"Stado. Dziennik"
16 września 2025 (wtorek)
Poranny niepokój spowodowany dręczącą serią nocnych majaków - snów, które być może są projekcją głęboko ukrytych lęków i paranoi - z drugiej strony jeśli człowiek od dziecka słyszy od własnej matki, że coś jej się “wyśniło”, coś jej się “przeczuło” i że to już nie pierwszy raz, kiedy sen podpowiada jej to, co z całą pewnością wkrótce się wydarzy, to później nawet w okolicach pięćdziesiątki uruchamia się w nim ten rodzaj myślenia, który zwykle nazywa się “magicznym”.
Warto się zastanowić, co wspólnego w swojej istocie ma ten proces z procesem myślenia w ogóle, bo przecież tunelowość lęków, splątanie natrętnych obrazów, które projektuje wyobraźnia oraz irracjonalność wniosków są dokładnie tym, co “myśleniu” przeczy.
To wszystko jest “przeczuciem”, “wrażeniem” i bliżej temu do intensywnie odczuwanych obaw niż do racjonalnych wniosków, na które wychodzi się w oparciu o fakty.
Więc budzę się w zupełnej ciemności. W tej za oknem i tej wewnątrz mnie. W ciemności, która od czasu do czasu wraca do mnie jak dobra znajoma. Nie przeganiam jej, nie odwracam się już od niej jak kiedyś. Jestem z nią tak długo, dopóki nie odejdzie, a zwykle odchodzi. Zdarza się, że zostaje na dłużej, a wtedy czas spowalnia, minuty i godziny trwają w nieskończoność, w klatce piersiowej rośnie kolczasty ciężar, który uciska na żołądek i serce, oddech przyspiesza i staje się płytki. Czy nie od tego myślenia, tej “magii” miało nas uwolnić chrześcijaństwo, z którego w gruncie rzeczy wbrew lub przy okazji deklaracji światopoglądowych, większość z nas tutaj - jest “zrobiona”. Tymczasem nie dość mocny jest ten fundament, skoro odzywa się w człowieku irracjonalność pustki, która zostaje w nas po tym, co w założeniu wypełnić miało właśnie ono.
Jest coś aroganckiego w stwierdzeniu: “Jak trwoga to do Boga”, które powtarzały wszystkie kobiety w mojej rodzinie począwszy od babki skończywszy na mojej matce. Z drugiej strony czy w tej arogancji nie ma prawdy o nas, która sprowadza się do tego, że z wielkim trudem godzimy się, a następnie radzimy sobie ze świadomością, że jesteśmy po prostu całkiem sami. Nie tyle nawet porzuceni. Po prostu - sami w pustce, którą można wypełnić dowolną treścią, która nigdy nie okaże się trwałym i bezpiecznym schronieniem, zawsze natomiast sprowadzi na nas zwierzęcy w swojej istocie lęk, że oto niczego nie uda się ocalić, wszystko przepadnie, zniknie, nic nie zostanie.
W zależności od tego, kim jesteśmy, przyczyną takiego stanu rzeczy może być realne i namacalne zagrożenie lub projekcja, trauma, paranoja, urojenie lub - no właśnie - nie bójmy się tego słowa - sen.
Ale przecież dzień budzi się do życia, nie tylko człowiek otwiera oczy o poranku. Świat się staje na nowo z całym rekwizytorium, z istnieniem tego, co żyje i tego co martwe, co ów świat zagraca. Przedmioty czekają żeby ich użyć, pojazdy żeby je poruszyć, sieć czeka, żeby popłynął nią prąd i dane, a pokarmy, których szczęśliwie wciąż jeszcze nam nie brakuje czekają, żeby wypełnić sobą nasze żołądki, które jak dotąd nie poznały głodu.
