"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

15 września 2025 (poniedziałek)


 

Jeżeli być w drodze to wyłącznie metaforycznie. O takiej drodze opowiadam, ponieważ każda inna zbyt wiele mnie kosztuje. Zmiana otoczenia nie służy mi biorąc pod uwagę to, co pracuje w mojej głowie, a przecież żyjemy w czasie, w którym nie możemy opędzić się od diagnoz. Wiele na ten temat dostępnej literatury, która w zależności od punktu widzenia może wzniecać gniew lub irytację, może też działać kojąco na tych, którzy przyglądają się zagadnieniu. 

Łukasz Lamża w swojej książce zatytułowanej “Trudno powiedzieć. Co nauka mówi o rasie, chorobie, inteligencji i płci” w łagodny sposób, ostrożnie i z wyczuciem stara się z tym jednak rozprawić wskazując na falowy proces medykalizacji, którą definiuje jako wszystkie te procesy, podczas których w reakcji na pojawiający się problem odpowiadamy: “Tym powinien zająć się lekarz”. Jednocześnie pamiętając, że jeszcze jakiś czas temu nie byłby to problem dla absolwenta uczelni medycznej z określoną specjalizacją. Innymi słowy z medykalizacją mamy do czynienia wszędzie tam, gdzie zwykłe procesy i niedogodności życiowe klasyfikowane są jako problemy medyczne. Podobnie rzecz ma się w przypadku problemów osobistych czy społecznych oraz przedstawiania łagodnych objawów jako zwiastunów poważnych chorób (premedykalizacja). 

Lamża pisze również, wiele ryzykując, o glamoryzacji zaburzeń lękowych, depresji czy zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, które stają się dla części osób po prostu sposobem wyróżnienia się z tłumu i zwrócenia na siebie uwagi (sic!). Naturalnie brzmi to wyjątkowo okrutnie jeśli chcemy żeby tak wybrzmiało. Wystarczy jednak dać tej myśli odrobinę poodychać, przespać się z nią czy przespacerować, żeby dostrzec w niej nie tyle arogancką sugestię, co dość przenikliwe spostrzeżenie, bo przecież nikt nie chce powiedzieć, że to źle - być diagnozowanym, nic w tym złego jeśli stara się człowiek uporządkować dręczące objawy, zinterpretować je, a tym samym dotrzeć do siebie, być ze sobą w kontakcie lub po prostu móc pomóc sobie i swojemu otoczeniu. Tyle tylko, że to jest również wdzięczna figura, z którą może nam być odpowiednio do twarzy. Choroba jest przecież nie tylko udręką i dolegliwością. Może być również formą usprawiedliwienia lub fotogenicznym, choć kosztownym elementem naszego - nazwijmy to - mentalnego ubioru. Być może nie działa to w ten sposób wszędzie. Z całą pewnością może jednak funkcjonować w tym kontekście na przykład w środowisku twórców i artystów o czym sam przecież wiem doskonale będąc blisko tej części społecznej tkanki. Wreszcie w chorobie można się konsekwentnie i skutecznie ukrywać przez większość życia jak miało to w zwyczaju moja babka, żona lekarza internisty, o czym była już tutaj mowa. Chorowała pięknie, malowniczo i wdzięcznie angażując w swoje chorowanie całą siebie oraz wszystkich wokół. Naturalnie przeżyła męża o lat niemal dziesięć, co w zasadzie w podobnych wypadkach jest  okolicznością, która nie powinna dziwić. 

Z drugiej strony, czy to źle, że poświęcamy sobie samym uwagę należąc do pokolenia, o którym zwykło się mówić, że terapeutyzuje się za swoich rodziców? Co w tym złego, że staramy się rozprawić systemowo z rodzinną kulą u nogi, z garbem traumatyzujących doświadczeń, przepracować to czego nie potrafimy zrozumieć sami w sobie, co przecież nie spadło na nas z nieba, co było od zawsze bądź zaczęło uwierać jak kamień, który dostał się do buta? Jest w tym przecież jakaś dojrzałość postawy, może nawet życiowa mądrość, przed którą w tekście własnej piosenki chciała być ocalona Agnieszka Osiecka, wszyscy jednak wiemy jak kończą się biografie tych, którzy uciekają od banału. Życie to jest zmasowany atak powszedniości, to uśrednienie, statystyka, środek skali. Odstępstwo od normy, którą niestety wciąż stanowił będzie ogół, może mieć i ma - wysoką cenę. 

