Olga Drzymała

2 patronów
50 zł miesięcznie
1 625 zł łącznie
Moją największą pasją jest jeździectwo. Propaguję taki sposób pracy z wierzchowcami, by układ między zwierzęciem a jeźdźcem można było nazwać dżentelmeńskim i partnerskim. Druga pasja to rękodzielnictwo z wielkim marzeniem stworzenia pracowni oryginalnych kamizelek.

O Autorze

Uwielbiam słuchać prelegentów na TED - TED (Technology, Entertainment and Design – Technologia, Rozrywka i Design) – marka konferencji naukowych organizowanych corocznie przez amerykańską fundację non-profit Sapling Foundation. Celem konferencji jest popularyzacja – jak głosi motto – „idei wartych propagowania”(Wikipedia).

https://pl.m.wikipedia.org/wiki/TED_(konferencja)

Prelegenci na TED mają około 20 minut na opowiedzenie o swoich pasjach i wykonywanych zawodach. Zaczęłam się zastanawiać, co ja mogłabym na jakiejś prelekcji opowiedzieć słuchaczom o koniach i jeździectwie?

Laikom jeździectwo znane jest z filmów i raczej nie kojarzy się z wysiłkiem fizycznym. Wielokrotnie słyszałam: na konia się po prostu wsiada i jedzie. Jeździectwo kojarzy się z galopowaniem na zielonych łąkach z rozwianym włosem albo z jazdą z filmów o dzikim zachodzie, gdzie wystarczy szarpnąć wodzami, żeby rumak zatrzymał się w miejscu z pełnego galopu. Szkoda, że na zdjęciach z plenerów i filmach nikt nie zauważa wyrazu bólu na pysku zwierzęcia. Szkoda, że nikt nie widzi tego, że taki wierzchowiec „chowa” szyję między łopatki i zadziera głowię, by zminimalizować uczucie bólu w pysku zadawanego poprzez metalowy „pręt”. Co gorsze, wielu jeźdźców chciałoby, żeby tak właśnie wyglądało jeżdżenie konno. Chociaż tacy jeźdźcy już wiedzą, że dosiadanie konia wiąże się jednak z pewnym wysiłkiem. Dla nich wiąże się to z wysiłkiem utrzymania się na grzbiecie – trzeba uwiesić się na wodzach i trzymać nogami siodła. Wiąże się to z wysiłkiem zaciągania wodzy, żeby wierzchowiec nie pędził bez opamiętania i z wysiłkiem zginania sztywnej szyi zwierzęcia, żeby zmusić je do wykonania zakrętu. Jednak uwierzcie mi, to nie są jeźdźcy – to są „drewniane Pinokia” wożące się na plecach zwierzęcia. W jeździe konnej nie powinno chodzić o to, że my siedzimy na plecach zwierzęcia a ono idzie tam gdzie chcemy, jak tylko pociągniemy za którąś wodzę. Jeździectwo powinno bardziej przypominać taniec w parze. I chodzi tu o pewną więź, zgranie, subtelność i współpracę we wspólnym płynnym poruszaniu się.

W typowym jeździectwie nie ma jednak tanecznej wspólnoty. W typowym jeździectwie koń jest zmuszany siłową presją i zadawanym bólem do absolutnego poddaństwa i wykonywania poleceń nawet wówczas, gdy nie jest na to psychicznie i fizycznie gotowy. Wszystkim takim jeźdźcom „Pinokiom” wydaje się jednak, że każdy koń jest gotowy na każdy wysiłek, więc jakikolwiek bunt konia odbierają jako objaw jego głupoty albo złośliwości. Nikt nie zakłada, że koń broni się przed bólem i dyskomfortem, że wszystko co robi wbrew człowiekowi, to próba zminimalizowania odczuwania bólu. Dlaczego prawie nikt tego nie zakłada? Ponieważ prawie nikt nie zauważa, że koń okazuje ból. Gdyby nasze domowe pupile – psy i koty musiały biegać z obciążeniem na grzbiecie proporcjonalnie podobnym do obciążenia jakie daje koniowi przeciętny jeździec, to wyły by one z bólu, gryzły, drapały, kładły się na ziemię albo uciekały. Jeszcze większy lament u psów i kotów spowodowałoby działanie metalowym prętem w ich pyskach. Działanie jakie prawie każdy jeździec funduje swojemu wierzchowcowi. Konie nie okazują bólu poprzez wydawanie dźwięków łamiących ludzkie serca. Koń nie podniesie do góry „łapki”, żeby pokazać, że boli. Ale koń, tak jak i inne zwierzęta, będzie miał ból wypisany w oczach i mimice pyska. Tylko prawie nikt z jeźdźców i opiekunów tych zwierząt nie chce tego zauważyć, bo utarło się przekonanie, iż koń jako silne zwierzę wytrzyma wszystko i da radę w każdej sytuacji.

