"Stado. Dziennik"
12.03.2026 (czwartek)
Może to jeszcze nie jest “atak wiosny”, ale z całą pewnością doświadczamy “znaków”. Od kilku dni temperatura w ciągu dnia nie spada poniżej 10 stopni. Słonecznie, a jeśli pada zapach ziemi po deszczu - magiczny, wibrujący petrichor. Kiedyś wyciszał nasze mózgi informując, że woda jest blisko. Że nie umrzemy z pragnienia, a jeśli dopisze nam odrobina szczęścia być może wypełnimy czymś żołądki. Inaczej niż dzisiaj, kiedy uwierzyliśmy narracjom skłaniającym nas do nieustannego pławienia się w absurdalnej nadwyżce kalorycznej, w harmonogramach trzech lub pięciu posiłków dziennie z wyłączeniem nocy, kiedy wypełnieni po brzegi trawimy gnijący w jelitach pokarm. Jesteśmy dziećmi dobrobytu, który stał się dla nas przeźroczysty. Nie doświadczamy głodu. Nie dopuszczamy do ssania w naszych obciążonych nieustanną pracą żołądkach. Jemy, ponieważ tak rozumiemy proces dbania o swój dobrostan i jemy, kiedy o siebie nie dbamy w sposób promowany przez naszą kulturę. Zażeramy stres, zażeramy kompleksy, zażeramy smutek i dręczące nas poczucie niespełnienia, ponieważ uwierzyliśmy, że powinniśmy być inni, zawsze o coś lepsi, powinniśmy być szczęśliwi i mieć sukces. Jesteśmy beneficjentami wiecznej promocji trwającej w zawsze czynnym fast foodzie zachodniej kultury, do której mieliśmy aspirację przynależeć i cieszymy się ową przynależnością - jedząc, pijąc i trawiąc, a w konsekwencji mierząc się z dolegliwościami, których nie znały pokolenia naszych niedojadających przodków. Nie twierdzę, że kiedyś świat był lepszy. Żyję w świecie najbezpieczniejszym z możliwych, których doświadcza współczesność. Staram się jedynie powiedzieć, że mamy wszystko, a nawet więcej niż potrzebujemy dla dobrego życia, mimo to wciąż borykamy się z dręczącym nas uczuciem braku, wciąż znajdujemy się w stanie oczekiwania, po którym to co najlepsze dopiero ma nas spotkać. Ostatecznie budzimy się na onkologii, SORze lub w poczekalni u psychiatry, który zaprosi nas do świata pełnego zbawiennych mocy nowoczesnej farmakologii. W ten sposób będziemy leczyć objawowo coś, co w pewnym sensie sami sobie podarowaliśmy w prezencie - arogancję sytych i pragnących.
Co więcej - stan rzeczy utrwala się i krzepnie. Wyśmienicie odnajdujemy się przecież w kulturze terapeutycznej. Z wdziękiem i poczuciem wyższości posługujemy się językiem poppsychologii, który z coraz bardziej popularnych i brutalnie monetyzowanych podcastów przeniósł się do naszych mieszkań, kawiarni, zadomowił się w nas samych na dobre, a my zadomowiliśmy się w gabinetach psychoterapeutów, których nikt nie rozlicza z ich pracy w sposób szczególnie dyscyplinujący. Ufamy licząc na to, że ostatecznie wszystko może skończyć się na “błędzie w wyborze”, że koniec końców jak nie jeden to drugi, a że terapeutów przybywa jak grzybów po deszczu nie musimy się dręczyć obawą, że dla nas terapeuty zabraknie. Oczywiście nie uważam, że pomoc psychoterapeutyczna to coś złego. Problem polega na tym, że jak we wszystkim w tym również straciliśmy umiar rozszerzając zarówno znaczenie pojęć jak i zakres pomocy na wiele obszarów, w których zarówno kiedyś jak i dzisiaj moglibyśmy uniknąć “wejścia w proces”. Jak pisze bell hooks w swojej książce zatytułowanej "Wszystko o miłości. Nowe wizje": "Kultura zachęcająca do szukania szybkiej ulgi w każdym dyskomforcie czy bólu wychowała ludzi, których cierpienie emocjonalne łatwo niszczy, niezależnie od tego, jak bardzo jest względne". Tymczasem “ufamy procesowi” tak jak kiedyś nadzieję pokładaliśmy w Bogu czy modlitwie. Duch zawsze będzie domagał się troski i uwagi. Pustka, która wypełnia się treścią jest zawsze pustką, którą wypełnia rytm określonej kultury. Ta, w której żyjemy nie potrzebuje już przecież religijności w niegdysiejszej formule - tworzy własną. W czymś przecież - tak czy inaczej musimy się odrodzić - jak pisze William James w “Doświadczeniach religijnych”: "Odrodzić się można nie tylko ku religii, lecz także ku bezreligijności; odradzając się można wyzwolić się ku wrażliwości sumienia i przejść ku wolności lub rozwiązłości. Odrodzenie bywa także spowodowane przez wtargnięcie w życie danego osobnika nowych pobudek i namiętności – jak na przykład: miłość, ambicja, chciwość, mściwość lub patriotyzm. We wszystkich tych wypadkach zjawisko posiada tę samą formę psychologiczną; zawsze znajdujemy stałość i równowagę, przychodzące po okresie burzy, wysiłków ich chwiejności. W wypadkach nie religijnych nowy człowiek również może rodzić się stopniowo lub nagle." James formułuje tę myśl u progu dwudziestego stulecia. Czy rozpoznałby w naszej współczesności własne intuicje? Czy współczesna duchowość skompresowana przez popkulturę, zredukowana przez jej ofertę stanowiącą wypadkową tego co proste, łatwe do osiągnięcia, przyjemne i relaksujące, a przede wszystkim nie wymagające przesadnej dyscypliny jest duchowością, która w czasie, kiedy James głosił swoje wykłady w Edynburgu byłaby uznana choćby za cień jakiejś głębi, czy od razu zostałaby uznana za ordynarną, zwulgaryzowaną wersję samej siebie? To oczywiście nie ma najmniejszego znaczenia skoro i tak uważamy, że nasz świat jest wart więcej od tamtego, który należał do białych patriarchów sączących kosztowne alkohole w elitarnych klubach pełnych mężczyzn zdradzających swoje żony w luksusowych lupanarach. Tyle że dziś żony wciąż bywają zdradzane (podobnie jak ich mężowie), z tą różnicą, że niewierni wolą “Taniec z gwiazdami” od wertowania “Rozmyślań” Marka Aureliusza czy ostatecznie - wizyty w operze. To oczywiście wyłącznie skrót myślowy - bawełna metafory. Rzecz w tym, że być może świat jest miejscem, w którym znalazło się w końcu nieco więcej przestrzeni dla maluczkich, ale czy rzeczywiście jest miejscem, w którym zwycięża równość i sprawiedliwość? Pytanie ma charakter retoryczny w epoce Trumpa, Muska i Putina. Wkrótce doświadczymy również powrotu religijności w energii płonącego stosu, ponieważ znakiem czasu, w którym przyszło nam żyć jest święte oburzenie bez względu na stronę i nieaktualne już podział “lewica - prawica”.
A zatem ciepło i słonecznie. Przedwiośnie.
Trwa ładowanie...