Odważnie przekraczać granice i wyznaczać trendy
Fot. Karol Adam Sokołowski
Odważnie przekraczać granice i wyznaczać trendy
Izabella Starzec: Jaką funkcję pełni wrocławski festiwal Musica Polonica Nova?
– Paweł Hendrich, dyrektor artystyczny MPN: Funkcja festiwalu od lat jest mniej więcej podobna, czyli Polonika informuje zainteresowanych słuchaczy o tym, jak wygląda aktualna polska muzyka. Przy czym „aktualna” jest tu słowem kluczem. Zazwyczaj to oczywiście muzyka najnowsza, ale także przefiltrowana przez pryzmat potrzeb danej edycji. Zatem aktualnością bym tutaj nazwał hasło nadrzędne, którym się posługujemy i pod tym kątem szukamy w polskiej muzyce współczesnej właściwych kontekstów.
Festiwal jest według mnie też formą dialogu z publicznością. Jak ty to widzisz?
– Myślę, że to, co powiedziałem, w żaden sposób nie stoi w sprzeczności z formą dialogu. Pokazując muzykę w kontekście aktualnym, otwieramy ten dialog, bo przychodzi do nas właśnie ten najbardziej aktualny odbiorca. Rada Programowa i ja próbujemy odnieść się do tego, co naszym zdaniem jest istotne na poziomie sztuki. Czyli niekoniecznie musi to być dyskurs w obszarze problemów społecznych czy politycznych. Nawet powiedziałbym, że od tego raczej próbujemy stronić, a muzyka jest tu na szczęście właściwą enklawą.
Widzisz Polonikę jako pewien probierz aktualnych trendów?
– Hasło najnowszej edycji jest proste do odczytania na pierwszy rzut oka, gdyż tematem festiwalu są zmysły. Głębiej mamy natomiast bardziej złożony układ trzech haseł – wielowymiarowość, wielozmysłowość i synteza sztuk.
Przybliż, proszę, tę koncepcję.
– Wielowymiarowość oznacza wiele kierunków oddziaływania sztuki muzycznej i nie tylko muzycznej. Wielozmysłowość jest tutaj sposobem jej odbioru. Fakt, że współczesne utwory są nie tylko dziełami stricte muzycznymi, powoduje, że odbieramy je również na poziomie innych zmysłów. Najczęściej jest to para oko-ucho, ale nie zawsze.
Skutkiem tego jest właśnie wspomniana synteza sztuk. Moim zdaniem sztuka muzyczna już nie jest bowiem sztuką wyłącznie dźwiękową. Coraz częściej zdarza się, że twórcy czy twórczynie myślą o swoim dziele wieloma kategoriami – dźwiękową, związaną z mediami, wideo, performancem. Łączą też muzykę z innymi dyscyplinami, takimi jak teatr, film. Zatem myślę, że ta synteza sztuk, taki swoisty neosynkretyzm, jest już po prostu faktem.
Jak rozumiem, obserwujesz to zjawisko na co dzień w waszej branży?
– Tak, w świecie muzyki klasycznej coraz bardziej popularne stają się formy teledyskowe. Widzę to choćby po tym, jakie propozycje wpływają do naszego festiwalu czy do Warszawskiej Jesieni, w której jestem członkiem Komisji Repertuarowej. Ta tendencja się zwiększa.
I to mnie w ogóle nie dziwi, bo jest takie powiedzenie, że jemy wzrokiem. Ja uważam, że również słuchamy wzrokiem. Po prostu aspekty wizualne są ewolucyjnie dla naszego mózgu niezwykle silnym impulsem. Doszliśmy więc do takiego etapu, w którym dzięki technologii możemy zaprezentować dzieło w co najmniej tych dwóch aspektach, audio i wideo. To nie musi być tylko obrazek z koncertu, utrwalone wykonanie na żywo, ale również wszelkie postprodukcje, interpretacje i zamierzone działania, które są mocno zintegrowane z samym dziełem muzycznym.
Trudno zaprzeczyć, że jest potrzebna taka – przepraszam za ten neologizm – wielobodźcowość. Ja osobiście uwielbiam słuchać muzyki wzrokiem, czyli bardziej cenię sobie żywe wykonania i możliwość obserwacji wykonawców niż słuchanie nagrań płytowych – z czystym audio. Zawsze mnie ciekawią te emocje, które „wychodzą” wprost od muzyków i muzyki.
– Myślę, że ujęłaś w punkt, jakie mamy potrzeby podczas słuchania. Dźwięk w sali koncertowej z definicji jest immersyjny, otacza nas. Co więcej, możemy – tak jak zauważyłaś – widzieć gest muzyka, jego zaangażowanie, obserwować cały proces. Zapewne też po to chodzimy na koncerty z wykonawcami na żywo. Ale chodzi jeszcze o coś więcej – możemy też żonglować tymi obrazami, tak jak to robi film. Muzyce towarzyszy wideo, które nie jest już tylko dodatkiem do utworu, ale stanowi jego pełnoprawną część.
Rozwiniesz tę myśl?
