Łukaszenka gra w trójkącie strategicznym

Rosyjski rząd wniósł tydzień temu do Dumy Państwowej projekt nowelizacji obowiązującego prawa w świetle którego prezydent Federacji będzie miał teraz możliwość wysłania sił zbrojnych w celu ochrony obywateli Rosji, którzy będą sądzeni przez trybunały nie uznawane przez Moskwę. Nie ma wątpliwości, że nowelizacja zostanie przyjęta, i to szybko, bo Wiaczesław Wołodin, speaker Dumy powiedział, iż projektowi temu „zostanie nadany priorytet”, co oznacza szybkie procedowanie. Nowelizacja przewiduje, iż Prezydent Rosji będzie miał prawo do decydowania o wysłaniu wojska w celu „realizacji zadań polegających na ochronie obywateli rosyjskich aresztowanych, zatrzymanych lub objętych postępowaniem karnym lub innym na podstawie decyzji sądów zagranicznych lub międzynarodowych organów sądowych, w których działaniu Rosja nie uczestniczy.” Nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o sądy lub trybunały, których jurysdykcji Rosja nie uznaje, ale rozszerzająca interpretacja tych zapisów, a nie ma wątpliwości, że Kreml taką właśnie będzie się posługiwał, oznacza, że aresztowanie każdego posiadacza rosyjskiego paszportu i postawienie go przed sądem państwa uznawanego przez Moskwę jako wrogie może być pretekstem do interwencji. Eksperci są zdania, że w państwach powstałych na gruzach ZSRR mieszka ok. 12,6 mln etnicznych Rosjan, choć posiadających podwójne obywatelstwo jest znacznie mniej. Nie zmienia to jednak faktu, że w takich państwach jak Estonia (Narwa), Łotwa (Dyneburg) czy Mołdawia (Naddniestrze) mamy do czynienia ze zwartymi skupiskami Rosjan, których lojalność wobec nowych ojczyzn, mimo upływu lat, jest kwestionowana. Problem nie jest banalny, bo właśnie mamy do czynienia z kampanią w rosyjskich sieciach społecznościowych, na zamkniętych forach internetowych czy w portalach nacjonalistycznych i propagandowych, które koncentrują swą narrację na kwestii powołania do życie Ludowej Republiki Narwy.

W ukraińskich mediach pojawiły się informacje o rosyjskojęzycznych platformach internetowych wzywających do powołanie najpierw separatystycznego ruchu a następnie „republiki ludowej” na wzór ługańskiej i donieckiej, jednak tym razem stworzonej przez rosyjskojęzyczną ludność zamieszkującą w zwartych skupiskach okolice estońskiej Narwy. Powołane zostały one do życia latem 2025 roku, co przypomina formułę działania rosyjskiego wywiadu zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem przygotowującego operacje dywersyjne i destabilizacyjne. Witalij Portnikow, ukraiński dziennikarz jest zdania, że w tym konkretnym przypadku Putin może nie mieć planów wywołania pełnoskatowego konfliktu co nie wyklucza działań destabilizacyjnych i inicjowania ruchów separatystycznych, których celem miałoby być pokazanie bezsilności NATO w obliczu tego rodzaju zagrożeń. Arkadij Babczenko, inny znany ukraiński dziennikarz jest wręcz zdania, że decyzja o ataku na Estonię już na Kremlu zapadła, kwestią czasu jest jedynie to kiedy plan zacznie być realizowany. Babczenko prócz wzmiankowanych już przeze mnie nowych regulacji i nasilającej się propagandy w sieciach zwraca uwagę na realizowaną przez Rosjan etapami strategię przekształcania stacjonujących wzdłuż granicy z państwami bałtyckimi brygad w dywizje a także zwraca uwagę na malejącą w ostatnich tygodniach skalę ataków przy użyciu systemów bezzałogowych wymierzonych w Ukrainę. Jak pisze „Masowe ataki na Ukrainę praktycznie ustały, zarówno na  duże miasta, jak i na liniach frontu. W prywatnych rozmowach moi respondenci odnotowują znaczny spadek liczby Shahedów. Kiedyś latali bez przerwy, teraz w nocy można spać spokojnie.Może to pośrednio wskazywać, że Rosja gromadzi zasoby na atak na innym teatrze działań wojennych.” Niektórzy ukraińscy obserwatorzy są wręcz zdania, że ostatnie zbliżenie na linii Waszyngton - Mińsk, co ma związek zarówno z wizytą amerykańskiego specjalnego wysłannika w białoruskiej stolicy, która przyniosła zwolnienie z więzień kolejnej grupy więźniów politycznych i w rewanżu sankcji m.in. na zakłady produkujące nawozy potasowe oddala ewentualną perspektywę rosyjskiego ataku na Estonię i Łotwę. Amerykanie, w świetle tej interpretacji mają być zainteresowani importem białoruskich soli potasowych, a w dłuższej perspektywie wejściem kapitałowym w ten sektor i doprowadzeniem do osłabienia więzi Łukaszenki z Moskwą. Białoruski dyktator po ostatnim spotkaniu z amerykańskim wysłannikiem oświadczył, że „mimo błędów” popełnianych przez Donalda Trumpa „jest jego zwolennikiem”, co może oznaczać, że jest zainteresowany powrotem do swej ulubionej i przez lata z powodzeniem stosowanej taktyki balansowania rosnących wpływów Rosji sygnalizowaniem gotowości do współpracy z Zachodem. Nie oznacza to żadnego zwrotu strategicznego raczej próbę wzmocnienia swojej pozycji wobec Kremla lewarując swoje relacje z Zachodem. Już wiosną ubiegłego roku białoruska dyplomacja wysyłała sygnały tego rodzaju pod adresem Unii Europejskiej i Polski, ale zostały one odrzucone. Pojawiła się za to opcja wznowienia rozmów ze Stanami Zjednoczonymi z czego Mińsk skwapliwie skorzystał. Po zniesieniu amerykańskich sankcji nałożonych na Białoruśkalij, państwowy koncern produkujący nawozy potasowe, ministerstwo finansów i dwa banki obsługujące transakcje eksportowe teraz oczekuje się, że Waszyngton zacznie wywierać presją na Litwę ale również na Polskę aby państwa te odblokowały korytarze transportowe do własnych portów co jest warunkiem wznowienia atrakcyjnego cenowo eksportu białoruskich nawozów (trasa przez por w Ust Łudzę jest zarówno droższa jak i politycznie kontrolowana przez Kreml). Ostatnie decyzje Łukaszenki, który zgodził się na powrót na Litwę i do Polski po tygodniach kryzysu związanego z zamknięciem granicy TIR-ów z obydwu krajów może być interpretowane w kategoriach „gestu dobrej woli” którego celem ma być odblokowanie kanałów eksportowych. Informacje na temat tego, że białoruskie władzę skreśliły Andrzeja Poczobuta z listy więźniów mających zostać zwolnionych w związku z wizytą w Mińsku Johna Coale’a nie kłócą się z tą logiką bo chodzi zarówno o sygnalizowanie gotowości do współpracy jak i ponownego zaostrzenia relacji, jeśli Warszawa nie zareaguje pozytywnie na amerykańską presję.

