dwa sposoby. Pierwsza z nich z prostego przekładu "S" na "Z" mogłaby brzmieć Ziemnianie? Ziemianie? Druga związana z określeniem (załóżmy na tą chwilę) słowiańskim rodu / rodziny czyli "Siemja" bądź nasienia "Siemię" (Lniane) i wyszłoby nam wtedy Siemnianie? Siemianie? No pisał Herodot, że zachodnią Scytię nad Alazonami zamieszkiwali Scytowie Oracze. A jak orali to raczej nie dla zabawy. Pewnie siać jakieś nasionka musieli. A jak to były dla nich ważne nasionka to może od nazwy tych nasion bądź od samego faktu życia z obsiewania i zbierania plonów w odróżnieniu od otaczających ich nomadów i pasterzy tak się mogli określać?
I co? Zrobiło się jeszcze ciekawiej? Zauważcie, że w obydwu przypadkach po polsku te nazwy są proste w zrozumieniu i mają konkretne znaczenie, którego w językach germańskich czy romańskich (łacina) trudno byłoby szukać. No bo jaka niby jest semantyka (czyli znaczenie) słowa Szwab? Szwabia? Czy poza etnograficzno – geograficznym ta nazwa jeszcze dla Niemców coś znaczy? Ziarno z kolei po niemiecku to getreide. Ewentualnie saat, bohne lub korn. Już choćby tylko z określenia siemienia lnianego (niem. Leinsamen) widać kto od kogo i co pożyczał. Ziemia natomiast to erde, erdboden ewentualnie land, więc ten trop w ogóle prowadzi donikąd.
Ostatnia nazwa jest najlepsza. Chodzi o plemię Lugiów, którego oryginalny łaciński zapis fonetyczny wygląda tak – Lugii. Przez dwa "i" i to jest w tym przypadku naprawdę ważne, bo w łacinie średniowiecznej i w języku włoskim później taki zlepek jest formą zapisania dźwięku, który w antycznej łacinie bezpośrednio nie występował. A to wcale jeszcze nie znaczy, że w innych częściach świata nie był używany. Na przykład na północy. A do starożytnego Rzymu w swoim czasie mogli zaimportować go zarówno Wandalowie, Goci jak i Longobardowie a być może jeszcze ktoś inny? A dźwięk który współcześni Włosi zapisują łącząc ze sobą litery "g" z "i" to nic innego jak "dź" bądź "dż". Tak jak w wyrazach "giorno" (czyli dzień), "giallo" (żółty), "giacca" (kurtka) wymawianych przez "dź" czyli dźjorno, dźjallo czy dźjakka. W ten sam sposób Włoch wymówi wyrazy filologia bądź Luigi, czyli filolodźja i Luidźi.
No i co nam wyjdzie jak zastosujemy do naszych Lugiów ten sposób wymowy? Jak nie uwierzycie, to proponuję w googlowym tłumaczu odsłuchać sobie wymowę tego słowa przez włoskiego lektora, ale dla mnie to brzmi zupełnie jak... Ludzi? Czyli plemię Ludzi? No dziś powiedzielibyśmy raczej że to ludzkie plemię. Ludzie. Ale to już brzmi jak totalna herezja. Słewi, względnie Sławi bądź Słowi, Ziemianie i Ludzie? Bardzo dziwnie mało germańsko brzmiące te nazwy plemion, tak się składa, że około dwa tysiące lat temu zamieszkujących akurat wschodnią część Germanii Wielkiej czyli między Łabą a Wisłą i od Tatr po Bałtyk.
I warto tutaj chyba jeszcze raz przypomnieć że zarówno Tacyt jak i Ptolemeusz twierdzili jedynie, że plemiona o takich nazwach zamieszkują krainę geograficzną zwaną Germanią. A nie, że są to Germanie, bądź jeszcze lepiej, Niemcy z krwi i kości. Taką narrację zaczęto budować dopiero w późnym średniowieczu a jej apogeum to czasy nacjonalizmu romantycznego...
...który rozwijał się w Niemczech od połowy XIX wieku i miał służyć zjednoczeniu jak największej przestrzeni w Europie Środkowej pod jednym (konkurencyjnym do Cesarstwa Austriackiego) sztandarem, oczywiście powiewającym nad berlińskim Reichstagiem.
W jaki sposób te wszystkie koncepcje zostały później wykorzystane przez Nazistów to chyba nie muszę nikomu tutaj przypominać. Ale o tym, że mimo wszelkich wysiłków najtęższych niemieckich umysłów tamtych czasów nie udało się ustalić niczego do końca jednolicie spójnego i starożytnych Germanów trzeba było podzielić na wschodnich, północnych, połabskich i zachodnich (nadreńskich) to już wspomnieć ze wszech miar warto (Przyda nam się pamiętać o tym za chwilę, jak weźmiemy na warsztat kolejny mit). Warto również odnotować, że stworzony w XIX wieku germański mit założycielski jest tak silny (bez względu na jego prawdziwość) że cel w jakim go wykorzystano - czyli zjednoczenie - udało się osiągnąć i utrzymać do dziś.
Ale zostawmy chwilowo tych nieszczęsnych Germanów i spójrzmy w drugą stronę. A tam, już od XVII wieku przynajmniej zaczęła budować się potęga, która zawsze potem uważała się za konkurencyjną w stosunku do Rzeczpospolitej. Oczywiście chodzi tutaj o Cesarstwo Rosyjskie, nazywane wcześniej Księstwem Moskiewskim (nie mylić z Rusią Kijowską)...
