Wejście smoka? Nie, Putina.
Hal Brands, znany amerykański myśliciel strategiczny, w komentarzu zamieszczonym w portalu Bloomberg, datowanym na 8 marca, napisał, że ocena skutków wojny Stanów Zjednoczonych zależy w gruncie rzeczy od tego jak długo konflikt będzie trwał i jakim rezultatem się zakończy. Jego zdaniem jeśli będziemy mieli do czynienia z krótką i zwycięską wojną to siła amerykańskiego odstraszania, którego głównym adresatem są Chiny i Rosja, wzrośnie. Atak pokazał, że Trump „ma apetyt na eskalację” a jako, że odstraszanie związane jest zarówno z realną siłą militarną jak i ma oczywisty wymiar psychologiczny, to krótka zwycięska wojna będzie na korzyść Ameryki. Inne scenariusze, o którym Brands również napisa jest już mniej optymistyczny. „Mają - zauważył - bardziej przygnębiające implikacje. Obecna wojna może ciągnąć się tygodniami Może zakończyć się tym, że reżim irański będzie poobijany, ale nienaruszony, żywiący głęboką urazę i zdeterminowany, by odbudować potencjał, który pozwoli mu ponownie zagrozić stabilności regionu. Wtedy Pentagon może być zmuszony pozostawić znaczne siły na Bliskim Wschodzie, aby uspokoić sojuszników i powstrzymać Iran. Za rok lub dwa może się to powtórzyć. Zwrot na Pacyfiku nigdy nie nastąpi; Stany Zjednoczone nadal będą uwikłane w kolejny bałagan na Bliskim Wschodzie.” Celowo podałem datę publikacji tej opinii, bo dzisiaj, ale nawet dzień później, czyli 9 marca sytuacja zaczęła się zmieniać i obecnie jesteśmy bliżej negatywnego scenariusza, którego strategiczne skutki w ciemnych kolorach odmalował amerykański ekspert. Jeszcze się on nie zmaterializował i przedwczesne jest ogłaszanie amerykańskiej porażki, oczywiście politycznej, bo z wojskowego punktu widzenia teza tego rodzaju jest jawnie niedorzeczna, ale dynamika wydarzeń nie przebiega po myśli Białego Domu. Dowodem, że w amerykańskim obozie władzy zaczęto zdawać sobie z tego sprawę jest telefon Trumpa do Putina, który miał miejsce 9 marca.
Irański wiceminister spraw zagranicznych Kazem Gharibabadi powiedział w tym samym czasie w telewizji państwowej, że Francja, Chiny i Rosja porozumiały się w sprawie omówienia warunków zawieszenia broni. Wojna toczona jest również w przestrzeni informacyjnej i wobec doniesień władz irańskich trzeba zachowywać zdrowy sceptycyzm, ale w tym konkretnym przypadku pojawiły się doniesienia światowych mediów potwierdzające fakt kontaktów reżimu z przedstawicielami wymienionych państw. 6 marca na stronie internetowej Kremla znalazła się informacja o rozmowie Putina z Masudem Pezeshkianem w toku której Prezydent Rosji miał zapewnić swego rozmówcę zarówno o poparciu jak i zaproponować negocjacje w kwestii „politycznego rozwiązania” konfliktu. 2 marca Wang Yi, chiński minister spraw zagranicznych rozmawiał telefonicznie ze swym irańskim partnerem a 5 marca podobną rozmowę z Abbasem Araghchim odbył Jean-Noel Barrot, francuski minister spraw zagranicznych. Fakt odbycia rozmów nie jest jeszcze dowodem na kształtowanie się jakiejś antyamerykańskiej wspólnej inicjatywy tych trzech państw, nie zmienia to jednak faktu, że po pierwszym tygodniu ataków dynamika wydarzeń przestała działać na korzyść Amerykanów, co może wyjaśniać motywy Trumpa, który inicjował rozmowę.
Była ona czymś więcej niż tylko wymianą poglądów na linii amerykański prezydent - Putin, bo jak ujawnił Jurij Uszakow, doradca tego ostatniego ds. polityki zagranicznej po obu stronach w dialogu uczestniczyli eksperci, którzy byli na bieżąco konsultowani, co oznacza, że godzinna rozmowa był czymś na kształt „telefonicznych negocjacji”. Taki charakter rozmowy między Putinem a Trumpem potwierdzają też informacje portalu Axios, który podał, że w trakcie rozmowy rosyjski prezydent zaproponował aby jedynym z „narzędzi” pozwalających osiągnąć porozumienie polityczne między Waszyngtonem a Iranem było przeniesienie wzbogaconego uranu którego 450 kg jak się uważa znajduje się w magazynach irańskich, do Rosji. Trump miał tę propozycję odrzucić. Potwierdził on również, że Putin połączył w jeden temat dwie kwestie - politycznego rozwiązania konfliktu wokół Iranu i zakończenia wojny na Ukrainie, proponując mediację Moskwy w tej pierwszej sprawie.