Fot. Pixabay

Wiele razy oglądałam sytuację, w której dziecko głaszczące konia słyszy od opiekuna: poklep go mocno, bo inaczej koń nic nie poczuje. Abstrakcją byłaby dla takich ludzi wiadomość, że konie lubią delikatny dotyk, dotyk o nacisku równym temu jakie daje np. mucha. Abstrakcją byłaby informacja, że konia może boleć pysk, szyja, grzbiet, nogi. Abstrakcją jest często i dla jeźdźców informacja, że wierzchowiec może być na coś za słaby, za młody albo za stary. Abstrakcją byłaby informacja, że koń może być fizycznie i psychicznie zniszczony przez człowieka. Ludzie dosiadają konie i zmuszają do fizycznego wysiłku nawet takie, które notorycznie kuleją, które mają wady postawy i zwyrodnienia. Dlaczego takie wierzchowce zmuszane są do ruchu? Bo ludzie „wiedzą najlepiej”, że konie kochają ruch – obojętnie jaki i czym obarczony - one go kochają. Skąd ludzie to wiedzą? Nie mam pojęcia. Pewnie wywnioskowali to z dzikiej przeszłości końskiej populacji - przecież konie przemierzały ogromne odległości. Jeźdźcy nie biorą jednak pod uwagę, że zwierzęta te przemierzały je nie z miłości do ruchu tylko podążały tam, gdzie mogły się najeść do syta. Podążały głównie w stępie. Galopowały tylko wówczas, gdy trzeba było uciekać przed zagrożeniami, a kłus nie był im do niczego potrzebny. Konie poruszały się bez obciążeń zadających ból. Przemierzały spore odległości bez niewygodnego obciążenia grzbietu i zadających ból ograniczeń z przodu ciała. Powtarzam więc – nie mam pojęcia z jakich przesłanek jeźdźcy wnioskują, że ich podopieczni kochają ruch, mając obciążenia fizyczne i psychiczne.

Laicy, jak i również wielu jeźdźców, z największym zdziwieniem przyjmują informację, że konie odczuwają ból przy ciągnięciu za wodze – w wielu głowach rodzi się pewnie wówczas pytanie: no a jak inaczej zatrzymać konia? – przecież trzeba ciągnąć za wodze. Tak bardzo wrosło w ludzi przekonanie, że koń nie odczuwa bólu, że nawet obraz otwartego z bólu pyska i położone po sobie uszy są „normalnym” wyrazem „twarzy” konia. Nawet figury koni na karuzeli mają wyraz pyska mnie przerażający, a dla większości jest on nic nie wyrażającą normą.

Fot. Pixabay

Fot. Pixabay

Gdzieś i kiedyś jakiś człowiek doszedł do wniosku, że otwarty pysk u konia, to wyraz bólu i cierpienia i wpadł na to co zrobić, żeby koń jednak nie okazywał bólu w ten sposób. Ten człowiek wymyślił żeby wiązać koniom pyski, wmawiając przy tym skutecznie innym jeźdźcom, że to dla dobra konia. Dla jego dobra, bo lepiej czuje on metalowy pręt i lepiej na niego reaguje. Koniom pozostało więc okazywanie bólu poprzez zadzieranie głowy do góry albo rzucanie nią na wszystkie strony. Na to człowiek też znalazł sposób – znalazł sposób i patenty, żeby głowę i szyję przywiązać do końskiego ciała. Równie skutecznie, jak w przypadku wiązania pyska, udało się wmówić jeździeckiej społeczności, że to wiązanie głowy i szyi jest wręcz zbawienne dla konia i stosowane dla jego dobra.

