"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

27.03.2026 (piątek)


 

Okres obniżonego nastroju ma wpływ na ton tego dziennika. Język, którego używam prezentuje swój pawi ogon, wdzięczy się i sięga wysoko. Postanowiłem jednak nie czynić sobie z tego powodu wyrzutów, nie dołączać do grona tych, którzy szukają ratunku w ironii i sarkazmie - figurach wymagających lecz w gruncie rzeczy tanich, bo jakże często towarzyszy im intencja redukcji znaczeń, jakże łatwo schować za nimi brak odwagi do mówienia wprost. Ostatnie tygodnie wymagały ode mnie dużej odporności. Być może te, które przede mną - będą wymagały jeszcze większej, a przecież kilka minionych miesięcy to czas intensywnych konfrontacji. Tych, w których najtrudniej ustać, ponieważ mierzył się człowiek z tym, co dla niego ma znaczenie fundamentalne, w czym ma swój udział miłość, przyjaźń i przywiązanie, ale też to, w co człowiek wierzy lub nie wierzy, to czemu ufa lub to, od czego zdecydował się odwrócić. Trudno z tą świadomością o chłód trzeźwego oglądu, trudno w tym szukać porządku, którego chciałby rozum. Łatwiej w tym znaleźć zamęt emocji i splątanie uczuć. Trudno się na nich oprzeć, a przecież bywa tak, że to jedyne oparcie. 

Czytam “Obłęd” Krzysztonia, który PIW wznawia po latach w aurze zapomnianego arcydzieła. Ponad tysiąc trzysta stron, które unaocznia proces zanurzania się i trwania w szaleństwie. Pisane w pierwszej osobie wyznanie, w którym nie sposób odróżnić to, co przychodzi z choroby od tego, co przychodzi ze świata. Realne, którego nie ma obiektywnie. Ale czy poza obłędem wciąż istnieje? Doświadczenie absurdalnego uniwersum. Demiurgiczna moc i wielka kruchość umysłu pogrążonego w urojeniach. Dlaczego odnajduję w tym doświadczeniu siebie, skoro moja diagnoza różni się od diagnozy Krzysztonia i jego bohatera? “Sam obłęd jest destrukcją albo niewyjaśnioną grą lęków, rozpaczy, tchu i udręk, chociaż w samej gehennie zdarzają się olśnienia” - pisze Krzysztoń. Dlaczego potrafię zrozumieć i poczuć czym jest dręczące, stale obecne, zaborcze i bezwzględne poczucie zagrożenia? Moje ciało tak często przecież znajduje się w niebezpieczeństwe projektowanym przez powracające, uporczywe myśli, od których nie potrafię uwolnić siebie, a tym samym ciała. Między nami panuje niezgoda. Ciało nie zgadza się na mnie i ja - nie zgadzam się na ciało. Związani ze sobą więzią, której przerwanie oznacza śmierć cieplną, znajdujemy się w absurdalnym klinczu. Tyle uwagi poświęconej myślom – ile lekceważenia ciała.  Korzystałem z niego nieuważnie przez niemal pół wieku. Jego dyskretna obecność zasługiwała na uznanie, którego ciało nie miało. Jak dom, który nie wydaje dźwięków, w którym nie trzeszczą podłogi, nie pracują ściany. A teraz “dom” mówi do mnie w języku, którego nie potrafię zrozumieć, wyczuwam jedynie ton pretensji. A może to jest język żalu, którym przemawiają do nas porzuceni lub ci, których przez lata nie potrafiliśmy zobaczyć. Niespodziewanie stają w progu i pragną być mile widziani. A przecież często -  nie są. 

Ja i ciało. Para syjamskich bliźniąt związanych ze sobą wspólną udręką czy dwaj partnerzy nierozerwalnie złączeni w splocie spraw wspólnych i we wspólnym celu? Więc Krzysztoń w swoim dialogu z obłędem wydobywa ze mnie jak kontrast obraz kogoś, kto sam siebie sabotuje, unieważnia i dręczy. Czy poza tym istnieje jakieś “inne”, które miałoby mienić się “realnym”? Czy to tam jest bezpiecznie, czy w obłędzie? Czy to “realne” czy obłęd wydarza się naprawdę? A może to są dwa, równie prawdziwe uniwersa, z których żadne nie powinno zwracać się przeciw drugiemu? Absurd, w którym Camus widzi zderzenie człowieka z jego wyobrażeniem o świecie, a tego świata istotą jest jego nierozumność. Absurd jako mur nie do przeskoczenia. Wspomina o nim Zalewski w swoim eseju “W poszukiwaniu nadziei”. Jeśli nierozumność jest naturą świata, co zatem jest naturą obłędu? Dokąd uciec skoro coś nas goni? Camus widzi dwie drogi ucieczki Samobójstwo jest pierwszą. Nadzieja tą drugą, która nie wymaga od nas odbierania sobie życia. Tyle, że taka nadzieja jest również filozoficznym samobójstwem (na co zwraca uwagę Zalewski), jest jednocześnie stawaniem wbrew logice absurdu, zerwaniem ze światem, który rządzi się formą “rozumu”. Jest przejściem na stronę tego co niejasne i niepewne. Tyle, że jak twierdzi Camus, taka nadzieja to wciąż kapitulacja. Taka nadzieja jest nadzieją “tragiczną”, nadzieją “rozpaczliwą”, nadzieją wyłączoną z wszelkiej religijności, a tym samym nadzieją pozbawioną Tajemnicy - nadzieją nietranscendentną. Camus ją odrzuca wskazując jednak, że wciąż i stale ma ona dostęp nawet do tych, którzy uważają się za wolnych od niej. Nadzieja “tragiczna i rozpaczliwa”. Być może jedyny jej obraz, na który mnie stać. 


 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...