Australijski Pink Floyd
Na oryginalny zestaw Pink Floyd nie możemy już liczyć. Możliwa jest jedynie uczta, podczas której dania serwuje David Gilmour, bądź dźwiękowe rozkosze od Rogera Watersa, którego koncerty jednak w Polsce są mało prawdopodobne. Ten ostatni planowany, został odwołany po tym jak muzyk ujawnił swoje poglądy na temat rosyjskiej agresji na Ukrainę.
W tej sytuacji dziękować należy losowi za zjawisko pod nazwą The Australian Pink Floyd. Muzycy tego zespołu chętnie przyjeżdżają do Polski i robią show, które gwarantuje fantastyczne emocje. Dzieła Pink Floyd wykonują perfekcyjnie, okraszając je multimedialnym pokazem w stylu „światło i dźwięk”. Jednocześnie robią to wszystko z namaszczeniem, jakby chwili pokazać, że głównym aktorem tego spektaklu jest muzyka, a nie zespół. To dlatego członkowie The Australian Pink Floyd starają się nie rzucać w oczy, wokalista schodzi ze sceny po każdym odśpiewaniu tekstu a gitarzyści czy perkusista nie robią wokół siebie zamieszania. Oni są po prostu pośrednikami między dziełem sztuki, a słuchaczami i widzami.
Koncertów coverowych unikałem w swoim życiu jak ognia. Twierdziłem, że są dobre na imprezy firmowe. Ale w końcu postanowiłem się zmierzyć z zespołem, który grał na urodzinach Gilmoura, chwalonym i na całym świecie darzonym niezwykłą sympatią graniczącą z kultem. Podczas całego koncertu byłem świadomy, że to nie jest Pink Floyd, a jednak słuchałem i patrzyłem z przejęciem, w wielu momentach otwierając szeroko oczy i usta. To niezwykłe doznanie usłyszeć muzykę Floydów graną z takim pietyzmem. Nie była to na szczęście próba zrobienia czegoś po swojemu, improwizowania czy unowocześnienia dzieł sztuki. To dlatego słuchacz i widz czuje się jakby stał przed nim zespół Pink Floyd, a wracającą do głowy myśl „chłopie to nie jest Pink Floyd” kwituje krótkim „Pieprzyć to!”.
Koncert zorganizowała Mystic Coalition, wybierając idealny do tego obiekt – katowicki Spodek.
Trwa ładowanie...