"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

20.03.2026 (piątek)

 

W ciele znajdują zmiany o niejasnej etiologii. Opis badania zredagowany w metajęzyku wymaga interpretacji specjalisty oraz dalszej pogłębionej diagnostyki. Jestem zmęczony. Naturalnie pojawia się niepokój, który nie koresponduje z wiosenną aurą i słoneczną pogodą. Wciąż mieszkam w ciele, które żywo reaguje na wszystko, czemu jest poddawane. Nie odwracam się od tego, nie porzucam negatywności, nie uciekam w optymizm. "(...) współczesna moralność, jest moralnością całkowicie nakierowaną na dobre samopoczucie indywiduum, bez żadnej wizji antropologicznej. Liczy się jedynie chwilowe pragnienie i satysfakcja." - pisze Chantal Delsol w eseju "Koniec świata chrześcijańskiego", który czytam. 

 

"Chwilowe pragnienie" - spokój głowy bez migotania obrazów i myśli, które przychodzą żeby człowieka zadręczać projekcjami. Słabość fundamentu, na którym budowałem siebie przez ostatnie lata, czy po prostu ludzka skłonność do unikania spotkań z jakąkolwiek ostatecznością, na której kończy się kompetencja języka? Brak słów, czy strach przed tym, które okaże się właściwe?

 "Wizja antropologiczna"? Cóż ja mogę? "(...) ateizm tak naprawdę jest iluzją, próżnością umysłu, a w końcu czymś niemożliwym, bo gdy tylko dokonał się upadek chrześcijaństwa, jego miejsce zajęli wszelkiego rodzaju inni bogowie." - powiada Delsol, a ja zastanawiam się, czy mnie kolejne diagnozy nie zatrzymają w pół drogi, czy zdążę wyjść na wnioski, bo przecież już od dawna nie ma mnie tam, gdzie byłem z brakiem wiary, który miał być ofertą przestrzeni, w której oddycha się swobodnie i bez obaw. Gdzieś poza winą i karą, ale też poza nadzieją, której brak wiary pozbawia ostatecznie. Nie ma mnie tam od miesięcy spędzonych w drodze, którą ten dziennik rejestruje. A przecież jestem "zrobiony" z Dobrej Nowiny - jak my wszyscy, a już na pewno większość formatowana przez opowieść o Bogu narodzonym w stajence. Baśniowość tej historii zapamiętana z dzieciństwa. Sakramenty, do których byliśmy posyłani bez głębszej refleksji nad możliwymi konsekwencjami. Wciąż robimy to naszym dzieciom. Nie tylko duch tym nasiąkał i chłonął kadzidło nabożeństw majowych. Ciało brało to w nozdrza, popiół sypano mu na głowę, język dotykał opłatka. Kolana łączyły się z chłodem podłóg kościelnych kaplic. Łokcie dotykały drewna konfesjonałów. Usta wycierały się o materiał stuły. Opuszki palców obracały "dziesiątki" różańca. Tam byłem zanim znalazłem się w bezpiecznej od tego odległości. Bezpiecznej ponieważ tak wybrałem. Tak czułem, więc można było od tego odejść. Można było się od tego odwrócić. Czy można jednak odejść od tego uczciwie, a przede wszystkim, czy można odejść skutecznie? I znowu Delsol, która pisze:  "Społeczeństwa nie składają się z paru intelektualistów, ale z ludzi, którym zdrowy rozsądek podpowiada, że za drzwiami istnieje tajemnica, i którzy, jeśli nie są wierzący, są przynajmniej agnostykami". Po prawdzie bliżej mi do energii intelektu, niż do energii, którą emanuje "zdrowy rozsądek", ale przecież wiele miesięcy temu poczułem, a może po prostu - zrozumiałem - że nie wszystko musi znaleźć potwierdzenie w tym, co wiemy i potrafimy dowieść. Że właśnie "brak opisu" ma w sobie potencjał zdolny otworzyć przestrzeń jakikolwiek rozumianej - wiary. Że może właśnie tam, nie tutaj gdzie jestem lub byłem, oddycha się swobodniej. 

Oczywiście wciąż mogę wybierać, ponieważ żyje w przekonaniu, że paradoks związany z kanoniczną triadą cnót ewangelicznych polega na tym, że wiara, nadzieja i miłość - wszystkie razem i każda z osobna nie są kwestią zesłanej na nas łaski jak życzą sobie tego twórcy chrześcijańskiej mitologii. Są natomiast przedmiotem wyboru. Wybieram, że kocham. Wybieram, że żywię nadzieję. Podobnie wybieram - że wierzę. A zatem akt woli w miejsce zdania się na łaskę. Jednocześnie związane z nim świadome przyjęcie na siebie odpowiedzialności. Za miłość, którą muszę budować i umacniać. Za nadzieję, która nie obiecuję, że wszystko będzie dobrze. Za wiarę, która jest zawsze wielką próbą charakteru wobec nieuniknionych przecież wątpliwości.

Jestem z tym w ciele, które staje się nieposłuszne, sprzeciwia się woli rozumu, który nim kieruje, który od ciała wymaga, który ciału narzuca, który oczekuje. Coraz głębiej odczuwana bezsilność i wielka potrzeba cierpliwości, która zawsze była moim deficytem i jest deficytem kultury, która mnie uformowała. Potrzeba niezwłocznej gratyfikacji wpędza nas przecież w kolejne nałogi począwszy od wszelkich substancji, poprzez media społecznościowe, skoczywszy na kompulsywnym korzystaniu z dobrodziejstw wszelkich terapii. “Wielkie Teraz” jest duchem naszej epoki, która doskonale czuje się z samą sobą trwając w aroganckim przeświadczeniu o swojej mądrości, wiedzy i kontroli nad coraz większą przestrzenią wszelkiej ludzkiej aktywności. Tymczasem choroba każe nam wysiąść z rozpędzonego bolidu, którym poruszamy się ogłuszeni i zacząć funkcjonować w rzeczywistości dusznych poczekalni, w których czas płynie wolniej, a my zaczynamy go zauważać. Mamy go przecież niewiele - od czego tak rozpaczliwie odwracamy się w codzienności, która czule potrafi myśleć wyłącznie o tym, co nowe lub młode, starość traktując jak niepożądaną, wstrętną ciału aberrację. Cierpliwość jest słowem z języka obcego naszej kulturze. Kulturze, w której człowiek stracił zdolność do głębszego namysłu, w czym Byung Chul Han widzi przecież źródło współczesnego kryzysu wiary, o którym mówię, kiedy myślę o mojej nieufności do deklarowanych wcześniej postaw. To nie strach zwraca nas w stronę Tajemnicy. Prowadzi nas do niej głęboka i autentycznie przeżywana potrzeba odnalezienia nadziei, trwania w rzeczywistości, która dzięki niej wydaje się “wyższa” - może nawet nie pozbawiona sensu i celu. Bywamy tym zawstydzeni. Być może dlatego, że kojarzymy to z naiwnością lub wydajemy się sobie słabi, nie widząc w tym wielkiej odwagi. Odwagi wyboru kontrkulturowego. 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...