Apeluję o powagę, bo zmierzamy w przepaść
Śledząc i uczestnicząc w debatach na temat sytuacji strategicznej w której znalazło się NATO w związku z amerykańską agresją na Iran i postawą wobec niej „starej” Europy nie mogę się oprzeć wrażeniu, że część polskiej opinii publicznej żyje w przekonaniu, iż „to nas nie dotyczy”. Zastępujemy myślenie różnej jakości figurami retorycznymi. To nie nasza wojna mówią niektórzy. Trump popełnił strategiczny błąd, niech zatem posprząta po sobie, argumentują inni. Trump nie będzie rządził wiecznie dowodzą kolejni uczestnicy tej dyskusji. I co z tego? Na użytek naszej debaty przyjmijmy, że Trump we wszystkim się pomylił, nabroił, osłabił NATO, a może nawet zniszczy Sojusz Północnoatlantycki. Innymi słowy w niczym nie miał racji, jego rządy to pasmo błędów i działań, które trudno traktować racjonalnie. Tylko w czym tego rodzaju oceny zmienią naszą sytuację? Czy automatycznie przyznając rację krytykom Trumpa poprawimy swoje bezpieczeństwo, czy „kibicując” Iranowi (a i takie postawy da się w polskiej debacie zauważyć) poprawiamy nasze położenie? Czy po tysiąc razy pisząc o ludobójczej polityce Izraela powodujemy, że wojna na Ukrainie i związane z Rosją zagrożenia stają się mniej realne? Nie jesteśmy w kinie i nie oglądamy na ekranie zmagań państw, które nas nie dotyczą. Za błędy Trumpa zapłacą Amerykanie, ale przede wszystkim zapłacimy my, tak jak za błędy Chamberlaina i Daladiera to my, Polacy, zapłaciliśmy znacznie większą cenę niż mieszkańcy Londynu czy bawiącego się Paryża. I dlatego na to co się dzieje warto spojrzeć poważnie, bo sytuacja zmienia się na naszą niekorzyść i samo przeświadczenie, iż „mieliśmy rację” jeszcze niczego w naszym położeniu nie zmienia. Rozważmy zatem konsekwencje strategiczne sytuacji w której się znajdujemy.
- Dlaczego NATO było najskuteczniejszym sojuszem wojskowym w historii
Z pewnością nie z tego powodu, że wygrywało wojny. Zapisy art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego na które tak lubimy się powoływać były po 1949 roku uruchomione tylko raz, na wniosek Waszyngtonu i doprowadziły do sojuszniczej wojny z Afganistanem. Wojny, co potwierdziła chaotyczne wycofanie się za czasów Bidena przegranej. Nie można zatem empirycznie potwierdzić, że Pakt Północnoatlantycki jest niezwyciężonym sojuszem wojskowym, choć rzeczywiście ma taką reputację.
