"Stado. Dziennik"
27.02.2026 (piątek)
Kilka nieznośnych dni, a już mój organizm zajmuje się głównie produkcją kortyzolu. Wytrwale próbuję czytać, nie wytrącać się z rytmu lektur. Połykam jednak dwa miniseriale, co pozwala przypuszczać, że znajduję się w trybie przetrwania. Jeszcze tylko bezowocne próby wczesnych ucieczek w sen, chroniczne zmęczenie, zaburzenia koncentracji i wzmożony niepokój.
Gdzieś poza mną wydarza się jednak świat, w którym uczestniczę. Stado rozpierzcha się na czas ferii, a ja zamiast korzystać z przestrzeni odczuwam brak, w którym widzę przedsmak wiszącej nade mną od miesięcy, możliwej utraty. Jest w tym przeczucie, ale są też fakty, którym nie zamierzam zaprzeczać. *(...) Wola jest niczym. Akceptacja- wszystkim. Pod warunkiem że w obliczu najskromniejszego lub najbardziej rozdzierającego doświadczenia człowiek będzie zawsze 'obecny' – i zniesie je, nie kapitulując, zbrojny w całą swoją przenikliwość (...)" - pisze Camus w Notatnikach, ja natomiast odwracam się od tego z czym powinienem być. Odwracam się od myśli, że być może już wkrótce zmieni się w sensie dosłownym przestrzeń, w której przywykłem funkcjonować, zmieni się stado w swoim kształcie, funkcjonowaniu, a nawet znaczeniu. Co więcej, może się w końcu okazać, że rację ma Camus, kiedy pisze o woli, która - tak bywa - nic już nie znaczy. Innymi słowy - może sobie człowiek chcieć, może nie chcieć może działać i czynić lub nie czynić, a wszystko i tak ostatecznie trzeba będzie przyjąć takim jakim się zjawi - w kształcie wynikającym z przyczyn, w których trudno znaleźć coś więcej poza przytłaczającym ciężarem konsekwencji.
Tymczasem trwam w rutynowych czynnościach. Regularność rozmów z Radkiem prowadzonych od kilku lat daje mi poczucie liniowości na osi czasu. Niezbędne wrażenie kontinuum. Przyczyny i skutki, a jednocześnie świadomość jednokrotności zdarzeń nadaje im odpowiednie znaczenie. A może po prostu sprawia, że potrafię je zauważyć. Żadnych możliwych zapętleń, żadnej kwantowej wędrówki z pogranicza myślenia magicznego i naukowości, której nie rozumie niemal nikt, kto próbuje się na nią powoływać w kontekście trwania lub wiecznych powrotów. Czy to już jednoznaczny powrót na wdzięczne łono judeochrześcijaństwa, czy może chwilowa przerwa w podróży?
Od czego uciekam w nadzieję, którą staram się krzesać z lektur i rozmyślań? Ileż w tym pretensjonalności, zadęcia i pychy. Język tego dziennika bywa wzniosły. Puszy się cytatami. Pawi ogon cudzej mądrości zamiast odwagi mówienia wprost? Z drugiej strony żyjemy w nieznośnej kulturze autentyczności oczekującej od nas pornografii wyznań. Samopordukcja. Autowyzysk w poczuciu realizacji własnych potrzeb, które w rzeczywistości stanowią wyłącznie cudze oczekiwania. Narracje tożsamościowe. Nieustanna potrzeba deklarowania tego kim jestem. Wysyp opinii i konieczność zajęcia stanowiska w każdej sprawie. Media społecznościowe uginające się pod ciężarem wiecznie gotowych reagować komentatorów - tych depresyjnych i płaczliwych jak Lęcki, tych sarkastycznych i nieznośnie współczesnych jak Najder, tych o podwójnych standardach myślenia, agresywnych i kategorycznych jak Gretkowska. Oszalały od zajętych stanowisk kompas tego medium to autentyczna karuzela od której obrotów można dostać mdłości. Rzeczywistość, w której jeśli zatrzymasz się w miejscu, ktoś natychmiast wpadnie ci na plecy i złamie kręgosłup. Płyniesz głównym nurtem lub spływasz rynsztokiem? W tym wypadku wydostanie się z własnej głowy to zadanie wymagające radykalnej zmiany nawyków. Zmiany pozycji wobec współczesności. Odmowy współdziałania, co faktycznie sprowadza się do zaniechań.
Zaniechanie rozumiane jako potencjał odmowy. Zaniechanie w oderwaniu od bezsilności i zwątpienia, pozbawione gestów rezygnacji. Zaniechanie jawiące się jako wybór. Świadoma odmowa działania czyniona w trosce o siebie lub w proteście przeciwko nieustannie aktywnej presji samorealizacji, wykorzystania swoich lub czyichś zasobów. Zaniechanie jako sprzeciw w stosunku do współczesności pełnej nadmiaru bodźców, ofert i możliwości. Zaniechanie jako głęboki oddech, trzecia droga, inny kierunek lub zmiana perspektywy. Niedziałanie, które może okazać się aktem buntu wymierzonego w społeczną normę, w nacisk, który jest wywierany i mieści się w pompowanym w naszą świadomość pojęciu "niczym nieograniczonych możliwości". O tym pisze Zofia Zaleska w eseju “Zaniechanie” wydanym przez Karakter. Zaleska idzie o krok dalej. Taka postawa współcześnie skutkuje bowiem życiem “na własną zgubę”. Radykalna odmowa wypływająca z “samego dna sprzeciwu” - pisze Zaleska. To nic innego jak zaproszenie do bezczynności. Bezczynności rozumnej. Bezczynności wymierzonej przeciw. Bezczynności gniewnej, protestującej, a przez to bezczynności głośnej. Z całą pewnością bezczynności, która nie może pozostać niezauważona w świecie, w którym należy nieustannie czemuś się poświęcać, czymś się zajmować.
