Kto wygrywa wojnę?

 

 

Stany Zjednoczone i Izrael czy może Iran? W tym materiale interesowała będzie mnie w największym stopniu perspektywa wojskowa, nieco mniej uwagi poświęcę polityce, więc pytanie może nie okazać się bardzo trudne, choć przy bliższej analizie szczegółów i im bardziej interesować nas będzie wojna traktowana jako zjawisko polityczne a nie wyłącznie wojskowe odpowiedź będzie traciła na jednoznaczności.t

Zacznijmy od kwestii podstawowej. Wojna zaczęła się 3 tygodnie temu i nie można mówić o jej zakończeniu, przeto choćby ze względu na clausewitzowską „mgłę wojny” nie sposób określić jaki będzie jej finał, nawet jeśli mówimy o wymiarze militarnym. Obserwator wojny niemiecko - rosyjskiej, która wybuchła 22 czerwca 1941 roku trzy tygodnie po tej dacie zapewne skłaniałby się ku tezie, że Niemcy a właściwie wielonarodowa koalicja prowadzona przez nich na Moskwę mają wszelkie widoki na zwycięstwo. Nie chcę przez to powiedzieć, że Iran może wojskowo tę wojnę wygrać, bo to mało prawdopodobne, ale warto zachować elementarną ostrożność w ocenach. Nawet wojny ostatnich czasów, takie jak choćby II Wojna w Zatoce, uznawane za bezdyskusyjny przykład krótkiej i błyskotliwej, zwycięskiej, kampanii, trwały nieco dłużej. Po trzech tygodniach w tym konkretnym przypadku uruchomiono w Iraku przemiany polityczne obalając władze partii Baas, ale formalnie konflikt, który zaczął się 20 marca został zakończony 1 maja. Jednak naloty na cele w Iraku zaczęły się już wiosną poprzedniego roku i intensywność bombardowań była stopniowo zwiększana.

Innymi słowy nawet krótka wojna trwa kilka tygodni, tym bardziej jeśli przeciwnikiem jest państwo większe i lepiej przygotowane. Eksperci wojskowi nie mają wątpliwości - z wojskowego punktu widzenia Iran przegrywa. Thomas C. Theiner, znany włoski komentator wojskowy, oficer w stanie spoczynku zwraca uwagę na to, iż z faktu, że Iran jest w stanie przy użyciu rakiet i systemów bezzałogowych atakować cele w regionie nie wynika, iż wygrywa wojnę. „Wehrmacht ostrzeliwał Anglię - przypomina w swym wpisie na platformie X - pociskami V-2 do 27 marca 1945 roku... czy Niemcy wygrali tę wojnę? Militarnie Iran został zmiażdżony, niezależnie od tego, co mówią tu oszuści, wariaci itp., ale politycznie wojna nadal pozostaje nierozstrzygnięta.”

Generałowie en. broni Mike Groen i Clint Hinote i dywizji Mick Ryan (wszyscy w stanie spoczynku) dyskutując 20 marca na temat przebiegu wojny stwierdzili, że mamy w gruncie rzeczy do czynienia z „trzema wojnami w jednej”. Jak zauważyli jest „Operacja Epic Fury, którą Stany Zjednoczone prowadzą – z operacyjnym geniuszem (podkr. MB) – mająca na celu systematyczny demontaż potencjału nuklearnego i wojskowego Iranu, w tym wspierających go gałęzi przemysłu. Jest Operacja Roaring Lion, którą Siły Obronne Izraela realizują z bezwzględną precyzją (podkr. - MB), dążąc do wyeliminowania najwyższego kierownictwa Iranu, a coraz częściej przeciwko aparatowi represji reżimu. Jest też wojna Iranu, której celem jest wyrządzenie jak największych szkód gospodarczych, szczególnie w regionie, i która prawdopodobnie jest realizowana na podstawie rozkazów wydanych przed wybuchem konfliktu („wojna zombie”). Te trzy konkurujące ze sobą cele tworzą rozbieżną ścieżkę rozwoju dla Stanów Zjednoczonych. W obliczu braku wspólnego celu politycznego, sukces operacyjny przesłania i zastępuje dyskusje na temat strategii. To może być niebezpieczna zamiana.”