Są jeszcze drzewa, którym przyglądam się zawsze z zachwytem, bo mam słabość do ich szumiących koron, do pni, które mocno trzymają je przy ziemi zanurzając korzenie w gęstej głębi. Jeśli istnieje jakaś metafora życia, które trwa, które potrafi być niemym, ale jednak świadkiem - jest nią drzewo. Bo przecież te same kasztany w miejscu, w którym mieszkam widziały mnie wtedy, kiedy jako kilkuletni chłopiec buszowałem w wysokiej trawie na szkolnym boisku podczas wakacji spędzanych u wiecznie chorującej babki i dziadka - lekarza internisty. Te same stare lipy były świadkiem moich powrotów ze szkoły, co więcej - przyglądały się powrotom ze szkoły mojego martwego już ojca, a dąb rosnący w miejskim parku być może, pamięta mojego dziadka internistę, który na przedwojniu spacerował tam w towarzystwie kolegów z gimnazjum męskiego im. Romualda Traugutta zanim aresztowali go Niemcy i wysłali do obozu, który jak twierdzi przeżył wyłącznie za sprawą wstawiennictwa Matki Boskiej Częstochowskiej, którą ja również mam pod ręką na świętym obrazie wiszącym od stuleci w Klasztorze Jasnogórskim.
Ale ja z tego wstawiennictwa od lat nie korzystam, nie liczę na nie, nie upominam się o siebie i bliskich jak całe rzesze ludzi, którzy wypełniają nieustannie kaplicę i bazylikę, stojąc, klęcząc lub leżąc krzyżem na wiekowej posadzce. A przecież przez lata modliłem się gorliwie w okresie intensywnej i szczerej konwersji. Modliłem się w licznych intencjach obracając różaniec, który ktoś - nie pamiętam już kto - przywiózł mi z “Ziemi Świętej” jak krzyżowiec. Modliłem się chodząc i biegając. Mantryczność tej modlitwy potrafiła zbijać lęki samym faktem powtórzeń, zapętleń, słów wypowiadanych w zasadzie mechanicznie, bo przecież podczas modlitwy myśli uciekają w kierunku potencjalnych oraz rzeczywistych intencji. Co ciekawe to działa. Na system nerwowy oczywiście, bo trudno ocenić mi mój ówczesny potencjał modlitewny, chociaż cud jest również kwestią tego jak chcemy interpretować to, co się wydarza. Czy się zdarzył? Nie wiem. Czy moje modlitwy zostały wysłuchane? Trudno powiedzieć, bo przecież w kwestii wiary nie ma obiektywnej instancji, która orzekłaby o jej skuteczności. Wszystko jest w nas - rzec można - a jeśli człowiek jest sam dla siebie ostatnią instancją, to niczego nie może być pewien. Pozostaje wierzyć.
Więc wierzą, a ja się im przyglądam. W ostatnim czasie przyglądam się nieco bardziej życzliwie i uważnie. Ja tutaj przychodzą z całej Polski pieszo lub wiozą ich autokary. Jak ich później Paulini nie chcą już od siebie wypuścić wypełniając im czas i spełniając ich potrzeby w oparciu o kompleksową infrastrukturę, domy pielgrzyma, jadłodajnie, umywalnie, aż po duchowe potrzeby, które z kolei z nawiązką zapewnia im klasztor w sensie ścisłym.
Są tutaj niemal nieustannie. Intensywniej są latem i wczesną jesienią z uwagi na katolickie święta związane z kultem maryjnym. Trwają - niezależnie od tego, co mówi się o Kościele, o księżach, o przestępstwach i przemocy seksualnej, w którą są uwikłani tego Kościoła funkcjonariusze. Trwają niezależnie od tego, czy ten Kościół pomaga te przestępstwa ukrywać i udziela pomocy ich sprawcom. Zdałoby się bezrefleksyjnie. Na wyparciu. W zaprzeczeniu. Być może w gniewie, że ktoś im chce to odebrać dając im o tych przestępstwach wiedzę, konfrontując ich z przerażającymi faktami. Nie potrafiłem długo zrozumieć dlaczego tak się dzieje, że to nie odciska piętna, nie ma znaczenia, jest ignorowane. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego się od tego nie odwrócą, nie wyjdą, żeby już tutaj nie być - tutaj czyli w Kościele - żeby powiedzieć do tych, którzy ich nauczają: “Sprawdzam! Teraz wasza kolej, najpierw rozliczcie się z tych brudów, a później zobaczymy, co da się z tym wszystkim zrobić. Czy znajdzie się w nas jeszcze ufność i wola, żeby przy was zostać.”