Steve Witkoff w rozmowie z CNBC potwierdził pośrednio informacje Uszakowa przyznając, że w poniedziałek rano, zapewne przed telefonem Trumpa do Putina, rozmawiał z doradcą rosyjskiego prezydenta (wraz z jardem Kushnerem) co by świadczyło, że rozmowa została uprzednio przygotowana i miała mieć charakter „konsultacji” a nie jedynie wymiany poglądów dwóch liderów.
Wydaje się pewnym, iż telefon Trumpa do Putina został odebrany w Rosji w kategoriach słabości i poszukiwania przez Waszyngton pomocy Rosji w politycznym rozwiązaniu konfliktu, co umożliwiałoby szybkie wycofanie się z wojny. Taka sytuacja daje Kremlowi pole do rozpoczęcia gry i Putin zdecydował się na ruch o charakterze ofensywnym. 10 marca przeprowadził kolejną rozmowę z prezydentem Iranu, w toku której, jak głosi oficjalny komunikat, Putin „potwierdził swoje stanowisko opowiadając się za szybką deeskalacją konfliktu i jego rozwiązaniem środkami politycznymi” co można odczytywać w kategoriach rozpoczęcia konsultacji, ale przede wszystkim zwołał on, poprzedniego dnia, naradę poświęconą rosyjskiej polityce eksportu węglowodorów i sytuacji na światowych rynkach. Z opublikowanego na oficjalnej stronie Kremla fragmentu wystąpienia Putina wynika, że z sytuacji kryzysu paliwowego w którym znalazł się świat, w tym Europa, Rosja ma zamiar skorzystać formułując coś w rodzaju ultimatum, którego adresatem są państwa europejskie. Zapowiadając „koordynację działań państwa i firm prywatnych” w związku z kryzysem na światowych rynkach rosyjski prezydent oświadczył, że „z pewnością będziemy nadal dostarczać ropę i gaz do krajów, które same są wiarygodnymi partnerami. Mam na myśli nie tylko naszych partnerów z regionu Azji i Pacyfiku, ale także kraje Europy Wschodniej, takie jak Słowacja i Węgry.” To deklaracja utrzymania dostaw do państw chcących współpracować z Rosją, a warto pamiętać, że specjalnie chcąc rozmawiać o dostawach węglowodorów, niedawno, dokładnie 4 marca, do Moskwy przybył węgierski minister spraw zagranicznych. Nie jest to jego ostatni kontakt z rosyjskimi władzami, bo 12 marca Szijjarto rozmawiał telefonicznie, zapewne o tym samym, z Pawłem Sorokinem wiceministrem energetyki. Do roli Węgier w całej rozgrywce przyjdzie nam jeszcze wrócić, teraz jednak warto wspomnieć co Putin miał do przekazania innym krajom europejskim. Rosyjski prezydent powiedział, że „jednocześnie pragnę przypomnieć, że kraje Unii Europejskiej planują wprowadzenie dodatkowych ograniczeń w zakupie rosyjskich węglowodorów, w tym skroplonego gazu ziemnego (LNG), począwszy od 25 kwietnia, aż do całkowitego zakazu dostaw tych surowców w 2027 roku włącznie. W związku z tym rząd został już zobowiązany do oceny wykonalności i celowości wstrzymania dostaw energii na rynek europejski. Zamiast czekać, aż drzwi zostaną nam zatrzaśnięte przed nosem, musimy to zrobić już teraz, kierując te wolumeny z rynku europejskiego do bardziej atrakcyjnych miejsc docelowych i, co najważniejsze, zdobywając tam przyczółki.” Z dalszej części wystąpienia Putina wynika, że państwa europejskie nie tylko powinny zrezygnować z polityki sankcji wobec Rosji, ale jeśli chcą otrzymywać dostawy rosyjskich węglowodorów to muszą myśleć o zawarciu wieloletnich stabilnych kontraktów. Aby ultimatum było bardziej wiarygodne Rosja niemal od razu rozpoczęła zapowiedziane przez Putina ruchy. Aleksandr Novak, rosyjski wicepremier odpowiedzialny za sektor wydobycia i eksportu węglowodorów po spotkaniu na Kremlu poinformował, że „zgodnie z poleceniem” Putina „postanowiliśmy, że część wolumenu LNG dostarczanego obecnie do Europy zostanie przekierowana na inne rynki, gdzie budowane są konstruktywne, pragmatyczne relacje z naszym krajem, gdzie istnieje popyt i możliwość zawarcia długoterminowych kontraktów”. W szczególności, jak zauważył, dostawy dla odbiorców w Indiach, Tajlandii, Filipinach i Chinach będą zwiększane co oznaczę redukcję puli dostaw dla państw europejskich. Ten proces przekierowania transportów już, zdaniem Novaka, się rozpoczął.