Ta ostatnia uwaga jest niezwykle ważna bo dotyczy luk w amerykańskiej teorii zwycięstwa co może być źródłem problemów w przyszłości, ale pozostańmy jeszcze przez jakiś czas przy ocenach wyniku starcia wojskowego. „Deklaratywne cele Waszyngtonu obejmowały osłabienie irańskiego programu nuklearnego, rakiet balistycznych, marynarki wojennej, dronów oraz kontrolę nad irańskimi organizacjami terrorystycznymi. Stany Zjednoczone są na dobrej drodze do osiągnięcia tych celów.” Ta opinia, sformułowana przez Matthew Koeniga z Atlantic Council jest kolejną, której Autor wyraża pogląd, że z wojskowego punku widzenia operacje przebiegają zgodnie z planem, co oznacza, że deklaracje na ten temat Donalda Trumpa nie są wypowiedziami pyszałka z trudem nawiązującego kontakt z rzeczywistością, ale mamy do czynienia z opiniami silnie zakorzenionymi w faktach. John Bolton, którego trudno uznać za poplecznika obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych krytykuje w wywiadzie dla NZZ jego brak strategii w tej wojnie, ale oceniając jej aspekt wojskowy jest zdania, że „armie amerykańska i izraelska działają bardzo profesjonalnie; doskonale wiedzą, co robią. Systematycznie niszczą instrumenty irańskiej władzy państwowej.”

Nie przytoczę wszystkich, pojawiających się w światowych mediach opinii, komentarzy czy ocen dotychczasowego przebiegu wojny. Warto jeszcze zwrócić uwagę na analizę. Mehdiego Parpanhi, Irańczyka, emigranta, byłego współpracownika RFI, który napisał, że to co my bierzemy za świadectwo odporności reżimu w Teheranie, czyli zdolność do prowadzenia zorganizowanej obrony i działań ofensywnych w postaci przeprowadzania ataków rakietowych na cele na Bliskim Wschodzie jest w gruncie rzeczy przejawem „agonii reżimu”, którego koniec, w jego opinii, jest bliski. Może mamy w tym wypadku do czynienia z braniem własnych marzeń i życzeń za rzeczywistość, tym nie mniej warto jest poznać argumentację Autora. Jak pisze on „Osiemnaście dni po rozpoczęciu przez Stany Zjednoczone i Izrael kampanii wojskowej przeciwko Iranowi 28 lutego 2026 roku, wiele typowych oznak ciągłości państwa jest nadal widocznych. Republika Islamska nadal ostrzeliwuje Izrael i inne cele w regionie rakietami i dronami, w tym zaawansowanymi systemami, takimi jak rakieta balistyczna Sedżjil. Telewizja państwowa nadal nadaje. Jednostki Basidż i IRGC nadal są obecne na ulicach. Modżtaba Chamenei został mianowany następcą. Nie doszło jeszcze do poważnego rozłamu w elitach. Część regionalnej sieci reżimu nadal istnieje. Sklepy nadal oferują podstawowe produkty. A ogólnokrajowe powstanie, którego wielu się spodziewało, jeszcze się nie zmaterializowało.

