Olga Drzymała

2 patronów
50 zł miesięcznie
1 525 zł łącznie
Moją największą pasją jest jeździectwo. Propaguję taki sposób pracy z wierzchowcami, by układ między zwierzęciem a jeźdźcem można było nazwać dżentelmeńskim i partnerskim. Druga pasja to rękodzielnictwo z wielkim marzeniem stworzenia pracowni oryginalnych kamizelek.

O Autorze

Przeglądając internet od dawna zauważam, że jest duży popyt na „metody” szkolenia koni. Nie wiem dlaczego jest taki popyt, bo żadna metoda nie zadziała bez zrozumienia psychiki i biomechaniki koni, bez umiejętności obserwowania zwierzęcia. Nie zadziała bez umiejętności przekazywania poleceń w zrozumiały sposób i świadomego odbierania sygnałów wysyłanych przez konia. Czyli nie zadziała bez tego wszystkiego o czym ja piszę w swoich blogach. Jednak sposób pracy z końmi, jaki ja propaguję, nie ma swojej nazwy – nie jest metodą z jakąś chwytliwą nazwą. Absolutnie nie zamierzam polemizować z różnymi już istniejącymi metodami pracy z końmi czy je krytykować. Nasunęła mi się jednak pewna konkluzja po rozmowie z Moniką na czacie, w której wymieniałyśmy się linkami do wydarzeń dotyczących szkoleń koni jakąś metodą. Byłam zaskoczona ilością tychże. 

Ale wracając do konkluzji – stwierdziłam, że skoro jest popyt, to ja też stworzę „metodę”. Nazwę dla niej oczywiście koniecznie musiałam znaleźć w języku angielskim. I to taką nazwę, z której da się utworzyć chwytliwy skrót. Oto nazwa: Method without a method – czyli metoda bez metody. W języku polskim nazwa nie prezentuje się już tak dobrze. Skrót od nazwy: MwaM. 

Jest to „metoda” pracy z koniem z ziemi i z siodła. „Metoda” oparta na empatii. Oparta na próbie wczuwania się w to, co czuje koń - co odczuwa podopieczny poddawany naszym sportowym zabiegom. Oparta na próbie spojrzenia z ich perspektywy na narzucony im przez ludzi sposób życia i pracy. Pracując tą „metodą” dobieram sprzęt niezbędny do pracy z wierzchowcem. Dobierając go staram się ograniczyć jego ilość do koniecznego minimum i co najważniejsze - dobór jest indywidualny dla każdego wierzchowca. Wiele z tych zwierząt potrzebuje kreatywnego podejścia w tym względzie. Potrzebuje niekonwencjonalnych działań opiekuna, żeby skupić się na jeźdźcu i pracy z nim. Kreatywne musi być też dobieranie ćwiczeń dzięki którym podopieczny zrozumie, że oczekujemy od niego procesu uczenia się. 

W pracy tą „metodą” najważniejsze jest zapewnienie komfortu pracy zwierzęcia pod jeźdźcem i z jeźdźcem. Człowiek pracujący tą „metodą” musi umieć obserwować konia pod kątem biomechaniki i prawidłowej pracy ciała konia. Musi traktować indywidualnie każdego wierzchowca pod kątem jego psychiki i charakteru. Musi mieć świadomość, że podejście do współpracy i pracy z wierzchowcem powinno być indywidualne. Człowiek musi umieć zauważać i wyczuwać napięcia i sztywności w ciele podopiecznego i wiedzieć jak przekazać zwierzęciu prośbę o poprawienie błędów. Jeździec musi też wiedzieć jak wyegzekwować od konia wykonanie prośby bez siłowej i zastraszającej presji. Dla jeźdźca pracującego tą „metodą” musi być oczywistym fakt, że taka siłowa presja zaprzecza możliwości rozluźnienia i uelastycznienia ciała przez wierzchowca. W ramach pracy tą „metodą” jeźdźcy uczą się cierpliwości, bycia konsekwentnym, stanowczym ale delikatnym – co bez problemu da się połączyć. Jeźdźcy uczą się rezygnować ze swoich ambicji, jeżeli ich wierzchowiec nie ma fizycznych i psychicznych możliwości,żeby stać się „narzędziem” do ich realizacji. Jeźdźcy uczą się, że dla konia wożenie ludzi to spory wysiłek fizyczny i że zwierzę potrzebuje długich miesięcy treningu, by móc swobodnie pełnić swoją funkcję. Jeźdźcy uczą się, że dla konia tym wysiłkiem jest wożenie i jeźdźca rekreacyjnego i sportowca. Jeźdźcy uczą się, że przy każdym wysiłku wierzchowiec musi mieć zrównoważone, rozluźnione, sprężyste i prosto ustawione ciało. 