Co zatem jeśli normą staje się nietypowość? Co jeśli w dobrym tonie jest lub będzie udręka bolesnej terapii lub przygoda z tak chętnie stosowaną farmakologią. Ile jestem w stanie oddać z tego, co może mnie spotkać (z pełni życia) tylko po to, żeby poczuć ulgę? Czego nie chcę doświadczać i dlaczego? Gdzie jest granica pomiędzy “naprawić”, a “uciec”?

Czy zatem zmasowana ucieczka od cierpienia rozumianego wyjątkowo szeroko, jako wszystko to, co powoduje u mnie dyskomfort, to wciąż życie przeżywane w pełni jego wymiaru? 

Koncepcja “bycia szczęśliwym” i dążenie do szczęścia za wszelką cenę jest stosunkowo nowym pomysłem w historii ludzkości. Szczęście jako kryterium udanego życia jest produktem koncepcji dwudziestowiecznych znajdując ujście we wszystkim tym czym jest wieńczący to zjawisko przemysł, który ma owo szczęście produkować - wellness - wraz z którym przychodzi do nas ów szczególny rodzaj “nowej religijności”, w której język z poziomu dyskursu moralnego przesuwa się w kierunku pop-psychologii, a komfort oraz indywidualna korzyść stają się centrum doszczętnie sprywatyzowanego wszechświata. To nie jest myśl, która uderza w sens pomocy psychologicznej. To jest obawa o to, co dzisiaj taką pomoc w sensie ścisłym oznacza i jak wielu korzysta z tego, że nie do końca potrafimy oddzielić ziarno od plew. Jung, którym już przecież się nie zachłystujemy mówił, że celem prawdziwej psychoterapii powinno być wytrącenie człowieka z poczucia samozadowolenia i wywołanie w nim poczucia wewnętrznej niespójności. Wellness opowie nam zupełnie inną historię o nas samych. Od czego zatem zdolny jestem odwrócić się definitywnie jeśli uwierzę w to, że szczęście stanowi kryterium udanego życia? Czuję przez skórę głęboką fałszywość takiej tezy. Czuję również, że stroi ona i brzmi czysto w kontekście naszej kultury, w której dążenie do autentyczności, wewnętrznej spójności i obnażenia stawia nas w centrum uwagi. Mam natomiast poważne wątpliwości, czy rzeczywiście jesteśmy najważniejsi i czy powinniśmy się za takich uważać wobec samych siebie, czy wobec innych? Naiwna wątpliwość, ale skoro się pojawia, to prawdopodobnie metaforyczna podróż, o której wspomniałem nabiera tempa, a krajobraz zmienia się szybciej niż dotychczas. Nie przeszkadza temu okoliczność, że poruszam się w przestrzeni niewielkiego w gruncie rzeczy terrarium, w zamkniętej przestrzeni miasta, kilku jego dzielnic. 

