Koleżeństwo

Obrazek posta

Oto kolejna część cyklu, w ramach którego publikuję obszerne fragmenty mojej pierwszej książki „zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji”. Reportażu, który ukazał się 12 lat temu. Zapraszam do lektury!

Sympatyczny brodacz z ręką na temblaku już dzień wcześniej zwrócił moją uwagę.

– To koleś po ajdiku, który wraca do Polski – usłyszałem od jednego z żołnierzy.

– Saper – dodał drugi.

„Niezły farciarz” – pomyślałem sobie, przyglądając się mężczyźnie. Aż trudno było mi uwierzyć, że zabawiający towarzystwo w bagramskiej palarni sierżant ma za sobą takie doświadczenia. Raczej spodziewałbym się skupionego, wyciszonego człowieka, tymczasem miałem przed sobą roześmianego kawalarza.

– No co, dostałem drugie życie… – Sebastian Bartkowski uśmiechnął się zawadiacko, gdy zdecydowałem się podejść i pogadać. Cóż, owo drugie życie pasowało do niego tak sobie, bo chłopak kilka dni wcześniej zaliczył nie jednego, ale dwa ajdiki. Na jednym patrolu, w ciągu jednej doby. Jeśli zatem już, to raczej należałoby rzec, że najpierw dostał drugą, a zaraz potem trzecią szansę…

Pierwszy ajdik podniósł tylko tył MRAP-a, nie niszcząc pojazdu. Bartkowski, dowódca grupy saperów, nie chciał zostawiać patrolu bez wsparcia. Pojechali dalej, by kilka godzin później poczuć kolejny wybuch. Sebastian i reszta załogi znów mieli szczęście. I dość silnej woli, by mimo urazów własnym MRAP-em wrócić do bazy.

– Mam do ciebie prośbę – mówił Bartkowski, który przygodę z minami zakończył skomplikowanym złamaniem ręki. – Chciałem zostać z chłopakami, ale każą mi wracać do kraju. Napisz, że ich pozdrawiam – Łukasza Gruszkę i Sławka Buczkowskiego. I że będę w Polsce trzymał za nich kciuki – zapewniał.

Wtedy, w listopadzie 2010 roku, przekazałem pozdrowienia Sebastiana za pośrednictwem blogu. W końcu takiemu szczęściarzowi się nie odmawia, a i przyznam – ujęło mnie jego poczucie koleżeństwa. Podobnie jak rok wcześniej u innego żołnierza, którego imienia, niestety, nie pamiętam. On również został ranny na ajdiku, w wyniku czego poruszał się o kulach. I przez te kule czekała go rotacja do Polski.

– Najchętniej zostałbym w Afganie – mówił, a ja czułem, że nie ma w tym ani krzty fałszu. Znam argumenty o kasie – zapewne miała znaczenie. Ale zbyt wiele widziałem w Afganistanie, by nie wierzyć w żołnierską solidarność. – Przecież tu zostają moi kumple – wyjaśniał mój rozmówca. – Pierdolone kule… – nie krył złości.

Sebastian Bartkowski/fot. Marcin Ogdowski

 

„Uwaga. Potrzebna krew grupy A Rh+!” – komunikat ze szczekaczki w bazie Ghazni oznaczał, że 10 września 2009 roku nie będzie dniem spokojnym. Nie widziałem startującego MEDEVAC-u, ale przed południem podniosło się wiele śmigłowców. W tym natłoku dźwięków start grupy medycznej mógł mi po prostu umknąć.

 

Czułem ogarniający mnie niepokój. Dzień wcześniej do Ghazni przyjechał konwój z Giro – ci sami chłopcy, z którymi byłem w patrolu, gdy straciliśmy Marcina Porębę. Rozstaliśmy się o trzeciej nad ranem, kilka godzin później oni mieli wracać do siebie. Spojrzałem na zegarek i wszystko zaczęło składać się w niepokojącą całość. Jeśli wyruszyli o czasie, od mniej więcej godziny byli w drodze. Wiem, że to nieuczciwe w stosunku do wszystkich innych chłopaków służących w Afganistanie. Ale miałem wówczas ogromną nadzieję, że to nie „moi”. Że to nie im przytrafiła się jakaś paskudna historia…

Szum wirników śmigłowców ewakuacji medycznej wyrwał mnie z letargu. Pobiegłem do szpitala zobaczyć, co się stało.