...A że tak w istocie było, czyli że był to twór konkurencyjny dla Rzplitej, to wystarczy spojrzeć jak kształtowały się przychody z handlu zagranicznego Gdańska czy innych polskich portów na przestrzeni XVIII wieku w stosunku do przychodów Nowogrodu czy Petersburga. Spadek przychodów ze sprzedaży zboża w naszych portach był wprost proporcjonalny do wzrostu przychodów z tego samego tytułu w tych drugich.
Nie kto inny jak Piotr zwany przez niektórych wielkim, któremu nie w smak było, że to przedsiębiorczy kupcy z południowej Szwecji (Russowie) założyli Ruś (która już w między czasie zdążyła zostać "pożyczona"), nakazał swoim historykom zrobić wszystko żeby tak przepisali historię od nowa, coby jednak wyszło, że to sami Rosjanie dokonali tego wiekopomnego dzieła. No a jak Car każe to sługa musi. Inaczej Sybir albo "czapa". Więc salt, wymyków i fiflaków wykonano wiele. Nie tylko za czasów Piotra zresztą. Jeszcze za Stalina wspominanie oficjalne o Wikingach było wśród rosyjskich historyków śmiertelnie niebezpieczne. Dosłownie. Ludzi o "nieodpowiedniej" wizji przeszłości niszczono. Czasem wraz z całymi rodzinami nawet. Dla przykładu i posłuchu.
Jak to dokładnie wyglądało to - mimo tego że pamięć za walkę o prawdę się tym ludziom należy - nie będę tutaj opisywał dokładnie. Krótka wzmianka to moim zdaniem zdecydowanie za mało, a do całości wywodu niczego więcej w ten sposób nie wniosę. Dość powiedzieć że w mrokach carskich bibliotek i kominternowskich gabinetów udało się w końcu stworzyć coś, co mogło "od biedy" konkurować z germańskim mitem założycielskim czyli słowiański mit założycielski. Była to doskonale udokumentowana (jak na owe czasy) opowieść o tym jak to z bagien spod Prypeci...
...kilka nielicznych i prymitywnych plemion rozlazło się po świecie i rozrodziło w cudowny sposób tak licznie, że ich potomkowie w lat dwie setki bez mała zajmowali już pół Europy i podobną część Azji. "Cud to zwykły" jak swego czasu śpiewał Andrzej Zaucha.
Do czego posłużył germański mit założycielski to już mniej więcej wiemy. Z jednej strony do zjednoczenia wszystkich krain zajmowanych przez ludność posługującą się językiem niemieckim w jeden spójny organizm państwowy, a z drugiej do uprawomocnienia koncepcji politycznej zwanej "Drang nach Osten" (czyli "parcie" na wschód), którą niemieccy narodowi socjaliści pod przewodnictwem Adolfa Hitlera sprowadzili do absurdu tak dalece, że za słuszne i zbawienne uważali "żywią i bronią" odzyskiwać każdy, leżący na wschód od Odry i Wisły piędź ziemi, po którym kiedykolwiek onegdaj stąpała starożytna germańska stopa. I tak dotarli aż pod Stalingrad, gdzie im tą "malaryczną gorączkę" skutecznie wyleczyły specyficzne dla tamtych okolic warunki klimatyczne i brak ropy do czołgów.
A skoro słowiański mit założycielski był konkurencyjny w stosunku do germańskiego, to oczywista że w zamyśle jego twórców i cele miał spełniać podobne. Z jednej strony tłumaczyć zjednoczenie wszystkich ludów i narodów "słowiańskich". Realizowane początkowo pod moskiewskim berłem a później pod czerwonym sztandarem ze znakiem sierpa i młota. Cel drugi był również identyczny, czyli legitymizacja roszczeń terytorialnych. Tym razem jednak chodziło o "parcie na zachód". Po Łabę i Danię przynajmniej. Co też się do pewnego stopnia udało przeprowadzić.
Okazało się jednak, że mimo wszelkich starań nie da się ukryć faktu, że różnice kulturowe i językowe występujące u Słowian nie są wcale mniejsze niż te, które dzieliły starożytnych Germanów. Więc i tu posłużono się podobnym wytrychem i podzielono Słowian na wschodnich, południowych i zachodnich.
A prawda (czyli my)? Zapewne leży gdzieś po środku. Przed wojną krążył taki dowcip, że jechało raz pociągami dwóch podróżnych. Jeden był Francuzem i jechał z Paryża do Moskwy. Drugi zaś był Rosjaninem i podróżował z Moskwy do Paryża. No i obydwaj wysiedli w Warszawie, bo myśleli, że "to już". I to chyba najlepsze streszczenie tej "prawdy po środku". Skoro jeszcze przed wojną różnice kulturowe Polski zarówno w stosunku do wschodu jak i do zachodu Europy były w świadomości ludzkiej tak wielkie, że udało się to wszystko ubrać w zgrabny bonmocik to znaczy tylko tyle, że tutaj może być coś na rzeczy i istnieje jeszcze jakieś inne, trzecie rozwiązanie. I to jest najlepszy moment, żeby pochylić się nad głównym powodem dla którego ten tekst powstał, czyli najnowszymi postępami w archeogenomice...
...o czym porozmawiamy w części drugiej... serdecznie zapraszam :)
Trwa ładowanie...