Oczywiście nie sposób zostawić te współcześnie obrazoburcze koncepcje i wątpliwości bez wejścia w obszar myślenia w kategoriach innych od laickiego światopoglądu. Siłą rzeczy - zakładając, że nie jednostka, czyli jednak jakieś “ja” jest tutaj najbardziej istotne, wcześniej czy później pojawi się pytanie o to, co  stanowi cel, do którego zmierza wszelkie istnienie. Warto dodać, że jest to coś więcej niż dość sprane i narracyjnie zużyte pytanie o “sens życia”. Jesteśmy już na wyciągnięcie ręki od myślenia w kategoriach bliżej niekreślonej - ale jednak - religijności i wbrew temu, co się wydaje będziemy potrzebowali w tym namyśle jakiejś koncepcji boga, a jeśli nie boga - rozumianego jako osoba - to  bezsprzecznie będziemy szukali siły sprawczej w czymś, co znajduje się ponad tym czym jest przypadek, inteligentny gen, czy inne pojęcia z kręgów bliskich temu czym był lub jest tak zwany “nowy ateizm”. Tutaj jestem. Tam byłem. A liczby mnogiej używam jedynie jako figury retorycznej, bo przecież to jest dziennik, to ja mówię z jego wnętrza, a mówię przede wszystkim do siebie, bo mnie samego niepokoi to, co we mnie ożywa i domaga się ciszy, w której mógłbym ułożyć to w jakiś system, “dojść do wniosku” lub przynajmniej otworzyć się na dyskusję, którą - muszę to przyznać uczciwie - monolog nieco jednak ogranicza. 

Więc książki. 

W recenzji, którą piszę z “Powrotu fatum” Tomasza Stawiszyńskiego notuję kilka dręczących mnie pytań, które korespondują z tym, z czym Stawiszyński mierzy się w swojej narracji: Czy jesteśmy zdani sami na siebie, czy możemy liczyć na istnienie osobowych form sił za sprawą których nasze życie i los mogą wybrzmieć na poziomie jakiegoś sensu? Czy potrafimy siebie wzajemnie rozumieć znajdując się często na wrogich sobie światopoglądowo pozycjach? Racjonalizm, religia i ezoteryka odpowiedzialne za nasz “bazowy obraz świata” mogą - ale nieczęsto jednak uczestniczą w dialogu, który mógłby nam służyć. I znowu Jung - tym razem powołuje się na niego Stawiszyński pisząc, że tenże twierdził, że “w zasadzie większość powikłań psychicznych - ale też społecznych - jakie trapią współczesnych ludzi, ma naturę kulturowo-religijną, bierze się z braku poczucia wyższego sensu i celu.” Więc podobnie jak Stawiszyński, z którym mam wrażenie w jakiś sposób koresponduje to, co teraz jest we mnie, zastanawiam się, co z pustym miejscem po chrześcijaństwie, którego wpływ na porządkowanie nam wyobraźni słabnie. Wbrew temu bowiem, co miało nastąpić - zauważa Stawiszyński - to miejsce “nie zostało wcale zaanektowane przez rozum, lecz przez myślenie magiczne, astrologię, wróżbiarstwo oraz polityczne i tożsamościowe fundamentalizmy”. Więc duchowa pustka, która najwyraźniej nam doskwiera zostaje wypełniona zdaniem Stawiszyńskiego - nie przez racjonalność, tylko irracjonalność w sensie ścisłym. Czarne koty przebiegające nam drogę znów zajmując istotne miejsce w przestrzeni, w której doskonale mają się nasze lęki i przeczucia. Jedne i drugie podsycane przez myślenie magiczne, od którego przynajmniej teoretycznie miał nas uwolnić świat wylany na solidnym chrześcijańskim fundamencie. Dla jasności - nie o Kościele mowa, chociaż uczciwie przyznać należy, że przecież współcześnie nie można go już od chrześcijaństwa oderwać - z całą pewnością nie można go oderwać od rytu rzymskiego. Tak czy owak z inną emocją przyglądam się dzisiaj tym, którzy każdej niedzieli w bardziej lub mniej odświętnym ubiorze zmierzają w kierunku katolickich świątyń, bo przecież istnieje komunikacja bez wspólnoty, ale istnieje również wspólnota bez komunikacji, której miejsce skutecznie zastępuje rytuał, a przecież to właśnie on jest sensem oraz dość często istotą niedzielnej wycieczki do kościoła. Kiedyś rytualizm był dla mnie zarzutem, ponieważ w moim myśleniu zastępowałem go słowem - “powierzchowność”. Dziś wydaje mi się, że jeśli nawet rzeczywiście brak w tym jakiejś głębi czy namysłu - to co z tego, skoro to wbrew wszystkiemu trwa, a inne sypie się, rotuje, kruszy, murszeje, rozpada. 

 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...