Skuteczność NATO polegała na niedopuszczeniu do wybuchu wojny, nawet wówczas gdy przeciwnik (ZSRR) miał ilościową przewagę w Europie i mógł szybciej wejść do gry niż Amerykanie, którzy oddzieleni od naszego kontynentu oceanem potrzebują zawsze czasu aby go pokonać. Innymi słowy NATO potwierdziło swą skuteczność w zakresie odstraszania rywali strategicznych i pokuszę się o hipotezę, że dlatego byliśmy zainteresowani wejściem do tego Aliansu. Alternatywą było, na co przez pewien czas stawiał nawet Lech Wałęsa, wówczas prezydent Rzeczpospolitej, utworzenie NATO bis, ale ta opcja szczęśliwie została, jako mniej wiarygodna, a zatem dla Polski mniej bezpieczna, porzucona. Jeśli zatem mówimy o sile NATO to mamy na myśli przede wszystkim odstraszanie, które zależy od łącznego „zgrania” trzech elementów. Po pierwsze w tym rachunku liczy się siła, również ale nie wyłącznie wojskowa. System bezpieczeństwa państwa, bo o tym w tym wypadku trzeba mówić budowany jest w oparciu o kilka czynników. Wymieńmy je. Są to, a. Potencjał wojsk operacyjnych, b. Potencjał wojsk obrony terytorialnej c. Obrona cywilna d. Odporność społeczeństwa e. Odporność gospodarki i f. Odpornośc administracji. Można wchodzić w szczegóły ale już z tego wyliczenia wynika, że o bezpieczeństwie decyduje wielowymiarowy potencjał państwa, którego zdolności wojskowe są kluczowym ale nie jedynym i nawet nie wystarczającym elementem. Drugim czynnikiem odstraszania jest zdolność do użycia siły, którą trzeba oczywiście mieć. Tu mamy do czynienia z rachubami politycznymi, wpływ na zdolność do „gry siłowej” uwarunkowany jest też stanem społecznych nastrojów a te zależą od tego czy postrzegamy podobnie zagrożenie. Jeśli nasz sojusznik nie odczuwa zagrożenia w porównywalnym do nas stopniu to z oczywistego powodu jego zaangażowanie w bezpieczeństwo a co za tym idzie odstraszanie będzie odmienne. Można mnożyć deklaracje i zapewnienia ale kiedy (nie daj Boże) przyjdzie czas, że będziemy płacić krwią, potem i łzami, to wówczas rychło te prawdy wyjdą na jaw. Trzecim czynnikiem odstraszania jest reputacja, którą mamy. Jeśli przeciwnik będzie zdania, że „tylko tak mówimy” lub ze względu na wewnętrzne konflikty i polityczna polaryzację nie będziemy w stanie podjąć trudnych decyzji (a te związane z wojną są zawsze trudne) to nasze odstraszanie będzie słabsze.
A zatem, jeśli odnosimy te kwestie do NATO już sama dyskusja na temat wychodzenia USA z Sojuszu (co czyni Trump) czy konieczności szukania innych opcji (co czyni Sikorski) jest obiektywnie rzecz biorąc osłabianiem odstraszania naszych rywali strategicznych, mowa o Rosji. Nie ma zatem wątpliwości, i to powinien być pierwszy wniosek, który wypływa z tych rozważań, że już obecnie odstraszanie NATO jest słabsze niż w przeszłości i przeciwnik ma tego świadomość, co zresztą potwierdzają oświadczenia i wypowiedzi Putina. Nie ma w tym wypadku znaczenia kto zawinił. Nawet jeśli zgodzimy się, że w 100 % winowajcą jest Trump i jego chaotyczna, nieobliczalna polityka, to nie zmienia to faktu, że słabnąca siła odstraszania Paktu Północnoatlantyckiego zwiększa a nie zmniejsza nasze kłopoty.
2. O naturze relacji sojuszniczych