Z narracją Zaleskiej bez wątpienia koresponduje to o czym pisze Agnieszka Dauksza w “Ludziach nieznacznych” wydanych przez to samo wydawnictwo. A zatem - odrzucić “produktywną aktywność” jako postawę obowiązującą powszechnie? Przyjąć bezsilność jako normę? Zaakceptować przeciętność w świecie, w którym tak wiele musi być wyjątkowe, żeby zostało zauważone i przyjęte? Czy przeciętność w rzeczywistości, która nieustannie mówi o wyjątkowym przeżyciu może być ofertą nowej cnoty, która pomoże nam zmagać się z codziennością? Czy możemy stać się "nową międzynarodówką bezsilnych"? Czy miejsce bohatera zastąpi antybohater? A może już zastąpił - w piosence, serialu, filmie, spektaklu, poezji, performersie? Kim jest mityczny już "przegryw"? Czym jest "przegraństwo"? Czym jest "porażkowanie"? Kim są urodzeni po 2000 roku, żyjący w poczuciu nadchodzącej katastrofy, kwitujacy nawet stresujące i bolesne przeżycia powszechnym w sieci skrótem "lol"? Dystans jako barwa ochronna dla depresji i zwątpienia? To wszystko intetesuje Daukszę w jej eseju, w którym jak pisze liczy się to, co słabe, co nieudane, zwyczajne. Klęska i porażka, niemoc i bezsilność przestają być zawstydzającym objawem życiowej nieudolności stając się uświadomionym przeżyciem mogącym przerodzić się w źródło interesującego doświadczenia. A zatem pokolenie "boomerów" i iksów widzących porażkę jako stygmat i przyczynę wstydu, o której mówi się szeptem - wobec pokolenia zerowego, tych, którzy przejmują "kartę przegraństwa" wymachując nią nam przed nosem. Niepokój traktowany jako "hormonalno-afektywna sugestia za którą warto podążać". Jesteśmy bowiem "wspólnotami afektywnymi" - pisze Dauksza. Tymczasem w oddali na horyzoncie targetów wirują w kolejności "kumulacja, rozwój, awans i emancypacja". Czy wobec tego można wybrać "nieważność" jako strategię przetrwania?
Tyle, że poprzez dobór lektur i optyki ten w gruncie rzeczy wyjątkowy esej, intencjonalnie lub w sposób niezamierzony staje się jednak monumentem dla lewicowej wrażliwości, sposobu myślenia i postrzegania rzeczywistości, tworząc swoisty numerus clausus imion, nazwisk, zjawisk, zachowań i postaw godnych uwagi tracąc z oczu wszystko to, co znajduje się poza listą zamkniętą w okładkach książki. Dauksza przekonuje przekonanych używając języka pełnego nowomowy, w której nominalna czułość dla świata wydaje się jedynie konsekwencją przyjętego w określonych narracjach - kanonu. Innymi słowy Dauksza uprawia dogamtyzm.
Ostatecznie i tak jesteśmy zrobieni z prostych pragnień. W wielkiej mierze z pragnienia miłości, które implementuje nam kultura, w której zostaliśmy wychowani, w której żyjemy. Kultura Spektakularnego Romansu - ostatecznie Wielkiego Uczucia, które na nas czeka. Większość z nas owa projekcja determinuje w wyborach i uczynkach, determinuje nas również w zaniechaniach. Wierzymy, że kochać należy i chcemy być kochani. Jesteśmy istotami czującymi głęboko żyjąc w przeświadczeniu, że miłość jest czymś koniecznym, czymś, co przesądza o tym, kim jesteśmy dla świata - innymi słowy, czy jesteśmy warci coś więcej niż nasz codzienny “urobek” skrzętnie odkładany na kontach, gromadzony w przedmiotach, zjadany w połykanej przestrzeni wszelkich możliwych podróży. Pragniemy czułości, podobnie jak pragną jej zwierzęta. Tyle że posiadając zdolność myślenia abstrakcyjnego zamieniamy to pragnienie w ideę. Myślimy w czasie innym niż teraźniejszy, projektując. Wiele biedy z tego wynika i równie wiele dobrego. Dlatego intelektualizując każdy drobiazg jestem otwartą książką dla większość przeciętnie utalentowanych psychoterapeutów, którzy dziś wyrastają przecież jak grzyby po deszczu. Stado jest ważne. Stado jest istotne. Bez stada bieda i zgrzytanie zębów, a to z kolei świadczy o tym, że wciąż nie zacząłem jeszcze żyć dla siebie. "Nie mamy czasu być sobą. Mamy tylko czas, żeby być szczęśliwi." - pisze Camus w Notatnikach, a mnie potrzebny jest spacer. Kawałek nieba nad głową. Drobne przyjemności.
Trwa ładowanie...