Dla wielu obserwatorów sygnały te wskazują na jeden wniosek: reżim poniósł dotkliwy cios, ale wciąż się utrzymuje. Taka interpretacja może być zasadniczo błędna.”  Zdaniem Autora to co my bierzemy za przejaw odporności i dostosowania się reżimu do nowej sytuacji, czyli choćby zdolność do zorganizowanej walki, może być przejawem odwrotnego trendu. Republika Islamska przygotowywała się przez lata na obecny scenariusz i opracowała model rozproszonego, zdecentralizowanego oporu. Decyzje o kontynuowaniu walki zostały przeniesione na niższe szczeble, tak samo autonomicznie postepują siły bezpieczeństwa. Jednak to, że tego rodzaju mechanizm uruchomiono może być dowodem na zniszczenie przez koalicję amerykańsko - izraelską centralnych ośrodków władzy. „Państwo tworzy fragmenty normalności, nawet gdy centralna kontrola upada. - argumentuje Parpanhi - Aktywacja tych mechanizmów świadczy o tym, że system wszedł w fazę upadku, a nie z niej wyszedł.” Niektóre z działań irańskich władz są bowiem nielogiczne i mogą świadczyć o braku jednego ośrodka kontrolującego i koordynującego podejmowane działania. Egzekucje więźniów aresztowanych po styczniowych zamieszkach, w tym młodych kobiet i znanych w świecie sportowców, nie są krokami, które pozwoliłyby Iranowi wygrać wojnę przed trybunałem międzynarodowej opinii publicznej, co pociąga za sobą ryzyko zaangażowania się innych państw w tym zmiany postawy monarchii rejonu Zatoki Perskiej, a tym bardziej nie uspokajają sytuacji wewnętrznej. Przypominają raczej realizację przyjętego jeszcze przed wojną scenariusza, działań, których nikt nie był w stanie zablokować, bo być może centralny ośrodek władzy już nie funkcjonuje. Z wojskowego punktu widzenia, jak argumentuje Parpanhi, system nie został stworzony i zaprojektowany po to aby wojnę z Ameryką wygrać, bo to jest niemożliwe, ale aby przetrwać. 

W tym momencie dotykamy innej, w gruncie rzeczy podstawowej kwestii, a mianowicie problemu strategi zwycięstwa stron zaangażowanych w konflikt. Jest to pytanie związane z aktywnością polityków a nie wojskowych, ale warto też poświęcić nieco uwagi i temu problemowi.

Przywoływany już przeze mnie wcześniej Mick Ryan zwraca uwagę na to, że „Stany Zjednoczone i Iran toczą dwie odmienne wojny i maja różne teorie zwycięstwa” Oznacza to, że szukając odpowiedzi na pytanie „kto wygrywa” bardziej winniśmy koncentrować się na teorii zwycięstwa, wojna to bowiem zjawisko polityczne a nie wyłącznie wojskowe i można wygrać wszystkie kampanie militarne (tak jak Stany Zjednoczone w Wietnamie) ale ostatecznie wojnę przegrać, zostać zmuszonym do wycofania się i akceptacji własnej porażki. Rozważmy zatem sytuacją biorąc pod uwagę „teorię zwycięstwa”, tj. jakie cele chcą osiągnąć uczestnicy konfliktu i czy mają widoki na ich urzeczywistnienie? Ryan zgadza się z opinią irańskiego eksperta argumentując, że „strategia Iranu sprowadza się do jednego pytania: kto wytrzyma dłużej? Teheran nie musi wygrać – przynajmniej nie w sposób, który zachodnie organizacje wojskowe definiują jako „zwycięstwo”. Wystarczy, że wywoła wystarczające zakłócenia gospodarcze, aby zmusić USA do wycofania się, tak aby reżim mógł przedstawić to na arenie wewnętrznej jako zwycięstwo”. Jednym z celów Teheranu, ale o nieco mniejszym znaczeniu niż ten najważniejszy jest osłabienie petrodolara. Do tego sprowadza się deklaracja uwolnienia tras żeglugowych przez Cieśninę Ormuz dla zablokowanych tankowców i innych statków, ale tylko wówczas kiedy transakcje na przewożone przez nie surowce i towary będą rozliczane w juanach. Gdyby Amerykanom nie udało się odblokować cieśniny a przedłużająca się wojna skłoniła państwa zainteresowane importem z regionu do negocjowania odrębnych umów z Teheranem i przyjęcia warunków Iranu, to z pewnością Amerykanom trudno byłoby przekonać kogokolwiek na świecie, że wygrywa wojnę.