Kilka godzin wcześniej grupa Polaków ruszyła na odsiecz Amerykanom, zaatakowanym w jednej z wiosek w dystrykcie Andar. Początkowo sprawdzanie chat przebiegało bez zakłóceń – wydawało się, iż talibowie zdołali już zbiec. O tym, że nie wszystkim się udało, świadczyły spalone zwłoki dwóch mężczyzn, trafionych rakietą ze śmigłowca w trakcie motocyklowej rejterady.

Nagle w jednym z domostw doszło do strzelaniny. W środku został ten, który wchodził jako pierwszy – Piotr Marciniak, zwany „Foką”. Koledzy ruszyli odbić „Fokę”, mając nadzieję, że nadal żyje. W trakcie akcji jeden z nich został ciężko ranny. Marciniak, niestety, nie przeżył tego starcia…

Pożegnanie ciała Piotra Marciniaka, Ghazni, wrzesień 2009/fot. Marcin Ogdowski

 

– Nie pisz o Piotrze, że był żołnierzem, tylko spadochroniarzem – prosił mnie były dowódca „Foki”, przekonując, że dla chłopaków z 6 Brygady Powietrznodesantowej takie rozróżnienie ma duże znaczenie. Rozmawialiśmy dzień po tragicznym incydencie, tuż przed uroczystym pożegnaniem ciała Marciniaka. To, że poległy był z desantu, dało się dostrzec na płycie lądowiska, gdzie zebrali się niemal wszyscy jego koledzy, stacjonujący w Ghazni. Zamiast regulaminowych kapeluszy na większości głów widać było bordowe berety. Dowódca kontyngentu – sam pancerniak – pozwolił, choć z rozmów, którym się wcześniej przysłuchiwałem, wynikało, że wojsko i tak nie planowało innego scenariusza. Gdyby komuś przyszło do głowy egzekwować regulamin, uroczystość nabrałaby buntowniczego charakteru…

Podobała mi się ta czupurność spadochroniarzy. Wiem, że w dużej mierze wynikała ona z przekonania o własnej wyjątkowości – co momentami zakrawa na megalomanię – ale była też konsekwencją wielkiego poczucia solidarności.

– „Foka” był jednym z nas, pożegnamy go po swojemu – mówił mi jego były dowódca.

Jarosław Maćkowiak/fot. z archiwum blogu zAfganistanu.pl

 

– Wiesz, my wołaliśmy na niego „Maciek” – wyjaśniał mi kolega poległego 2 czerwca 2011 roku Jarosława Maćkowiaka. – Nie wiem, co mogę ci powiedzieć więcej. Coś mi się słowa dziś nie składają… – dodał. Nie naciskałem. Minęło ledwie kilka godzin od śmierci „Maćka”, czułem, że mój rozmówca bardzo to przeżywał.

Przeżywali również koledzy, którzy tego dnia byli z Maćkowiakiem do końca. Oto fragment listu, jaki dostałem od jednego z nich – wysłany do mnie, lecz faktycznie zaadresowany do poległego kumpla:

„Przyjacielu, rano przed patrolem zanuciłeś ‘W życiu piękne są tylko chwile…’ i chyba takim bym Cię chciał zapamiętać. Strzępy obrazów, strzały, krzyk, dym, ktoś płacze, śmigłowiec wzbija tony kurzu, który przykleja się do bladych twarzy… Nie szukam winnych, bo ich po prostu nie ma, nie szukam nawet zemsty, staram się sobie jakoś to wytłumaczyć, zrozumieć. Ja wiem, że śmierć jest wpisana w żołnierski fach, wiem, że to jest wojna, ale dlaczego akurat Ty? Dlaczego musieliśmy patrzeć, jak odchodzisz, dlaczego, po prostu, nie wejdziesz do pokoju i nie zapytasz ‘Co słychać’!? (…)”.