Gdyby postrzegać wojnę amerykańsko - izraelskiego tandemu z Iranem wyłącznie przez pryzmat korzyści i kosztów ekonomicznych to z perspektywy Rosji krótkoterminowy bilans jest zdecydowanie korzystny. Według szacunków ekspertów Financial Times dziennie Rosjanie zarabiają na konflikcie, tylko biorąc pod uwagę zmiany na rynku węglowodorów, przede wszystkim wzrost cen ropy naftowej, około 150 mld dolarów, co oznacza, że łączny „zysk” od początku wojny wyniósł już 1,3 - 1,9 mld a do końca marca zamknie się kwotą 3,3 - 4,9 mld dolarów. Jest to wynik wzrostu cen na światowych rynkach z czego korzystają również rosyjscy eksporterzy. O ile przed wybuchem wojny średnia cena rosyjskiej ropy kształtowała się na poziomie 52 dolarów za baryłkę, to po jej wybuchu wzrosła do 70 - 80 dolarów, znacząco również wzrosła skłonność importerów, przede wszystkim z Chin i z Indii, do zawierania transakcji nawet mimo nadal obowiązujących sankcji. Ta korzystna z rosyjskiej perspektywy zmiana odwróciła rysujące się jeszcze w lutym tendencje, kiedy to eksport rosyjskiej ropy spadł o 11,4 % do poziomu 6,6 mln baryłek dziennie i osiągnął najniższy poziom od 2022 roku. Niewiadomą jest to jak długo utrzymają się obecne trendy, ale już teraz rosyjskie ministerstwo finansów może być spokojne o wykonanie założonych, a wcześniej przez wielu ekspertów uznawanych za nierealistyczne, wskaźników dochodów budżetowych na I kwartał i może zacząć przeznaczać bieżące dochody na II kwartał. Ronald Smith z firmy konsultingowej Emerging Markets Oil and Gas Consulting Partners jest zdania, że Rosja może zwiększyć w krótkim czasie produkcję ropy naftowej o 400 tys. baryłek dziennie, bo w związku z ograniczeniami, ale również atakami ukraińskimi na jej instalacje przetwórcze nie wykorzystywała do tej pory nawet limitów OPES+, które pozwalały jej produkować o 300 tys. baryłek dziennie więcej.
W reakcji na skokowy wzrost cen ropy naftowej na światowych rynkach Stany Zjednoczone, czasowo, do 11 kwietnia zawiesiły sankcje nałożone w ubiegłym roku na rosyjskich producentów. Sekretarz Stanu Scott Bessent stwierdził, że wprowadzone rozwiązanie ma charakter „krótkoterminowy” i jego zdaniem rosyjski rząd „nie odniesie znaczących korzyści finansowych” z tego tytułu bo decyzja w praktyce dotyczy już ropy która znajduje się „w tranzycie” czyli w ładowniach tankowców a rosyjski budżet finansowany jest podatkiem nałożonym na wydobycie ropy naftowej, który pobierany jest w momencie wydobycia surowca a nie jego sprzedaży. To zaś oznacza, że rosyjski budżet nie zdąży wykorzystać wzrostu popytu na światowych rynkach bo „mikrookres” w który sankcje nie będą obowiązywały szybko się skończy. Amerykańska decyzja o czasowym zawieszeniu sankcji na rosyjską ropę została skrytykowana przez sojuszników. Friedrich Merz powiedział, że o ile można mówić o problemach światowej gospodarki związanych z ceną tego surowca o tyle nie dotyczą one podaży co skłania, w związku z tym, do zadawania pytań o „ukryte motywy” tej decyzji. Niemiecki polityk jest przekonany, iż w istocie chodzi w tym wypadku o Ukrainę , zażądał w związku z tym od Stanów Zjednoczonych „gwarancji”, iż wojna z Iranem nie zostanie wykorzystana do osłabienia Ukrainy i generalnie zaostrzył swój ton przechodząc w ciągu tygodnia od bezwarunkowej aprobaty uderzenia do ostrożnej krytyki amerykańskiej polityki. Podobne obawy artykułował też rząd brytyjski.