A jaka jest strategia Stanów Zjednoczonych? Tu mamy problem, bo jak zauważa australijski generał i wykładowca akademicki, w przypadku Waszyngtonu mamy do czynienia z jasno sprecyzowanymi celami wojskowymi (zniszczenie potencjału rakietowego, programu jądrowego i zatopienie okrętów marynarki wojennej) które są realizowane i z mgławicowymi celami politycznymi, na dodatek w różny sposób opisywanymi przez przedstawicieli administracji i samego Trumpa. Tylko, że mówiąc o strategi zwycięstwa szukamy przede wszystkim celów politycznych a dokonania wojskowe są narzędziami ich urzeczywistnienia. „Wąska teoria zwycięstwa – argumentuje Ryan - degradacja i odstraszanie, ustanowienie nowej linii bazowej, a następnie jej egzekwowanie – jest realna. Zmiana reżimu jako teoria zwycięstwa wymaga planu na następny dzień: kto rządzi, w jaki sposób program nuklearny zostanie weryfikowalnie zdemontowany i kto zapłaci za odbudowę?” Tej długofalowej teorii zwycięstwa Ameryka jeszcze nie ma i buduje ją, co jest oczywistym błędem, „z marszu”. Ale nie należy z tego wyciągać wniosku, że to Iran wygrywa. Jak napisał Raphael Cohen z RAND nawet jeśli irański reżim przetrwa i wymusi na Waszyngtonie wycofanie się to i tak co najwyżej będzie to ‚zwycięstwo pyrrusowe” bo kraj wyjdzie z wojny zniszczony, z ograniczonymi możliwościami w zakresie odbudowy swego potencjału, tak ekonomicznego jak i przede wszystkim wojskowego. Taka metodologia oceny przeniesiona na grunt wojny na Ukrainie daje nam, nota bene, odpowiedź na pytanie kto w tym konflikcie wygrywa i z jaką sytuacją będziemy mieć do czynienia po zakończeniu walk.