Tymczasem to okazuje się nie mieć znaczenia, bo przecież nie tego szukają. To po co przychodzą jest gdzieś indziej. Liczy się bowiem to co trwa mimo wszystko i wbrew wszystkiemu, coś co wynika z ciągłości, co nie zużywa się tak jak zużywa się wszystko to, co proponuje nam współczesność - począwszy od przedmiotów, do wymiennych - jak baterie - wartości. W myśleniu religijnym, na wszystkich właściwych mu poziomach moralnych liczyć się będzie trwałość, a trwałość zapisana jest w rytuale - jest w nim odlana jak w spiżu - na wieki - jeśli nie na zawsze. Paradoksalnie piękny pozór (rytuał) tworzył przez wieki “piękną duszę” - jak pisze Byung Chul Han. Stwarzał rzeczywistość, która domaga się celebry, domaga się czegoś, co jest wyższe niż powszedniość sporu. Czy jeśli wiesz, że klub fitness, do którego chodzisz, w którym lubisz przebywać i z którego dobrodziejstw korzystasz prowadzony jest przez przestępczą organizację trudniącą się wymuszeniami i handlem nielegalnymi substancjami - to coś zmienia? Być może. Może zmienisz klub fitness. Może już tam nie wrócisz. Ale twój wybór klubu fitness niewiele ma wspólnego z tym, co wiąże się ściśle z czymś, co trwa w tobie od stuleci zapisane w kodzie DNA, z czym rodzisz się bez świadomości, że nosisz to w sobie i wcześniej czy później zaczniesz po to sięgać. Są tacy, których to ominie i tacy, którzy się od tego odwrócą jednak całe ludzkie masy - zostaną, ponieważ rytuał jest komunikatem, rytuał mówi - trwamy. Mówi - jesteśmy bezpieczni. Rytuał powiada - świat może pozostać takim jakim był wtedy, kiedy rzeczy posiadały należną im miarę, kiedy panował określony porządek, który nam służył. I doprawdy drugorzędne znaczenie miało będzie dla trwania przy rytuale to, jaki to był porządek, jaki to był świat i czy ten, który chce zająć jego miejsce jest lepszy, o wiele bardziej inkluzywny, otwarty, rozumiejący, a nawet cierpliwy dla tych, którzy potrafią to odtrącić, żeby pozostać przy tym, co było. Rytuał to trwanie w powtórzeniach. W bezpiecznym i znajomym rytmie. Współczesność natomiast jawi się jako reżim “nowych bodźców”, reżim nieustannej zmiany, którą każe nam się akceptować, uczy nas się, że szczęście to jest właśnie ta - żadna inna - umiejętność. Co w gruncie rzeczy jak zauważa Han i tak sprowadza się do tego, że to co wydaje się “nowe” jest tylko “wariacją tego samego”.
Nie bez powodu w tej narracji nie pojawiał się jak dotąd bóg lub Bóg - jeśli ktoś woli. Bo chociaż zabrzmi to głupio - nie o niego, nie o boga (Boga) w tym chodzi. Śmiem twierdzić, że jest on tutaj figurą drugorzędną - jak u Ciorana, który pisał, że taką właśnie figurą byłby sam Bóg bez Bacha.