Poprosiłem autora tych słów, by zebrał wśród kolegów, z którymi Maćkowiak stacjonował w Giro, kilka wspomnień o nim. Nie spodziewałem się wielkich elaboratów i w istocie dostałem króciutkie, ale napakowane emocjami wyznania. Pozwolę sobie przytoczyć niektóre z nich:

„Maćko, byłeś bardzo dobrym żołnierzem i fajnym kolegą” – pisał Z.G. Beny.

„Maciuś, byłeś mym pierwszym i najlepszym dowódcą. Żegnaj, zawsze pozostaniesz w mojej pamięci” – dodał Kali.

„O takich jak Ty się nie zapomina” – zapewniał Pestek.

„Bez Ciebie to już nie ta sama misja…” – żalił się Szczepaniak.

„Chciałem Ci pomóc. Byłem za późno” – nie krył złości i smutku żołnierz podpisujący się jako Sosna-Chomik.

Dalej zaś zacytowano ulubioną kwestię „Maćka” z filmu „Helikopter w ogniu”:

„Jak wrócę do domu, ludzie będą mnie pytać: dlaczego to robisz? Wojna cię kręci? Nie powiem ani słowa. Dlaczego? Bo tego nie zrozumieją, nie zrozumieją, dlaczego to robimy, nie zrozumieją, że tu chodzi o kolegę – tylko to się liczy…”.

Pożegnanie Piotra Marciniaka/fot. Marcin Ogdowski

 

Tani sentymentalizm? Być może, ale właśnie takim emocjom ulegają wojskowi i są w ich przeżywaniu jak najbardziej autentyczni. Realne są też skutki takiego stanu rzeczy. Owa więź – mam wrażenie – ma znaczenie kluczowe zwłaszcza w przypadku „bojówek” – gdyby nie poczucie odpowiedzialności za kumpli, dowództwu kontyngentu trudno by było prowadzić jakąkolwiek działalność operacyjną.

„Jakiś czas temu jeden Rosiek został trafiony chińskim erpegiem, który przepalił pancerz i wszedł do środka. Efekt? Dwóch poważnie rannych, wśród nich, niestety, mój dobry przyjaciel (…). Rany lizał ponad miesiąc (…), ale wrócił do orki. Twardy gość” – czytam w liście od jednego z „misjonarzy”.

Znam kilka takich historii, jeśli mogłem, pytałem ich głównych bohaterów, po co wracali na linię. Odpowiedź zwykle kryła się w pytaniu, które brzmiało mniej więcej tak: „Kumple zapierdalają w Afganie, a ja mam się obijać w Polsce?”.

Mimo to zdarzają się przypadki świadomego ignorowania potrzeb wynikających z poczucia koleżeńskiej więzi. 9 października 2009 roku, tuż po śmierci Szymona Graczyka i Radosława Szyszkiewicza, dostałem maila od jednej z czytelniczek blogu – żony stacjonującego w Afganistanie żołnierza.

„Chłopcy w Warriorze się załamali – zginęło dwóch ich kolegów, a (…) oni nie mogą polecieć (do Ghazni – dop. MO) na ich pożegnanie, bo nikt im nie chce zorganizować transportu. (…) Oni tam nie bardzo mają co zrobić, sam pan wie, o co mi chodzi – nie wolno im marudzić itd. Ale czy nie dałoby się im jakoś pomóc, nacisnąć gdzieś, żeby dali im ten transport, pozwolili pożegnać kolegów? (…).”.

Wówczas poświęciłem sprawie wpis na blogu, licząc, że zainteresuje urzędników MON-u. W końcu nie chodziło o przerzucenie całej załogi Warriora, tylko o kilku najbliższych kumpli. Na próżno.

