"Stado. Dziennik"
06.04.2026 (poniedziałek)
Święta Wielkiej Nocy i niefortunny wypadek w przedświąteczną sobotę. Noc spędzona na SORze. Zdjęcie rentgenowskie wykazuje złamanie palców dwóch kończyn dolnych. Tych samych, które są mi niezbędne dla kontynuowania codziennych spacerów tak istotnych z punktu widzenia mojej tygodniowej rutyny. Przewidywany okres gojenia do pełnego zrośnięcia - od sześciu do dwunastu tygodni. Możliwość usunięcia opatrunków - nie wcześniej niż trzydzieści dni. Tymczasem - usztywnić, unieruchomić, odciążyć. Nogi trzymać wysoko, nie forsować i jeśli to możliwe po prostu ich nie używać. “Sekret spacerów to przede wszystkim otwartość umysłu. Otwartość to rzadkie połączenie odprężenia i aktywności” - pisze Gros w “Filozofii chodzenia”, mnie tymczasem czeka radykalny, pełen nieruchomej udręki post w przestrzeni moich pieszych wędrówek. Przejmująca perspektywa dezorganizacji. Począwszy od nieznośnego nawyku czytania w nieustannym ruchu, skończywszy na powstawaniu niniejszych notatek, które wyjątkowo często rodziły się w marszu, ponieważ jak zauważa Gros: “Nie piszemy jedynie ręką. Dobrze piszemy jedynie stopami”. Więc to nie kości moich stóp uległy strzaskaniu w sobotni, przedświąteczny wieczór. Faktycznie połamałem ręce. Na dodatek obie. “Skromnie przyjmować, spokojnie tracić” - powiada Marek Aureliusz, ja natomiast nie uratuję samopoczucia cudzą mądrością, którą staram się ratować ten dziennik zamiast po prostu przyjąć na kilka tygodni zupełnie nową rzeczywistość.
W Święta natomiast - rodzinna nawałnica. Wysyp pokarmów i tabuny ludzi. Trzy pokolenia na sześćdziesięciu metrach kwadratowych w jazgocie wszędobylskich dzieci. Jeżeli Europa rzeczywiście więdnie w demograficznym kryzysie - nie dotyczy on tej części kontynentu, w której spędziłem ostatnie kilka dni: nieruchomy z uwagi na potrzaskane palce moich stóp, odcięty od możliwości ucieczki w miejską przestrzeń, staram się cieszyć rodzinnością w radykalnej odsłonie.
Naturalnie nie przeżywamy tych Świąt w duchu jakkolwiek rozumianej religijności. Nasza duchowość kończy się na symbolach, estetyzuje przestrzeń. Wciąż jednak niedziela Wielkiej Nocy stanowi pretekst dla rodzinnego spotkania. Gromadzi nas przy stole. Bez rytuałów i dystynkcji - mimo to - we wspólnocie - hałaśliwej, tętniącej, łakomej. Pod każdym względem - żywej. I jeśli człowiek porzuci dręczącą go chęć ucieczki, to w gruncie rzeczy dobrze się temu przyglądać z połamanymi palcami obu stóp wiedząc, że nawet to przeminie. Co więcej - będzie do tego człowiek tęsknił, bo jest w tym przecież jasne światło wibrującego spotkania. Jest gwar istotnej rozmowy i perspektywa możliwej niestrawności. Są żywi ludzie, po których nic nie zostanie. Nic poza tym, co zdołamy z tego zapamiętać, żeby ostatecznie rozpłynąć się w niepamięci - umierać w nieznanej nam przecież kolejności, co oznacza, że na poziomie potencjalnym ktoś z nas dawać może swój ostatni, świąteczny występ. Dlatego to jest ważne, Marcinku. Dlatego nie można przejść nad tym do porządku dziennego i uciec w głupi spacer. Zamiast tego ciesz się, Kochany, z połamanych palców swoich stóp, albowiem dzięki temu uczestniczysz w misterium spotkania, które może być darem o wiele bardziej istotnym niż przypuszczasz - powtarzam sobie mając w pamięci fragment z Márai’ego, który w “Niebie i Ziemi” pisze: “Pewnego dnia spotykamy się z ludźmi i akceptujemy ich. Ta chwila jest cicha. Tak, tak - mruczymy. W takich chwilach zaczynamy się starzeć.” Więc jednak - starość raz po raz przypomina o swoim istnieniu, a przecież nie wiem czy zdołam jej doczekać. Ciało, w ostatnim czasie, odwraca się ode mnie - gniewne i coraz częściej nieposłuszne. Jeżeli starość jest doświadczeniem, które może zostać mi przez ciało odebrane, nie zawaham się zaprosić jej do siebie odrobinę wcześniej. Potrzebuję własnej biologii żeby zrozumieć to, co spotyka mnie podczas podróży. Doświadczenie ciała jest w tym wypadku kontrastem podanym podczas diagnostyki obrazowej. Czyni widocznym lub wydobywa więcej.
Nocą, sen toczy nierówną walkę z procesem trawienia. Przekleństwo nadwyżki kalorycznej. Potęgujące się od tygodni uczucie zmęczenia. A teraz jeszcze brak ruchu - jak wyrok na spokój mojej głowy.
Trwa ładowanie...