Fot. Pixabay

Jak się to wszystko ma do tańca, współpracy i więzi z końskim partnerem? – Nie mam pojęcia – ale ludzie nie widzą problemu. Za to jakimś cudem widzą więź i współpracę w tym ograniczaniu ruchu końskich części ciała.

Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym wszystkich jeźdźców „wsadziła do jednego worka”. Wąska grupa jeźdźców szuka innego sposobu pracy – innego niż zadający ból. Te poszukiwania idą w różnych kierunkach. Najliczniejsza grupa poszukiwaczy największe zło przypisuje wędzidłu w końskim pysku i się go pozbywa. Nie chcę powiedzieć, że to źle. Jednak ja uważam, że problem nie leży w „narzędziu” pracy ale w nieumiejętnym jego używaniu. Ci, którzy tak chętnie pozbywają się narzędzia nacisku na język, szczękę i usta konia, równie chętnie zaczynają używać narzędzia nacisku na kość nosową albo szyję – nadal zadając ból jako środek przymusu i komunikacji.

Inna grupa szuka takich możliwości pracy z końmi, żeby w żaden sposób nie ingerować w przód ich ciała. Zakładają, że brak w rękach narzędzia do „rozmowy” z końskim przodem, to najlepsze rozwiązanie. Jeżeli jednak założyć, że tańczymy z koniem w parze, to bez kontaktu przy pomocy naszych rąk nie osiągniemy zgrania w ruchach. Bez wodzy człowiek „nie słyszy” błędów w postawie konia, które powodują, że nie podąża on swobodnie w tańcu za partnerem prowadzącym – czyli jeźdźcem. Wielu z was na pewno zdziwiło się czytając ostatnie zdanie – jak to przez wodze „słyszymy”? Wodze są do słuchania konia, a nie do kierowania?

Przydarzyło się wam kiedyś używać jakiegoś narzędzia i po jakimś czasie dowiedzieć się, że używacie go w niewłaściwy sposób? Takim narzędziem są wodze, które przez wieki wykorzystywano jako „kierownicę”, ręczny hamulec, a z czasem jako środek przymusu do ściągania głowy i szyi zwierzęcia w dół. I nie ma znaczenia czy te wodze przyczepione są do wędzidła czy ogłowia bez – wędzidłowego - takie ich używanie jest nieprawidłowe. Wielu z was nie zdziwi fakt kierowania i hamowania wodzami ale zaciekawi po co na siłę obniżać koniom głowę i szyję. Konie intensywnie i sprężyście pracujące zadnimi kończynami przyjmują postawę przy której prężą grzbiet i wówczas w naturalny sposób opuszczają szyję i głowę w dół. Ta opuszczona szyja i głową stała się synonimem prawidłowej pracy konia pod jeźdźcem. Mało kogo obchodzi fakt, o którym napisałam w poprzednim zdaniu – czyli o naturalnym opuszczaniu szyi dzięki pracy zadu. Jeźdźcy zakładają, że szyja ich konia ma być na dole i już, bo wtedy widać, że „pracuje dobrze”- i koń i jeździec. W związku z tym, wszelkimi możliwymi sposobami, wielu jeźdźców egzekwuje opuszczenie końskiej szyi. Jeżeli koń nie chce trzymać samodzielnie na siłę ściągniętej szyi, to jeźdźcy za pomocą patentów przywiązują ją do końskiego ciała, tak jak w przypadku „rzucania” szyją przez konia.

Fot. Pixabay

Wracając do tematu nieprawidłowego używania wodzy – skoro nie są one hamulcem, to do jakiej pracy są potrzebne? Tak jak wcześniej napisałam, wodze (a także według mnie wędzidło), dają szansę jeźdźcowi „usłyszeć” błędy w postawie konia. A dzięki subtelnym sygnałom przez nie przesyłanym, jeździec może podpowiedzieć zwierzęciu jak je poprawić i naprawić. Wędzidło i wodze w rękach powinny rozbudzić w jeźdźcach ogromną odpowiedzialność. To precyzyjne narzędzia, które źle użyte przynoszą więcej szkody niż pożytku - ale ich delikatne działanie jest niezbędne do rozmowy z koniem na temat rozluźnienia i ustawienia ciała.