Drugorzędność boga (Boga) w tym wypadku nie jest nawet szczególnie bogu (Bogu) uwłaczająca, bo skoro oni tutaj są, skoro wciąż trwają złączeni ze sobą mocą rytuału, to przecież ten rytuał jest z bogiem (Bogiem) nierozerwalnie związany - bierze się z boga (Boga) i przez boga (Boga) się tu zjawia. Oczywiście wyłącznie w tym wypadku. Ten model będzie działał podobnie wszędzie tam, gdzie rytuał po prostu się objawi. To on jest tutaj obsadzony w głównej roli. On spełnia funkcję spoiwa dla wspólnoty. Wspólnoty, która za jego pośrednictwem milcząco się komunikuje, która mówi sobie więcej przez fakt uczestnictwa w rytuale niż wszystkie te społeczności, które pogrążają się w jazgocie komunikacji opartej na informacji, języku, który wypowiada lub zapisuje słowa. Do tych Drugich przecież sam siebie przez lata zaliczałem. Do tych, którzy zdawali się więcej rozumieć, więcej widzieć, więcej wiedzieć, posługiwali się ostrożnym uładzonym językiem, mówili o szacunku, o wspomnianej już inkluzywności, równości, o prawach człowieka, demokracji, trójpodziale władzy, liberalizmie gospodarczym lub socjaldemokracji, o prawach dla mniejszości, o wolności. Wszyscy ci, którzy teraz pod wpływem głębokiej polaryzacji dają upust temu, co zawsze musi znaleźć ujście - gniew, a w jego konsekwencji podział. Wspólnota, która komunikuje się w ten sposób, wspólnota bez rytuału rozprasza się i gubi, przeobraża lub po prostu przestaje istnieć. Jest nietrwała. Ponieważ wartości, na których opiera swoje istnienie pozbawione są uniwersalnej siły pochodzącej z “zewnątrz” - niech tym, co to przynosi będzie bóg (Bóg), niech tym będzie religia lub religie. Niech tym wreszcie stanie się trwałość rytuału osadzonego na czymś, co nie zakłada, że jednostka - ja - pozostaje zawsze najważniejsze. Trudno nam się od tego odwrócić, bo zawsze pachnie to przecież przemocą i opresją. Tymczasem posiłkując się już tradycyjnie Hanem można powiedzieć, że “bierzemy udział w nabożeństwie JA, w którym każdy jest kapłanem samego siebie”. Rytuał wymaga dystansu. Porzuca JA - nie psychologizuje, nie subiektywizuje jego uczestników, wymyka się “narcysytycznej wsobności” (Han). Zresztą, kwestię znaczenia rytuałów rozumiały również przeszłe i współczesne totalitaryzmy usiłując je tworzyć i wdrażać. Z marnym skutkiem, ponieważ być może rytuał wewnętrznie potrzebuje czegoś w rodzaju tajemnicy, na którą odpowiedzią przesądzającą o jego trwałości jest - lub może być - coś, co jest jednak w większym stopniu transcendentne niż kiepska mitologia nazizmu czy jej podobne, neopogańskie narracje.
Pracuje to we mnie. Z tym chodzę. Wbrew sobie samemu mierzę się z tym, bo przecież to jest jawne i radykalne wyjście ze strefy komfortu. Z bezpiecznej ramy własnej tożsamości, którą przecież definiowałem o wartości z kręgów laickich, jeśli nie wprost ze światopoglądu ateistycznego, a tymczasem zaczyna człowiek dostrzegać słabość tej postawy. Słabość rozumianą oczywiście jako jej nietrwałość w kontekście tworzonych na jej bazie wspólnot. Jeśli oczywiście pojawia się tęsknota za wspólnotą. W moim przypadku nie pojawia się wcale, co nie oznacza, że nie można przenieść tego na poziom teoretycznych rozważań skoro człowiek od tysiącleci żyje we wspólnotach, a w pojedynkę raczej przepada bez śladu lub po prostu ginie. Dziś naturalnie w mniej spektakularny sposób niż kiedyś. Pozbawiony stada nie zostanę pożarty przez niedźwiedzia, ale pożre mnie przeźroczystość, pożre mnie wybrane z własnej woli odosobnienie, zabije mnie dowiedziony naukowo zgubny skutek braku kontaktu z ludźmi, bo dowiedziono ponad wszelką wątpliwość, że ludzie żyjący samotnie umierają wcześniej niż ci, których otaczają inni ludzie.
Tak czy owak, obudził mnie dzisiaj zły sen, o którym chciałbym zapomnieć.
Trwa ładowanie...