Wracają jednak do oceny amerykańskiej strategii zwycięstwa warto popatrzeć na wojnę oczyma eksperta z regionu. Mowa o Muhanad Seloomie, który opublikował artykuł w Al Jazeera (co też ma swoją wymowę), w którym to wystąpieniu argumentuje, że „amerykańska strategia działa” i ma wszelkie widoki na odniesienie sukcesu. Dowodzi on, że narracja mówiąca o tym, iż Stany Zjednoczone i Izrael wdali się w „wojnę bez planu” która pociąga za sobą gigantyczne koszty zarówno dla państw regionu jak i dla całego świata „jest błędna. Nie dlatego, że koszty są urojone, ale dlatego, że krytycy mierzą niewłaściwe rzeczy. Katalogują koszty kampanii, ignorując strategiczny rachunek ciągniony.” Niszczenie potencjału wojskowego Iranu, a Autor nie ma wątpliwości, że uprawnionym jest wniosek o jego postępującej degradacji, będzie z pewnością miał konsekwencje strategiczne. Zagrożenie ze strony Iranu, zarówno dla regionu jak i szerzej, będzie po prostu mniejsze. To oznacza odwrócenie trendu, który obserwowano przez cztery poprzednie dziesięciolecia a bezpośrednią konsekwencją zmiany, nawet jeśli osłabiony reżim przetrwa, będzie wzrost możliwości arabskich państw zarobi w zakresie balansowania sytuacji. Iran po wojnie będzie mieć znacznie mniejsze szanse na to aby stać się regionalnym hegemonem a to z kolei umożliwi Ameryce na przyglądanie się w następnych latach jak sytuacja się rozwija i redukcji swego zaangażowania wojskowego. Seloom pisze, że „to, co widzę w obecnej kampanii, to  czytelna operacja militarna przebiegająca w identyfikowalnych fazach przeciwko przeciwnikowi, którego zdolność do projekcji siły załamuje się w czasie rzeczywistym.” Potencjał budowany przez Teheran przez dziesięciolecia jest niszczony w krótkiej według wszelkich miar długości wojny, niesłychanie dynamicznej i agresywnej kampanii lotniczej. „Iran stoi teraz przed strategicznym dylematem - kontynuuje Seloom - który z każdym dniem się zaostrza. Jeśli wystrzeli pozostałe pociski, odsłoni wyrzutnie, które zostaną natychmiast zniszczone. Jeśli je zachowa, straci możliwość generowania kosztów wojny. Dane dotyczące wystrzeliwania pocisków i dronów sugerują, że Iran ogranicza pozostałe możliwości do salw zsynchronizowanych politycznie, zamiast utrzymywać tempo operacyjne.To siła zarządzająca upadkiem, a nie demonstrująca siłę.” Kwestię otwarcia ciemny Ormuz Seloom postrzega też inaczej niż większość ekspertów argumentując, że jej zamknięcie jest bronią ostatniej instancji a tego rodzaju posunięcie świadczy raczej o desperacji niż widokach na sukces, które jeszcze maleją bo każdego dnia niszczone są systemu walki i bazy jaki dysponuje Iran. Kurczy się też latami budowana sieć „sił proxy”, których zadaniem było terroryzowanie państw Bliskiego Wschodu. Nie chcę przytaczać całego, niezwykle zajmującego artykułu Selooma, który konkludując pisze o tym, że już obecnie Iran utracił wszystkie cztery narzędzia pozwalające mu w przeszłości „autoryzować przemoc zastępczą” bo w ten sposób opisuje on naturę irańskiego systemu projekcji siły na Bliskim Wschodzie. Jak dowodzi „Zabójstwo Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego wyeliminowało szczyt piramidy autoryzacji. Mianowanie jego syna Modżtaby na jego następcę , transfer dynastyczny bez precedensu w Republice Islamskiej, sygnalizuje kruchość instytucjonalną, a nie ciągłość. Struktura dowodzenia Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) została ograniczona na wielu poziomach – wśród zabitych był pełniący obowiązki ministra obrony. Gdy siły prosi rozpoczynają ataki odwetowe w całym regionie, nie świadczy to o rozrastającej się sieci, lecz o wcześniej delegowanych uprawnieniach do reagowania, czyli o tym, co scentralizowany system dowodzenia aktywuje, gdy przewiduje własne zniszczenie.” 

Iran, w świetle tych ocen jest już znacznie osłabiony, ale nie można mówić o załamaniu się jego zdolności. Media donoszą co prawda o poufnych negocjacjach które już miały się rozpocząć, a w misję dobrych usług jest podobno zaangażowany Egipt, Katar i Wielka Brytanie, co nie zniechęca amerykańskich analityków do poszukiwania „słabego punktu” (center of gravity) Iranu, uderzenie w który mogłoby złamać wolę oporu. Nie będę tego szczegółowo analizował, bo artykuł i tak rozrósł się do gargantuicznych rozmiarów, ale wspomnę tylko analizę Cana Kasapoğlu, głównego analityka wojskowego Hudson Institute, znanego amerykańskiego think tanku strategicznego. Jego zdaniem dopiero zniszczenie Korpusu Strażników Rewolucji, zideologizowanej formacji będącej kośćcem reżimu, uruchomi pożądane z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych procesy polityczne. Zniszczenie nie oznacza oczywiście fizycznego wyeliminowania wszystkich żołnierzy tej formacji, ale pozbawienie jej dowództwa i zdolności do działań operacyjnych. To jeszcze nie nastąpiło, co oznacza, iż perspektywa politycznego zwycięstwa się, póki co, nie zmaterializowała.