Jak więc należy prowadzić konia? Dokładnie tak jak w tańcu w parze – prowadzimy całym ciałem, subtelnie i delikatnie. Jest to jednak trudna sztuka i wymaga długiego i konsekwentnego szkolenia. Podstawą tej sztuki jest umiejętność utrzymania swojego ciężaru i równowagi na własnych nogach opartych na bardzo wąskim i ruchomym podłożu jakim są strzemiona. Chodzi o to, żeby tańczyć na własnych nogach i z własną równowagą mimo, że nie stoimy na ziemi i mimo podparcia pod pośladkami. Dzięki takiej postawie na koniu możemy subtelnie prowadzić ciałem swojego partnera. Niestety, człowiek to leniwa i roszczeniowa istota - jeżeli ma coś pod dupskiem na czym można usiąść całym ciężarem i jeżeli ma możliwość presją zmusić kogoś do pracy, to z ogromną przyjemnością wykorzysta taką sytuację.

Według mnie konie są przez ludzi traktowane bardzo przedmiotowo i niewolniczo. Ta niewola dla każdego z koni jest prawie taka sama, chociaż wielu właścicielom wydaje się, że akurat ich koń ma naprawdę dobrze w tej niewoli. Koń ma pod dostatkiem siana, owsa, marchewek, musli, dodatków żywieniowych, derek, czpraczków i nauszników. Co sezon to nowa kolekcja, nowy zestaw – czaprak, owijki, nauszniki, kantar i uwiąz. Niewielu jeźdźców nachodzi refleksja, że ich podopieczny ma w głębokim poważaniu te wszystkie kolekcje i oddałby je wszystkie w zamian za fakt rezygnacji jednego czy drugiego jeźdźca z dosiadania go.

Fot. Pixabay

Konie są naszymi niewolnikami, którzy w zamian za wikt, mają cierpliwie i z pokorą znosić regularne, godzinne albo wielogodzinne tortury. Mają z pokorą znosić ból zadawany narzędziami w rękach człowieka. Mają znosić ból zadawany bezwiednie podskakującym na ich grzbiecie ciałem człowieka. Mają z pokorą znosić ból zadawany patentami wiążącymi ich głowę i szyję i ściągającymi je w dół. Niewiarygodne jest jeszcze to, że ludzie z uporem maniaka wmawiają sobie, że wierzchowiec kocha te tortury, bo przecież koń kocha ruch – o czym wcześniej już wspomniałam. Kiedyś znalazłam post i zdjęcie kucyków przyczepionych do karuzeli. Koniki godzinami kręciły się z dziećmi na grzbiecie. Wstawiła to na fb jakaś amazonka oburzona takim traktowaniem kucyków. Została ona „zakrzyczana” w komentarzach przez jeźdźców nie widzących nic złego w takim wykorzystywaniu koników. Na zdjęciu widać było, że koniki są zadbane i najedzone, więc w czym problem? W tym, że dzieci wsiadające na taką karuzelę uczą się, że żywe zwierzęta można traktować, jak drewniane figurki, a jazda konna polega na tym, że wsiadam na grzbiet i jadę – bez pracy, bez tańca, bez więzi i porozumienia. Ja jestem oburzona takim traktowaniem koników, bo to przełoży się potem na traktowanie przez młodych ludzi innych zwierząt w tym oczywiście dużych wierzchowców.

Fot. Pixabay

Uważam, że ludzie nie dorośli jeszcze do jeżdżenia na koniach, więc lepiej byłoby gdyby w ogóle zaprzestali dosiadania tych zwierząt. Uważam tak mimo tego, że sama uwielbiam jeździć konno. Wiem jednak, że nikt i nigdy nie przekona ludzi, żeby z tej formy sportu i rekreacji zrezygnowali. Dlatego moje działania jeździecko – blogowe idą w kierunku zrozumienia koni i tajników porozumienia się z nimi. Dla mnie jeździectwo ma inny wymiar niż dla większości jeźdźców – wsiadam na konie nie po to żeby pojeździć ale żeby lepiej zrozumieć tajniki i możliwości partnerskiego porozumiewania się z nimi we wspólnym fizycznym i intelektualnym wysiłku. I właśnie ten wysiłek zrozumienia i porozumienia w „tańcu” daje mi największą satysfakcję.

 

Udostępnij

Pomóż, udostępniając profil!

Zostań Patronem
Najnowsi Patroni