Ocieplenie na linii Mińsk - Waszyngton nie jest póki co zapowiedzią przełomu, ale z pewnością kontynuowanie tego trendu w przyszłości może zmniejszyć pole działania Rosjan i zwiększyć ich skłonność do posunięć o definitywnym charakterze, porządkujących sytuację geostrategiczną w regionie. Nie należy wykluczać scenariusza eskalacji tym bardziej, że w ostatnich dniach obserwujemy wzrost aktywności białoruskich sił zbrojnych i zaostrzenie na linii Mińsk - Kijów. Paweł Murawiejka, pierwszy zastępca białoruskiego ministra obrony i szef sztabu sił zbrojnych poinformował właśnie o zakończeniu kolejnych ćwiczeń wojskowych, tym razem siły zachodniego okręgu wojskowego prowadziły w okolicach Brześcia ćwiczenia polegające na „aktywnych działaniach manewrowych, wykorzystywaniu różnych systemów artyleryjskich i rakietowych” a także  „prowadziły ostrzał z broni czołgowej, bojowych wozów piechoty, wykorzystywały przeciwlotnicze systemy rakietowe oraz aktywnie wykorzystywały drony FPV i systemy walki elektronicznej”. Nie to jest jednak istotne w wypowiedzi Murawiejki, który przyznał, że w manewrach chodziło o maksymalne skrócenie czasu rozwinięcia pododdziałów operacyjnych. Celem było jego dwukrotne skrócenie, rezultaty uznano za niezadowalające bo osiągnięto „wskaźnik 40 - 60 %” co należy interpretować przede wszystkim w kategoriach zapowiedzi powtarzania tego rodzaju działań. W dalszej części swej wypowiedzi Murawiejko, na co warto zwrócić uwagę, przyznał też, że testowano nowy sieciowy system dowodzenia. To rozproszone dowodzenie w którym „Zastosowano zasadę klastrową rozmieszczania kluczowych punktów, wyposażając je w nowoczesne narzędzia informatyczne służące ochronie informacji i przesyłaniu danych oraz powszechnie wykorzystując rozproszone opcje rozmieszczania systemu łączności.” Te manewry były elementem „przeglądu zdolności bojowej” białoruskich sił zbrojnych, który Łukaszenka zarządził w połowie stycznia wydając bezpośrednie polecenie bez udziału struktur Ministerstwa Obrony. Zapowiedziane działania miały pierwotnie trwać do wiosny, ale ostatnio białoruski dyktator zapowiedział ich przedłużenie. Te posunięcia wywołały szereg spekulacji na temat motywów działania Łukaszenki. Jedna linia interpretacyjna wskazuje na sygnalizowanie odporności Białorusi co może mieć związek z żądaniami Żeleńskiego aby Mińsk zdemontował zainstalowane przez Rosjan stacje przekaźnikowe umożliwiające naprowadzanie atakujących Ukrainę Shahedów. Druga interpretacja idzie w odmienną stronę i wskazuje na to, iż rzeczywiście mamy do czynienia z czytelnym sygnałem strategicznym ale jego adresatem są Rosjanie i ma to związek z „grą” którą Łukaszenka rozpoczął z Amerykanami. 

Eksperci Instytutu Studiów nad Wojną są zdania, że w związku z podpisanym 5 lutego porozumieniem między Rosją a Białorusią umożliwiającym „budowę obiektów wojskowych” Rosjanom na terenie tego ostatniego kraju przeniesienie instalacji umożliwiających kierowanie Shahedami jest więcej niż prawdopodobne a w dłuższej perspektywie może chodzić o ostateczne „połknięcie” Białorusi.

W tej interpretacji ewentualna agresja Rosji na Estonię czy Łotwę nie jest prawdopodobna, energicznie kwestionują też tego rodzaju zagrożenie przedstawiciele zarówno Łotwy jak i Estonii argumentując, iż służby tych krajów nie dostrzegają przygotowań po rosyjskiej stronie, co oczywiście nie wyklucza działań destabilizacyjnych poniżej art. 5, a głównym przedmiotem rozgrywki miałaby być Białoruś i jej przyszłość. 

Zobacz również

Kto wygrywa wojnę?
Jak doprowadzić do zmian na Białorusi?
Wejście smoka? Nie, Putina.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...