Oczywiście jest to żart – nie tworzę żadnej „metody”. 

Nie tworzę, bo mam wrażenie, że „metody” pracy z koniem pozwalają jeźdźcom znajdować wymówkę, dzięki której mogą nie skupiać się oni na zrozumieniu konia i przekazywaniu mu zrozumiałych sygnałów. Tą wymówką są „pomoce”(narzędzia) charakterystyczne dla danej metody. Jeźdźcy szukający źródła wiedzy dającej im większą szansę na bardziej udaną pracę z podopiecznym, często widzą w tych pomocach cudowny pstryczek albo coś w rodzaju pilota do mechanicznego urządzenia. Te pomoce to głównie sprzęt pomocniczy i listy ćwiczeń. I wcale nie chcę przez to powiedzieć, że dodatkowy sprzęt taki czy inny albo ćwiczenia nie są pomocne. Chcę powiedzieć, że mogą być pomocne jeżeli dopasowane są do indywidualnych potrzeb szkoleniowych konia i jeźdźca. Często jednak widywałam adeptów szkoleń daną metodą, jak nieudolnie i bezmyślnie próbowali wprowadzać w życie ćwiczenia – wprowadzać według „przepisu”. Z tych szkoleń jeźdźcy często wynoszą przepisy na pracę z koniem, jakby były one przepisem kulinarnym. Chociaż uważam, że i przy przepisie na jakąś potrawę trzeba wykazać się inteligencją i finezją, żeby danie wyszło smaczne. Oczywiście nie chcę generalizować. Adepci takich szkoleń się różni, a wiedza tam zdobyta niejednokrotnie zmienia ich sposób pracy z koniem na lepszy. Zwracam tylko uwagę na to, że skupianie się na metodzie niesie ryzyko bezmyślnego i bezrefleksyjnego przekładania jej założeń na pracę z koniem przez jeźdźców. Zwracam uwagę, że zachęca to ludzi do stosowania prostych przełożeń metody na każdego konia bez indywidualnego podejścia do żywego stworzenia. 

Żeby się przekonać, że to ryzyko występuje, wystarczy poprzeglądać fora dyskusyjne. Znajdziecie tam dziesiątki pytań o nieposłuszne, niepokorne konie i co zrobić, żeby zmienić ich nastawienie do pracy. Większość odpowiedzi to propozycje przeprowadzenia 7 gier albo join – up tudzież innej „metody”. Pstryk i jest sposób, pstryk i koń będzie już grzeczny i posłuszny. A gdzie „wywiad środowiskowy”, gdzie analiza przyczyn takiego zachowania zwierzęcia. Tylko taka analiza pozwoliłaby na indywidualne podejście. Ważny w tym wszystkim jest też poziom wiedzy i umiejętności jeźdźca oraz relacje między jeździecką parą. O tym się nie mówi przy pracy „metodą”. Większość jeźdźców tworzy swego rodzaju towarzystwo wzajemnej adoracji i w dyskusjach o pracy z końmi wychodzą z założenia, że jeźdźcy wszystko już wiedzą tylko konie nie chcą współpracować. Otwierają internet i znajdują „przepis” na pracę z koniem i „pracują” bez jakiejkolwiek refleksji. Czasami mam wrażenie, że szukanie przez jeźdźców różnych metod pracy z podopiecznymi niewiele różni się od szukania coraz to nowego i mocniejszego wędzidła. Jak jedna metoda nie zadziała, to szuka się następnej.

Udostępnij

Pomóż, udostępniając profil!