"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

16.03.2026 (poniedziałek)


 

Ciało poddano badaniu. Ciału podano kontrast. Ciało uległo skanowaniu i było posłuszne poleceniom personelu medycznego. Ciało współpracowało w sposób w jaki od ciała oczekiwano współpracy. Ciało cierpliwie zniosło bycie ciałem, a teraz będzie czekało na opis obrazu wnętrza ciała. Od wielu tygodni jestem ciałem, które zamieszkuję. Od wielu tygodni czuję ciało. Czy ciało wie, że w nim mieszkam?

Wciąż czytam sięgając po kolejne książki układane w stosy. W przerwach lub zamiast tego, wspólnie z synem oglądamy “Rodzinę Soprano”. Dwa pierwsze sezony pamiętam jeszcze sprzed dwóch dekad, kiedy z moim ówczesnym współlokatorem wykupiliśmy w telewizji kablowej pakiet kanału HBO. Mam nadzieję, że w końcu przekonam syna do poświęcenia trzech godzin i obejrzenia ze mną “Ojca chrzestnego”, który wobec pięciu sezonów “Rodziny Soprano” jawi się jako seans konieczny. Oczywiście można czytać Houellebecq’a bez znajomości Huxley’a, ale lektura drugiego z autorów nie pozostaje bez znaczenia dla tego, co zdołamy “wyczytać” u francuskiego nihilisy. 

Tymczasem rozczarowanie lekturą "Postromamtyczności" autorstwa Aline Laurent-Mayard, francuskiej dziennikarki, twórczyni podcastów zajmującej się zagadnieniami związanymi z seksualnością, aromantycznością oraz samodzielnym rodzicielstwem, która za punkt wyjścia przyjmuje własne, niegdysiejsze oczekiwanie na chwilę, w której spadnie na nią z siłą oberwania chmury - stan wzniosły, który potocznie określamy mianem “zakochania”. Tyle że owo oczekiwanie pozwala zrozumieć autorce, że jako singielka czuje się spełniona i szczęśliwa. To spostrzeżenie z kolei prowokuje ją do rozważań w przedmiocie “miłości romantycznej” postrzeganej w opinii Laurent - Maynard jako zjawisko naturalne i uniwersalne, a nawet pożądane. Co więcej - kiedy przytrafia nam się “miłość romantyczna” oznacza to zdaniem wielu, że oto “sprawy mają się jak należy”, kiedy natomiast owej miłości brakuje - postrzegamy to jako rodzaj klęski. Podobnie widzą to inni. A przecież nie było tak zawsze. "Miłość romantyczna" jest wynalazkiem stosunkowo nowym. Trudno się z tym nie zgodzić skoro jeszcze u progu i na początku dwudziestego stulecia małżeństwo było o wiele bardziej kontraktem o charakterze ekonomicznym niż konsekwencją intensywnego uczucia. Jeśli mówilibyśmy o tym w kategoriach winy i kary - winą należałoby obarczyć patriarchat. Trudno jednak spekulować jak sprawy miałyby się gdyby go nie było, a stosunki i relacje międzyludzkie nie uginałyby się pod jego ciężarem. 

A zatem "miłość" jako religia po upadku religii. "Ostateczna wiara po końcu wszelkiej wiary" - siła, która ma wypełnić "pustkę po Bogu, kraju, klasie, polityce i rodzinie zajmujących centralne miejsce w życiu poprzednich pokoleń”. W konsekwencji - jak zauważa Laurent-Mayard - budujemy społeczeństwa wokół "związków", zamiast budować je wokół np. przyjaźni lub rodziny. Warto dodać, że niekoniecznie tej definiowanej tradycyjnie. Wręcz przeciwnie. 

Co do zasady “Postromantyczność” prowadzi nas przez skomplikowane zagadnienia począwszy od redefinicji przyjaźni, przez redefinicję miłości, na allorodzicielstwie skończywszy, ja natomiast po uważnej lekturze - niestety - nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że mam do czynienia z jedną z tych narracji, która próbuje forsować konstrukty i rozwiązania, o których wiemy, że nie sposób oprzeć na nich funkcjonowania społeczeństw, które mają przetrwać, rozwijać się - a tym samym, co wydaje się w tym wypadku konieczne - po prostu - mnożyć się w sensie ścisłym.  Jeżeli przyjmiemy, zgodnie z życzeniem autorki, że heteroseksualność jest uznawana za normę w porządkach, które są niepożądane, to wcześniej czy później będziemy musieli zadać sobie pytanie, co w takim razie stanowi pożądaną normę, skoro większość osób heteroseksualnych znajduje się poza nią. Rzecz w tym, że czy nam się to podoba czy nie - większość osobników z gatunku homo sapiens przejawia jednak skłonności do interesowania się płcią przeciwną. Oczywiście jeśli przyjmiemy za punkt odniesienie niepopularną współcześnie koncepcję, że tylko kobiety i mężczyźni mogą doczekać się wspólnego potomstwa w sposób naturalny, bez dodatkowych zabiegów związanych z rozmnażaniem. Podobny pogląd wypowiedziany na głos w niektórych środowiskach może skutkować definitywnym zepchnięciem na ich margines, a nawet nie bójmy się tego słowa - cancelingiem. Być może jednak rację miał bohater równie niepopularnej dzisiaj komedii Juliusza Machulskiego o nośnym tytule “Seksmisja”, kiedy kategorycznie stwierdzał, że przecież “natury nie da się oszukać”. Tymczasem jeśli nawet nie sposób jej oszukać, nie oznacza to, że człowiek nie może próbować. Co więcej, może nawet w tym przedmiocie tworzyć rozbudowane uzasadnienia i rzucać się w otchłań kolejnych wdzięcznych utopii. 