 

 

Odejście łagodnego hegemona

 

Eksperci z Centre of European Reform, europejskiego thik tanku z siedzibą w Londynie w Radzie Doradczej którego zasiada cały kwiat europejskich myślicieli strategicznych (takich jak np. Ischinger Pascal Lamy, Mario Monti czy David Miliband) , obserwujący rozwój wydarzeń są przekonani, że jednym z przegranych tej wojny (wygranymi będą ich zdaniem Rosja, Izrael i Chiny) będą Stany Zjednoczone, choć interesuje ich bardziej perspektywa polityczna niż wojskowa. Jak zauważyli „Administracja Trumpa wyrządziła już poważne szkody amerykańskiej miękkiej sile w wielu częściach świata”, co oznacza, że w przyszłości Waszyngtonowi będzie trudniej realizować globalną politykę i dbać o amerykańskie interesy. Mamy w Europie i w Polsce problem z Trumpem, którego generalnie się nie lubi ale przede wszystkim nie rozumie. Analizę strategiczną zastępujemy psychologizowaniem. Podkreślanie ekscentryczności amerykańskiego prezydenta, braku spójności w wielu jego wypowiedziach, zmienności czy rozdętego do niebotycznych rozmiarów ego jest zajęciem kuszącym (bo w tego rodzaju zestawieniu to my jesteśmy tymi racjonalnie myślącymi) ale niewiele wnoszącym do debaty. Niedawno uczestniczyłem w debacie zorganizowanej podczas kongresu inwestorów Investment Cuffs w Krakowie i mogłem tego rodzaju postawę zobaczyć na własne oczy. Antytrumpowskie filipiki profesora Góralczyka, akcentującego osobowościowe „dziwactwa” amerykańskiego prezydenta wzbudzały entuzjazm sali zdominowanej przez inwestorów, którzy w swych codziennych decyzjach raczej starają się zawsze szukać racjonalnego jądra obserwowanych procesów a nie kierują się, jak sądzę wyłącznie stanem nastrojów rynku. W przypadku oceny amerykańskiej polityki ta reguła zdaje się nieobowiązywać. Ale w przytaczanej opinii ekspertów CER co innego uderza. Otóż nie rozumieją oni najwyraźniej, że soft power nie jest walutą obecnych czasów. Przyznał to nawet Joseph S. Nye, autor tego terminu, już wiele lat temu zaczął pisać o „smart power”, czyli połączeniu siły miękkiej i twardej.  Joseph S. Nye I Robert O. Keoahne analizując kilka miesięcy temu politykę Trumpa, która ich zdaniem opiera się przede wszystkim na wykorzystaniu „twardej siły” napisali, że „Jego stanowiska są spójne z argumentem, który przedstawiliśmy prawie 50 lat temu: asymetryczna współzależność daje przewagę mniej zależnemu podmiotowi w relacji.” Innymi słowy weszliśmy w epokę w której każda relacja, w tym sojusznicza, o ile ma charakter asymetryczny będzie wykorzystywana przez partnera znajdującego się w dogodniejszej pozycji na jego korzyść. Jest to całkowite zaprzeczenie modelu który dominował po zakończeniu zimnej wojny kiedy to hegemon zarówno stabilizując sytuację globalnie jak i dbając o spoistość swojego systemu sojuszniczego raczej świadczył na rzecz partnerów niż od nich brał. Tego rodzaju postawa, odchodząca już do przeszłości, związana była z oczywistym zjawiskiem. Jeśli w realiach unipolarnego momentu zagrożenie malało (z tego też powodu państwa europejskie przeprowadziły rozbrojenie) to słabła też motywacja aby tkwić w dotychczasowym modelu sojuszniczym. To z jednej strony skłaniało Waszyngton do realizacji polityki świadczeń na rzecz partnerów (po to aby wzmacniać więzi), która była zresztą łatwiejsza bo rywale byli mniej wymagający. Teraz wchodzimy w fazę historii która zdominowana będzie przez rozgrywką wielkich mocarstw, co zmienia, tak jak to opisują Joseph S. Nye I Robert O. Keoahne wewnętrzną dynamikę sojuszy (wszystkich). Z tego też powodu mocarstwa mniej chętnie będą „eksportowały” bezpieczeństwo, co już widać na przykładzie Rosji i Chin nieskorych do przychodzenia z pomocą rządom państw uchodzących za ich bliskich sojuszników i więcej oczekiwały będą od swych partnerów. My, w Europie i w Polsce lubimy psychologizować szukając przy okazji „lepszej Ameryki”. Nostalgią zastępujemy analizę, co źle wróży na przyszłość. 