Michaił Korostikow, ekspert berlińskiego Carnegie Russia Eurasia Center jest jednak zdania, że amerykańskie ataki na Wenezuelę a obecnie na Iran, osłabiają Chiny, bo 17-18 % zaopatrzenia w ropę pochodziło od tych dwóch dostawców, a w średniej i długiej perspektywie wzmacniają jednak Rosję. Wynika to z faktu, iż ok. 1/4 chińskiego przetwórstwa ropy naftowej to zdolności niewielkich, niezależnych rafinerii zlokalizowanych głównie na południu kraju. Zbudowały one swą pozycję i model finansowy na przerobie ciężkiej i o wysokim stopniu zawartości siarki ropy naftowej sprowadzonej z Wenezueli i Iranu z dużym dyskontem. Ten model w obecnej sytuacji jest nie do utrzymania a jedyną alternatywą są dostawy podobnego surowca z Kanady lub Rosji. Dostawcy z tego ostatniego kraju będą zapewne preferowani zarówno ze względu na większą elastyczność cenową jak i wypracowane przez lata schematy omijania amerykańskich sankcji, które mogą być teraz relatywnie łatwo zaadaptowane do handlu z Rosjanami.
W polityce Kremla w obliczu kryzysu na światowych rynkach ropy i gazu nie mniejsze znaczenie niż kwestie ekonomiczne mają działania polityczne, a nawet strategiczne. Nie bez powodu Putin w rozmowie z Trupem połączył w jeden węzeł konflikt z Iranem i wojnę na Ukrainie starając się w ten sposób zmusić amerykańskiego prezydenta do ustępstw jeśli ten chciałby liczyć na pośrednictwo Moskwy w rozmowach z Teheranem. Amerykanie wybrali opcję krótkoterminowego złagodzenia sankcji a państwa grupy G7 po zwołanej w przyspieszonym trybie naradzie zapowiedziały rekordowe „uwolnienie” części swych zapasów strategicznych. To posunięcie ma stabilizować rynki ale nie ulega też wątpliwości, że dodatkowo europejscy członkowie tego formatu obawiali się, że zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Iranie i rozmowy Trumpa z Putinem doprowadzą do ustępstw w kwestii Ukrainy. Mówił o tym na konferencji prasowej z Zełenskim Emmanuel Macron deklarując, iż „rosnące ceny ropy naftowej nie mogą w żadnym wypadku skłonić nas do ponownego rozważenia naszej polityki sankcji wobec Rosji”. Póki co tymczasowe rozwiązanie zostało znalezione i nie ma mowy o dłuższym „poluzowaniu” reżimu sankcyjnego wobec Rosji ale zarówno upływ czasu jak i kolejne posunięcia Moskwy mogą zmienić tę sytuację. Kreml w sposób oczywisty zmierza do wzrostu napięcia. Czytelną intencją Rosjan jest izolacja Ukrainy i doprowadzenie do sytuacji w której sankcje zostaną albo zniesione albo ich przedłużenie nie będzie możliwe, co byłoby równoznaczne z „odmrożeniem” rosyjskich aktywów zablokowanych od początku wojny w belgijskim systemie rozliczeniowym Euroclear. Niepowodzenie grupy państw naszego kontynentu z Niemcami na czele, które dążyły w grudniu ubiegłego roku do konfiskaty tych zasobów i przeznaczenia w ten sposób pozyskanych środków na finansowanie ukraińskiego wysiłku wojennego skłoniło, taką hipotezę chciałbym sformułować, Moskwę do podjęcia działań mających na celu odzyskanie swoich depozytów. Będzie to możliwe jeśli państwa Unii Europejskiej nie będą w stanie podjąć w trybie konsensualnym decyzji o przedłużenia blokady, bo wówczas Rosjanie będą w stanie skutecznie odzyskać swe środki.