Z całą pewnością wiemy już od autorki, że aby projekt, w którym istnieje alternatywa dla miłości romantycznej mógł istnieć i funkcjonować "wymaga to od nas upolitycznienia miłości, zwłaszcza miłości romantycznej, i odejście od myślenia indywidualistycznego". O ile druga część zadania jest szlachetnym odwrotem od generalnej tendencji naszej kultury, o tyle jego pierwsza część stać się może źródłem uzasadnionego niepokoju. Nie oznacza to oczywiście, że aseksualność deklarowana przez autorkę czy wszelkie inne zorientowania znajdujące się poza normą "hetereo" nie są istotne, godne uwagi oraz wdrażania wspierających je systemowych rozwiązań równościowych - owszem - są. Tyle że “upolitycznienie miłości” - cokolwiek ten termin oznacza - ma w sobie tchnienie orwellowskiego uniwersum. 

Z całą pewnością zmiana struktury społecznej poprzez redefinicję lub demontaż tradycyjnie pojmowanej rodziny opartej na łączącej ludzi miłości romantycznej, która współcześnie dość często stanowi przyczynę powstania związku, a w konsekwencji powstawania rodzin  jest pożądane z punktu widzenia osób, które nie identyfikują się z heteronormą lub tak jak autorka identyfikują się na przykład jako osoby aseksualne. Wątpliwości jednak budzić może koncepcja, która pozwalałaby przyjąć że społeczeństwa mogą istnieć w oparciu o inne niż heteronormatywne struktury, które jako dużo bardziej złożone wymagają od uczestników owych struktur wysokiej samoświadomości oraz umiejętności orientowania się w zagadnieniach związanych na przykład z kwestią poliamoryii lub rozszerzonego pojęcia przyjaźni. Okazuje się bowiem, że oczywistość przestaje być oczywista, a to, co w naturalny sposób skłania jednych ku drugim jawi się jako przestrzeń wymagająca reedukacji, głębokiej refleksji w duchu świadomości ideowej. Innymi słowy mówiąc wulgarnie - zamiast uprawiać miłość, należałoby uprawiać politykę. Ostatecznie należałoby też zadać pytania: kogo to tak naprawdę obchodzi i dlaczego miałoby obchodzić dominującą większość?

Odnoszę również wrażenie, że Laurent - Mayard poruszając niezmiernie interesujący i warty uwagi problem "miłości romantycznej" jako formy społecznej opresji - jednocześnie - traci z oczu rzecz niemal oczywistą, która przez swoją oczywistość być może staje się przeźroczysta dla oczu wielu osób myślących podobnie. Mianowicie z jakiegoś powodu społeczeństwa funkcjonują od setek lat w oparciu o takie, a nie inne wybory jednostek wchodzących w ich skład. Nie jestem do końca przekonany, czy wobec tego pod wpływem narracji autorki mogę przyjąć ze spokojem, że są to wybory po prostu fałszywe. Nie chcę przez to powiedzieć, że "większości" posiada rację z mocy bycia większością. Staram się zauważyć, że o ile tekst Laurent-Mayard na poziomie informacji dotyczących źródeł problemu oraz spektrum zagadnień z nim związanych posiada wysoką wartość merytoryczną, o tyle na poziomie proponowanych alternatyw dla uniknięcia opresyjności romantycznego paradygmatu staje się tekstem o charakterze politycznym - jeśli nie wprost - ideologicznym, co z mojego punktu widzenia pozbawia go wartości w kategorii "eseistyka", a wektor badawczy zdecydowanie zmienia kierunek. Piszę o tym dlatego, że po lekturze "Wstępu" możemy odnieść zupełnie inne wrażenie, a następnie przeżyć rodzaj rozczarowania, które spadło na mnie podczas lektury. 

 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...