Aleksander Stubb, prezydent Finlandii i „zagorzały atlantysta” jak sam mówi o sobie ten proces zmiany charakteru amerykańskiego systemu sojuszniczego określa mianem „odejścia łagodnego hegemona” jakim przez dziesieciolecia były Stany Zjednoczone. Nie oznacza to, że Ameryka przestała być mocarstwem globalnym, potęgą o najprawdopodobniej największym potencjale, ale zmiania ulega to jak Waszyngton będzie w przyszłości wykorzystywał swe zdolności. Stubb pytany przez dziennikarza o to jakiego rodzaju hegemonem są dzisiaj Stany Zjednoczone odpowiada - „Nie dam jej przymiotnika, ale to inny rodzaj hegemona. To nadal jest bardzo silne (państwo - MB), które nie polega już na swoich sojusznikach w ten sam sposób”. Dostrzeżenie tej ewolucji amerykańskiej polityki sojuszniczej jest ważne, zwłaszcza w takich państwach jak Finlandia czy Polska, bo błędna ocena sytuacji, czego przejawem jest choćby psychologizowanie a tym bardziej polityka nostalgicznego wspominania „starych dobrych czasów” mogą nas bardzo drogo kosztować. Stubb pytany o to jakiego rodzaju postawa wobec Stanów Zjednoczonych, w przypadku państw naszego regionu i kontynentu, byłaby najwłaściwszą formułuje klarowne przesłanie. Mówi - „Moje przesłanie do moich europejskich i amerykańskich przyjaciół brzmi: nie wylewajcie dziecka z kąpielą. Ratujcie, co się da z partnerstwa transatlantyckiego – jak NATO, jak obronność – a potem szczerze nie zgadzajcie się w sprawie ceł, zmian klimatycznych i innych spraw”. Tego rodzaju linia polityczna nie jest łatwa, nie tylko ze względu na postawę partnera w Waszyngtonie przejawiającego coraz mniejszą ochotę do słuchania, nie mówiąc już o uwzględnianiu w swej polityce interesów europejskich sojuszników. Ale jest to jedyna, ze względu na asymetrię potencjałów wojskowych (USA vs. Europa), racjonalna i odpowiedzialna linia polityki państw wschodniej flanki. Gonienie za mrzonką „europejskiej suwerenności strategicznej”, na co pozwolić może sobie oddalona od zagrożenia Francja, ale już w mniejszym stopniu Niemcy (co wyjaśnia wyraźną różnicę w polityce tych państw), jest działaniem politycznie błędnym a strategicznie samobójczym. Nawet jeśli Ameryka przegra wojnę z Iranem (co wydaje się bardzo mało prawdopodobne) to i tak będzie miała większy potencjał odstraszający niż wszystkie państwa naszego kontynentu razem wzięte. Nieuwzględnianie tego czynnika w naszym „rachunku zysków i strat”, koncentrowanie się na dziwactwach Trumpa, psychologizowanie czy traktowanie tego co się dzieje w kategoriach ciekawego acz nas nie dotyczącego filmu, albo meczu piłkarskiego (co daje nam komfort kibicowania komu chcemy), jest błędem i świadectwem abdykacji z samodzielnej polityki. Rząd Donalda Tuska błądzi, nie ma klarownego kompasu strategicznego a polska opinia publiczna, piszę to ze smutkiem, nie rozumie w swej masie strategicznego znaczenia tego co się dzieje, odwołuje się do kategorii estetycznych czy tzw. wartości, co powoduje, iż nie jest w stanie kierować się w swych ocenach interesami Polski. Stąd przypływ emocjonalnego antyamerykanizmu, a emocje są zawsze złym doradcą w polityce. 

Zobacz również

Wejście smoka? Nie, Putina.
Ukraina, Białoruś i Prometeizm 2.0
Łukaszenka gra w trójkącie strategicznym

Komentarze (4)

Trwa ładowanie...