W tej rozgrywce kluczowa rolę odgrywają dwa państwa, które Putin wymienił w swym przemówieniu, czyli Węgry i Słowacja, a także inne, będące odbiorcami rosyjskiego gazu tłoczonego przez rurociąg Błękitny Potok. Jednym z nich jest Bułgaria gdzie w kwietniu po raz kolejny, szósty w ciagu 4 lat, odbędą się wybory parlamentarne. Tym razem sytuacja w tym bałkańskim kraju jest inna bo z urzędu zrezygnował Rumun Radev, prezydent uznawany za zwolennika polityki prorosyjskiej, zbudował on koalicję sił lewicowych i uzyskał zdecydowaną przewagę nad prozachodnimi konkurentami. Jego lista ma obecnie 33 % poparcia w sondażach, podczas gdy zajmująca drugie miejsce formacja GERB, partia oskarżana o liczne skandale korupcyjne (należy w Europie do centroprawicowej rodziny politycznej EPP), która do tej pory była jedną z głównych sił politycznych w kraju, może liczyć na 20 %.
Jaki to może mieć związek z zamierzeniami Rosji? Nie bez powodu Gazprom już po naradzie u Putina poinformował, że w ostatnich dniach udaremnił kilkanaście ataków ukraińskich sił zbrojnych obliczonych na zniszczenie infrastruktury przesyłowej i stacji kompresorowych Błękitnego Potoku. W ciągu ostatnich dwóch tygodni „odparto” ponoć 12 tego rodzaju uderzeń które wymierzone były w stacje Russkaja, Bieregowa i Kozacza. Warto zwrócić uwagę, że obsługują one zarówno „nitkę” prowadzącą do Bułgarii i dalej docierającą na Węgry i Słowację jak i odnogę gazociągu zaopatrującą Turcję. Atrybucja ataków przypisywanych Ukrainie wymaga jeszcze potwierdzenia, ale intencje rosyjskiej narracji są czytelne. W jej świetle Kijów zamierza zdestabilizować zaopatrzenie w gaz zarówno w państwach bałkańskich i środkowoeuropejskich jak i w Turcji, podtrzymującej walkę Ukrainy. Ultimatum wobec Europy Zachodniej, wsparcie Węgier i Słowacji i poróżnienie Kijowa z Ankarą miałyby fatalne skutki dla Ukrainy, która znalazłaby się w osamotnieniu, a przynajmniej determinacja wspierających je państw europejskich uległaby osłabieniu.
No i mamy oczywiście trwający jeszcze i eskalujący konflikt na linii Budapeszt - Kijów. Rząd Orbana oskarża Ukraińców, że ci nielegalnie finansują kampanię wyborczej opozycyjnej i mającej szansę zwycięstwa w wyborach formacji TISA (z tym związana była zatrzymanie ukraińskich konwojentów i konfiskata na 2 miesiące przewożonych środków) i destabilizują sytuację ekonomiczną sąsiednich krajów blokując ropociąg Drużba. Obie strony zarzucają sobie bandytyzm, akty ekonomicznego sabotażu i próbę wpłynięcia na wynik wyborów. Relacje na linii Budapeszt - Kijów są coraz bardziej napięte i mogą ewoluować w niebezpiecznym kierunku. Tym bardziej, że partia Victora Orbana ma w sondażach stratę wobec formacji Magyara i jest zainteresowana podgrzewaniem nastrojów. Zoltan Kovacs, poseł FIDESZ kierujący w węgierskim parlamencie komisją nadzorującą służby specjalne oskarżył Kijów, że ten nielegalnie finansuje opozycyjną formację Tisa. W jednej z audycji radiowych powiedział on, że „Służby wywiadowcze przedstawiły parlamentarnej komisji bezpieczeństwa narodowego dowody na to, że Ukraińcy finansują partię różnymi sposobami.” To poważny zarzut, zarówno pod adresem opozycji jaki i sąsiedniego państwa. Kovács odwołał się wprost do zatrzymania pod Budapesztem ukraińskich konwojentów z transportem 40 mln dolarów, 35 mln euro. Zdaniem deputowanego rządzącej formacji zatrzymana kwota to „dokładnie tyle” ile brakować ma Peterowi Magyarowi i jego formacji aby sfinansować trwającą kampanię wyborczą.