„Przykro (…), że żaden z dowódców będących tam na miejscu nie pozwolił saperom spełnić ich obowiązku w stosunku do zmarłych kolegów, nie pozwolił ostatni raz ich pożegnać…” – relacjonowała mi wspomniana czytelniczka.

Lecz dla pełnego obrazu należy też opowiedzieć historię, która wydarzyła się podczas rotacji VII zmiany do kraju. Do zdarzenia, opisanego przez jednego ze świadków, żołnierza z Samodzielnej Grupy Powietrzno-Szturmowej, doszło w Manas – bazie przerzutowej znajdującej się na terenie Kirgistanu.

„Byliśmy tam wszyscy szczęśliwi, że to, co każdy przeżył w ciągu VII zmiany – bez znaczenia, co robił – zostało daleko za nami. Po tym, jak 14 października 2010 roku zginął sierżant Adam Szada-Borzyszkowski, oficer łącznikowy z Manas zorganizował zbiórkę wszystkich żołnierzy wylotu. Poinformował o tragedii oraz o potrzebie zabezpieczenia ceremonii powitania ciała żołnierza w Manas. Poprosił o wystąpienie około dwudziestu ochotników do tej ceremonii, organizowanej bądź co bądź dla kolegi z tej samej zmiany. Jakież było zdziwienie i z drugiej strony zażenowanie tegoż oficera, moje i kilku innych żołnierzy, że na komendę „wystąp” wystąpiło nas kilkunastu, w większości z SGPSz! Niesprawiedliwością byłoby, gdybym nie wspominał o kilku żołnierzach bodajże z Tomaszowa czy Leźnicy (bojówka – wyj. MO), którzy też znaleźli się wśród ochotników. Już po zbiórce, w namiocie, gdzie spaliśmy, oficer z SGPSz powiedział głośno, że to wstyd, żeby koledzy, którzy zapewne jeździli razem na patrole z tragicznie zmarłym, nie podjęli się tego zadania, choć było nas wszystkich około dwustu… Niestety, posypały się anonimowe teksty z wnętrza namiotu, że SGPSz to nieroby i łowcy minimaksów (dodatków, o których więcej w rozdziale „U jak uposażenie” – dop. MO)! (…) Tak się złożyło, że samolot z ciałem zmarłego poleciał do Polski bez lądowania w Manas, jednak niesmak pozostał do dziś, nie tylko w moich ustach…”.

Czyżby koleżeństwo ograniczało się jedynie do strefy wojny, a później górę brało „polskie piekiełko”? Na szczęście ów kategoryczny osąd wcale nie musi być prawdziwy. Pod koniec grudnia 2009 roku, spośród osiemnastu najciężej rannych podczas V zmiany, jeden wojskowy nadal pozostawał w amerykańskim centrum medycznym w Ramstein. Zdaniem lekarzy, nie nadawał się jeszcze do transportu do Polski. A ponieważ zbliżały się święta, do spadochroniarza przyjechała żona z córką w towarzystwie trzech żołnierzy z jednostki. Ci ostatni – w przeciwieństwie do rodziny, która planowała zostać do Nowego Roku – wpadli tylko na kilka godzin. Ale to wystarczyło, by pokazać, że kumple o swoim pamiętają. I trzymają za niego kciuki.

Mniej więcej w tym samym czasie okazało się, że jeden z poległych podczas V zmiany żołnierzy miał kredyt. Bank, rzecz jasna, upomniał się o pieniądze. Sprawa niby oczywista – rodzina, otrzymawszy odszkodowanie, miałaby z czego spłacić należności. Ale koledzy zabitego potraktowali rzecz honorowo – każdy z nich wyłożył po kilkaset złotych i dług spłacono bez zawracania głowy najbliższym. Ot, koleżeńska solidarność do końca.

-----

Nz. Patrol na ulicach Ghazn/fot. Marcin Ogdowski

Afganistan "zAfganistanu.pl" Ghazni ISAF koleżeństwo

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...