Sojusze, zwłaszcza wojskowe, odmiennie niż dość naiwnie uważa się nadal w Polsce nie sprowadzają się do „formuły Muszkieterów” czyli „wszyscy za jednego jeden za wszystkich”. Zapisy traktatowe są oczywiście potrzebne, choćby dlatego, że zwiększają siłę odstraszania, ale decyzje o ewentualnej pomocy wojskowej są zawsze podejmowane w określonych okolicznościach, czasie i przez bardzo konkretnych ludzi. Wystarczy zresztą lektura zapisów art. 5 w którym sojusznicy z NATO zobowiązują się do przyjścia napadniętemu partnerowi „podejmując niezwłocznie, samodzielnie jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego.” Samodzielnie, w porozumieniu z innymi partnerami i jakie uzna za konieczne. Radzę te zapisy zapamiętać. Nie tylko dlatego, że nie ma tu automatyzmu, ale przede wszystkim z tego względu, iż mowa jest o decyzji podejmowanej po agresji. Wynika z tego kilka oczywistych prawd, które w Polsce najwyraźniej trudno się przebijają. Jeśli zostaniemy zaatakowani to rządzący w państwach sojuszniczych będą podejmować decyzje o ile podobnie jak my ocenią sytuację. Jeśli uznają, że ma miejsce „mniejsze wtargnięcie” to w ogóle nie ma kwestii. Ale jeśli chcemy mieć większe prawdopodobieństwo podjęcia przez naszych sojuszników korzystnej dla nas decyzji to utrzymywanie z nimi dobrych relacji jest czynnikiem którego nie należy lekceważyć. Nie ma znaczenia czy podoba nam się Trump i polityka jego ekipy. Tak długo jak nie mamy wpływu na decyzje wyborcze Amerykanów musimy grać z tymi kto jest przy władzy i starać się utrzymać dobre relacje nawet z nielubianymi politykami. Państwa mniej zagrożone agresją, choćby z racji położenia geograficznego (takie jak Hiszpania, Francja czy Włochy) mają w tym wypadku większy komfort krytyki czy nawet zerwania z najsilniejszym wojskowo sojusznikiem, jakim nadal w NATO są Stany Zjednoczono. My mamy mniejsze pole manewru, przeto przyłączenie się do krytyki płynącej z Paryża czy Madrytu jest błędem, i to poważnym. Nie ma też znaczenia czy dyskutowane kwestie dotyczą obszaru atlantyckiego czy stref za które NATO nie odpowiada. Wiarygodność sojusznicza jest niepodzielna a z pewnością nakazuje uwzględnianie w naszych kalkulacjach preferencji partnerów. Jeśli Waszyngton uważa, że zaangażowanie Europejczyków w swobodę żeglugi przez Ormuz jest dla jego interesów istotne, to trzeba to poważnie potraktować. Nawet jeśli obecna sytuacja jest skutkiem ewidentnych błędów strategicznych naszego partnera. Czy chcemy wsparcie sojuszników dla naszego bezpieczeństwa uzależniać od ich oceny tego czy to my w naszej polityce nie popełniliśmy błędu?
3. O polityce bezpieczeństwa w niestabilnych czasach
To, że w takich żyjemy już chyba nikogo nie dziwi, szkoda, że tak późno to Polacy zrozumieli. Możemy podziękować za to tym naszym politykom i ekspertom, którzy do znudzenia przez lata pokładali wiarę w „systemie NATO-wskim” a dzisiaj równie szybko przenoszą swe uczucia na równie iluzoryczne „zdolności europejskie”.
Czym charakteryzuje się polityka bezpieczeństwa państw w niestabilnych czasach? Po pierwsze stawianiem na własne zdolności. Nie szukajmy daleko. Francuski minister obrony Lecornu przedłożył właśnie w parlamencie program (do 2030 roku) wydatków wojskowych. Przewiduje on rozbudowę zasobów arsenałowych (rakiety i amunicja) w oparciu o zdolności firm francuskich a także proponuje budowę nowego czołgu, który miałby zastąpić eksploatowany do tej pory Leclerc. To ważna deklaracja, bo w innych czasach i w innej epoce (stabilnej) Francuzi podpisali z Niemcami porozumienie w sprawie budowy „europejskiego czołgu”. To przedsięwzięcie, podobnie jak „europejski myśliwiec” nie jest już głównym punktem odniesienia państw naszego kontynentu (zapomnijmy na chwilę o Ameryce), wynika to nie tylko z deklaracji oraz polityki Francuzów, Niemcy również inwestują przede wszystkim we własne zdolności. To zrozumiała postawa bo w czasach transformacji, kiedy kruszeją stare więzi a nowe jeszcze nie okrzepły, elementarny rozsądek nakazuje stawianie na własne zdolności a nie na wzmacnianie zależności od sojuszników. Nie można też uzależniać naszych programów budowy zdolności od jednego źródła finansowania, nawet jeśli te kredyty są na wyciagnięcie ręki i są tanie.