Nie mamy tu jednak do czynienia z pojedynkiem złych mocy i rycerzy na białych koniach jak można byłoby wnioskować czytając relacje z Węgier dziennikarzy liberalnej prasy europejskiej (ci na białych koniach to Ukraińcy). Najlepszym przykładem jest historia zatrzymanego na Wegrzech z legalnym zadniem Ukraińców konwojem środków generała SBU. Mowa Giennadiju Kuzniecowie. To bardzo ciekawa postać. Ten zawodowy oficer ukraińskiego wywiadu, generał dywizji SBU, były szef Centrum Operacji Specjalnych ds. Zwalczania Terroryzmu, powiązany był z oddziałem Alfa, ma za sobą karierę, która może pobudzić wyobraźnię i skłaniać do snucia teorii spiskowych. „Giennadij Kuzniecow to jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci ukraińskiej służby bezpieczeństwa. - napisali aktywiści Frontu Antykorupcyjnego Laryssy Kryworuczko, organizacji społecznej walczącej z łapówkarstwem, dodając, że „Jego kariera, pełna skandali korupcyjnych, wyroków skazujących i podejrzeń o zdradę, stała symbolem systemowych problemów Służby Bezpieczeństwa Ukrainy.” Kuzniecow pierwszy raz wszedł w konflikt z prawem już w 2011 roku. Został skazany bo kupował sprzęt dla podległych mu służb po zawyżonych cenach. Zniknął wówczas z SBU, ale wrócił bo korzystał z politycznej protekcji Aleksandra Turczynowa, jednego z liderów Majdanu i późniejszego szefa Rady Bezpieczeństwa i Obrony. W 2019 roku znów znalazł się „na celowniku” służb antykorupcyjnych i został oskarżony o przywłaszczenie pieniędzy na wynagrodzenia swoich podwładnych. Kolejny wyrok nie zblokował jego kariery bo do służby znów wrócił, tym razem dzięki protekcji wszechmocnego do niedawna Andrija Yermaka. W 2020 roku wybuchł kolejny, z jego udziałem, skandal bo media oskarżyły Kuzniecowa o to, że ten brał łapówki w związku z procesem wymiany jeńców z Rosjanami, które to procedury nadzorował. Miał on przyjmować po 20 - 30 tys. dolarów „od głowy” a najbardziej ukraińską opinię publiczną wzburzyły doniesienia, że w związku z korupcją na listę zawierająca 20 - 30 nazwisk „jeńców” rzeczywistych żołnierzy ukraińskich pojmanych przez Rosjan trafiało 2 - 3, a reszta to byli biznesmeni albo wręcz „bojownicy” samozwańczych republik Donbasu. Wówczas wokół Kuzniecowa zaczęły krążyć oskarżenia o współpracę z Rosjanami, a konkretnie z FSB ale i to nie zakończyło jego kariery. Znów przeważyła protekcja polityczna, tym razem Andrija Yermaka, Kuzniecow powrócił do łask i otrzymał nawet od prezydenta Żeleńskiego order Dmitra Halickiego, który wręczany jest za wybitne zasługi. Ukraińscy aktywiści antykorupcyjni uważają też, że zatrzymanie Kuzniecowa na Wegrzech może oznaczać albo jego udział w procederze prania brudnych pieniędzy dla Yermaka czy wręcz Zelenskiego, co nie wyklucza finansowania węgierskiej opozycji, albo wręcz zakładają prowokację Rosjan, którzy wykorzystując tego rodzaju postacie chcieli skompromitować Ukrainę.
Im bliżej wyborów na Węgrzech tym eskalacja konfliktu na linii Kijów - Budapeszt będzie rosnąć. Do tego dołączyć się mogą napięcia na innych kluczowych dla ukraińskich zdolności do przetrwania kierunkach. Kreml chce w związku z wojną w Iranie doprowadzić do izolacji Ukrainy, pozbawienia albo osłabienia jej więzi sojuszniczych, wzmocnienia podziałów wewnątrz Wspólnoty i pogorszenia relacji atlantyckich. To nic nowego, ale im dłużej trwa konflikt Stanów Zjednoczonych z Iranem tym szanse Moskwy na sukces rosną a pozycja negocjacyjna Waszyngtonu słabnie. To może się odmieć w każdej chwili, bo mgła wojny skrywa przede wszystkim to co dzieje się w Teheranie i utrudnia rzetelną ocenę na ile reżim jest w stanie kontynuować walkę. Gdyby Waszyngtonowi udało się teraz wymusić korzystne dla siebie zawieszenie broni (symptomów tego nie widać) to sytuacja, zwłaszcza w obszarze strategicznym i długookresowym, zaczęłaby się gwałtownie zmieniać na niekorzyść Rosji. Ale to już temat na inne rozważania.
Trwa ładowanie...