– Idziemy na koncert, bo chcemy zobaczyć muzyka uczestniczącego w procesie wykonawczym. Do tego dochodzą inne aspekty stanowiące wartość dodaną, jak np. oświetlenie sali koncertowej, które może być związane z określonym fragmentem utworu. Ale w dzisiejszych czasach to dopiero początek, bo mamy wiele dodatkowych możliwości. Wystarczy na przykład, że podkreślimy architekturę miejsca oświetleniem albo wypuścimy jakąś mgiełkę. Przede wszystkim wyciemnimy światła tam, gdzie siedzą ludzie. Pokażemy kontekst tego, co się dzieje na scenie. Weźmy na przykład jedno z wydarzeń Poloniki z udziałem muzyków z OMN-u. Będzie to koncert pt. Zoom In // Zoom Out – myślę, że już dzięki samej nomenklaturze typowej dla świata wideo możemy czuć zaintrygowanie zmieniającą się przestrzennością.
W jakim sensie?
– Przestrzenność może wpłynąć na to, jak słuchamy. Zazwyczaj jesteśmy pasywnie umieszczeni w określonym miejscu na widowni. A podczas tego koncertu w pierwszej części publiczność znajdzie się możliwie blisko źródła dźwięku. Słuchacze będą siedzieć w bliskiej, niemal intymnej relacji z muzykami i zobaczą jakby przez lupę ich gesty, co oczywiście pomoże w słuchaniu muzyki.
Z kolei w drugiej części koncertu odbiorcy zmienią perspektywę na zoom out, w oddaleniu kontury będą się zacierać, a pogłos sali „zaleje” słuchaczy. Treścią koncertu będzie również, wspomniana powyżej, integracja aspektów wizualnych z muzycznymi. W kompozycji Marty Śniady (SoundLAB Music na perkusję solo, zespół kameralny, elektronikę i wideo) oraz Adama Porębskiego (Muzyka (nie)doskonała – quasi koncert fortepianowy na instrumenty klawiszowe, orkiestrę kameralną, elektronikę i wideo) wideo jest integralną częścią utworu. U Jerzego Kornowicza (Wrzenie na 18 wykonawców, ruch, światła i przestrzeń) masy dźwiękowe orkiestry kameralnej splatają się z reżyserowanym oświetleniem przez Karola Urbańskiego.
Chciałabym dotknąć sprawy innych dwóch zmysłów. Czy także są brane pod uwagę zmysł węchu i smaku?
– Tak, mamy taki projekt, który zrodził się w głowie mojej i Pawła Romańczuka, który zrealizuje go razem z Agatą Zemlą. Dość przekornie nazywa się Pomieszanie Zmysłów i oczywiście coś sugeruje. Realizujemy go w piątek 15 maja oraz podczas Nocy Muzeów w sobotę 16 maja. Nie zdradzając szczegółów, mogę powiedzieć, że będzie to rodzaj gry z percepcją pomiędzy zmysłami – nie tylko na linii oko-ucho, ale również z udziałem smaku czy węchu, w połączeniu ze zmysłem wzroku i słuchu.
A to ciekawe! Gra różnymi zmysłami, doświadczanie, nieszablonowe projekty.
– Przytoczę tutaj przykład koncertu Światło // Cień // Światłocień. Jest to koncert symfoniczny – zagra NFM Filharmonia Wrocławska w sali głównej NFM. Pierwszy zabrzmi utwór Żanety Rydzewskiej Fire. Już sam tytuł odnoszący się do ognia, co sugeruje, że możemy odczuwać niemal dotykowe wrażenia ciepła. Oczywiście poruszamy się tutaj na poziomie metafory – odczucie takiego doświadczenia będzie sprawą indywidualną. Z kolei utwór Michała Ziółkowskiego Akhlys celebruje ciemność, cień. Odnosi się bowiem do postaci, z której w mitologii greckiej powstał chaos, a z chaosu dopiero wyłonili się kolejni bogowie. Chcemy więc przechadzać się od tytułowego światła do cienia.
Dopełnieniem będzie Symfonia Zmysłów Jagody Szmytki – kompozycja napisana specjalnie na zamówienie naszego festiwalu. Natomiast utwór Marcela Chyrzyńskiego Ukiyo-e no. 2. bazuje na fascynacji artysty kulturą Japonii. Kompozytor sięga w nim do technik związanych z drzeworytem, zatem w tym wypadku kontekstem dla muzyki stają się sztuki plastyczne.
Skoro pobudzacie różne zmysły, to czy również uprzedzacie publiczność, że mogą być np. elementy trudne do zaakceptowania? Nie bez kozery o to pytam, ponieważ w programie ostatniej Elektroniki znalazł się utwór Agaty Zubel, który w swej koncepcji wychodził od muzyki do dzieł plastycznych tworzonych na żywo za pomocą sprejów. Ten dodatkowy bodziec bardzo przeszkadzał w percepcji, zapach był przykry, wręcz duszący i powodujący kaszel, a niektórzy opuścili salę właśnie z tego powodu.
– Tak, będziemy uprzedzać publiczność. Mamy w programie taki wieczór, zatytułowany voLume(n), w którym będą bardzo różne poziomy głośności i natężenie światła. A więc zderzenie poziomu decybeli z poziomem lumenów. Z pewnością na stronie internetowej znajdą się takie ostrzeżenia. Słuchacze będą też mogli skorzystać z zatyczek do uszu.
Staramy się zwracać uwagę na różną wrażliwość i poziom percepcyjny odbiorców. Z drugiej strony – nie boimy się tworzyć ryzykownych form koncertowych, bo inaczej bylibyśmy przewidywalni, może nawet nudni. A przecież chcemy, by festiwal odważnie przekraczał granice i wyznaczał trendy.
Trwa ładowanie...