Jeśli tak to popularne w środowisku polskich oficerów (spotykałem się z takim podejściem wielokrotnie) przekonanie, że „nasza wojna” będzie wyglądała inaczej niż ukraińska dlatego, że a. Jesteśmy w NATO i b. Pakt rzuci do walki cały swój potencjał i szybko zdobędzie przewagę w powietrzu co ułatwi nam manewr, wymaga udowodnienia. Teza ta opiera się bowiem na podwójnym warunku - oczekiwanej przez nas reakcji NATO i gwarantującej nam sukces formy tej reakcji.
A co z agresją poniżej art. 5 czy ograniczoną w czasie i przestrzeni? Denis Kapustin, dowodzący legionem rosyjskim walczącym po ukraińskiej stronie mówi, że Rosjanie używając dronów światłowodowych, trudnych do wykrycia i zakłócenia, są już teraz w stanie zaatakować centrum Tallina nie przekraczając granicy z Estonią. W takiej samej sytuacji jest zatem i Wilno, i Białystok a biorąc pod uwagę atak od strony Bałtyku (miały miejsce w ubiegłym roku zarówno w Danii jak i w Szwecji) zagrożone jest całe nasze wybrzeże. Taka ewentualność nakazuje z jednej strony stawianie na własne zdolności z drugiej na wzmacnianie siły odstraszania, po to aby Rosjanie nie zdecydowali się na eskalację.
4. O pokusie polityki appeasementu
Tylko w naszym myśleniu o relacjach międzynarodowych polityka ustępstw aby wygrać na czasie ma jednoznacznie negatywne konotacje. Choćby z tego powodu, że „zdrada Monachijska” odbyła się naszym (w pierwszym rzędzie Czechosłowacji) kosztem.W tradycji anglosaskiej sprawy nie wyglądają już tak jednoznacznie. Po pierwsze uznaje się, że Londyn przesuwając zainteresowanie Hitlera na Wschód zyskał na czasie co dało Brytyjczykom możliwość przygotowania się do wojny i ostatecznie odparcia agresji Niemiec a po drugie wcześniejsze doświadczenia Wielkiej Brytanii z polityką appeasementu, której adresatem pod koniec XIX wieku były Stany Zjednoczone są jednoznacznie pozytywne. Pisał o tym już ćwierć wieku temu Stephen R. Rock, poświęcając zagadnieniu tej polityki całą, nota bene bardzo ciekawą, monografię. To, że uczestnicy polskiej dyskusji na tematy strategiczne niewiele czytają i jeszcze niestety mniej rozumieją jest naszą tragedią. Warto jednak zauważyć, że pod koniec XIX wieku Wielka Brytania trzykrotnie w sytuacji zaostrzających się relacji z Waszyngtonem (dyskusja graniczna między Wenezuelą a Gujaną w 1895 roku, jednostronna abrogacja przez Waszyngton traktatu Claytona - Bulwera i po raz trzeci w trakcie sporu o granicę między Alaską a Kanadą) przyjmowała appeasement jako swą linię polityczną i w rezultacie udało się Londynowi nie tylko zejść „z linii strzału” ale również zbudować specjalne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Te doświadczenia skłaniały w przeszłości wielu uznanych amerykańskich ekspertów (Jarvis, Gilpin) do stawiania tezy, iż w pewnych okolicznościach „polityka appeasementu działa” i doświadczenie 1938 roku nie są jedynymi. Trzeba też pamiętać, że równie znaczący myśliciele amerykańscy (np. Kennan) byli przeciwnikami rozszerzania NATO na wschód uznając decyzję ówczesnej administracji za wyraz hybris i strategiczny błąd. Pamięć o tej debacie nie zniknęła i podobne głosy, zwłaszcza teraz, znów się pojawiają. Dlaczego o tym piszę? Jens Stoltenberg, były Sekretarz Generalny NATO pisze w swoich wspomnieniach, że w 2021 roku, jeszcze przed wybuchem wojny na Ukrainie „był gotów” dyskutować rosyjskie żądania wycofania się Paktu z państw bałtyckich. Ostatnio, będąc w Kijowie Kaja Kallas mówiła o tym, że blokowanie pomocy dla Ukrainy (a przypomnijmy, że chodzi o 90 mld euro) to nie tylko efekt veto Węgier do którego przyłączyła się Słowacja, ale mamy też do czynienia ze zmianą nastrojów również w pozostałych państwach Europy. 15 kwietnia Komisja Europejska miała rozpocząć prace (przedstawiając propozycję aktu prawnego) nad wprowadzeniem od 2027 roku formalnej regulacji przewidującej zakaz importu rosyjskiej ropy naftowej. Miała, ale już wiadomo, że tego nie zrobi bo stosowny punkt został usunięty z porządku obrad. Na jakiej podstawie możemy zatem przypuszczać, że Europa jest całkowicie impregnowana wobec pokus „dogadania się” z Rosją? To zaś oznacza, iż problem wiarygodności gwarancji sojuszniczych ze strony państw naszego kontynentu nie został rozwiązany a przynajmniej rozczarowanie polityką Waszyngtonu nie wzmacnia ich w sposób automatyczny.
5. O segmentacji wschodniej flanki NATO
Gdybyśmy naszą przestrzeń, czyli geografię bezpieczeństwa wschodniej flanki chcieli skrótowo opisać, to trzeba pamiętać, że składa się ona z trzech wzajemnie się uzupełniających obszarów - północnego, bałtycko - środkowoeuropejskiego i czarnomorskiego. Tak o tym piszą choćby eksperci z Finlandii, ale i dla nas ten podział winien być oczywisty. W naszym interesie winno zatem leżeć strategiczno - wojskowe połączenie tych obszarów co sprzyja też rozciągnięciu rosyjskich sił i obiektywnie służy naszemu bezpieczeństwu. A zatem jeśli mówimy o alternatywach dla słabnącego NATO, a o takich scenariuszach pisał choćby niedawno minister Sikorski, to w pierwszym rzędzie winniśmy poruszać się po liniach północ - południe a niekoniecznie wschód - zachód. Aby regionalny alians był możliwy, to prócz rozwiązania kwestii udziału w nim Ukrainy (co również ze względu na zdolności zaczyna być w naszym interesie) należy zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze jaka politykę nasi północni sąsiedzi postulują w przypadku relacji ze Stanami Zjednoczonymi? Prezydent Finlandii Stubb, wywiadzie dla The Telegraph proponował linię, która można streścić w słowach „ratujmy co się da” a nie szukajmy alternatyw. Warto ten pogląd wziąć pod uwagę, bo asymetria naszej polityki wobec Waszyngtonu i naszych ewentualnych partnerów w obszarze Skandynawskim będzie dla nas potencjalnie bardzo szkodliwa. Druga kwestia jest nie mniej istotna. Co powinniśmy zrobić aby uniknąć skandynawskiego „separatyzmu” czyli gry państw nordyckich o własne bezpieczeństwo bez uwzględniania sytuacji Polski. Tego rodzaju scenariusz jest dla nas groźny tym bardziej, że Skandynawia to z rosyjskiego punktu widzenia kierunek o mniejszym znaczeniu niż Europa Środkowa a zarówno Finlandia jak i Szwecja (ale też Norwegia i Dania) mają długą tradycję budowania indywidualnych relacji z Rosją. Z tego też powodu dwa pierwsze państwa są członkami NATO od niedawna a status dwóch pozostałych był w Pakcie przez dziesięciolecia odmienny niż „jądra” Sojuszu.
Pogarszające się relacje w NATO, niezależnie od tego „kto winien” już obecnie osłabiają odstraszanie Sojuszu. Zwiększa to ryzyko przejścia Rosji do jakiejś formuły agresywnej wobec nas polityki, w szczególności poniżej art. 5. Szukaniem winnych nie zastąpimy budowania bezpieczeństwa. A zatem doradzam mniej utyskiwać na Trumpa a w większym stopniu trzeźwo ocenić sytuację i to co możemy zrobić. Nadchodzące święta mogą być bowiem ostatnimi spokojnymi.
Trwa ładowanie...