"Stado. Dziennik"
17 września 2025 (środa)
“Trzeba przerastać swój niepokój, aby móc go utrwalić w kształcie trwalszym niż bełkot lub krzyk” - notuje Jerzy Andrzejewski w swoim dzienniku, do którego w ostatnich dniach wracam wieczorami. “Przerastać swój niepokój” - to wyzwanie dla tego, który prowadzi ten dziennik, bo przecież to zadanie niełatwe jeśli niepokój jest częścią choroby, którą się w sobie nosi. Tak jakby człowiek miał sam siebie przeskoczyć lub obejść - być ponad tym, co nim potrafi zarządzać, co mu dyktuje warunki.
Wczoraj przez większość dnia nie potrafię poradzić sobie z nastrojem, w który wprowadził mnie sen. Niby drobiazg. Nocn mara. Zdałoby się nic takiego w dziennym świetle.
Co ciekawe z rozmowy z Radkiem wynika, że śniliśmy rzeczy podobne i jak powiada Radek, on również obudził się z poczuciem wielkiej ulgi. Mnie ta ulga została oszczędzona, bo został we mnie ów nastrój i splątanie. A teraz ten niepokój należy utrwalić, zostawić go w tym dzienniku niech się tutaj posieje i wzrasta lub niech więdnie w jałowej bieli jego stronic.
"Najgorszy lęk jest ten, którego nie możemy nazwać." - pisał Truman Capote w swojej powieści z "Z zimną krwią". Swój lęk uczyłem się nazywać przez lata. Szukałem dla niego imion nie znajdując. Jest w obecności lęku, w dawaniu mu w sobie przestrzeni, rodzaj rozwiązłości, o której mówi Sattembrini, bohater “Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna. Zdaniem Sattembriniego rozpad i choroba są formą rozwiązłości dlatego, że śmierć w nie wpisana, śmierć unosząca się nad nimi jak prognoza lub przynajmniej zła wróżba - chroni przed każdym sądem moralnym. Wobec śmierci - zdaniem tego gruźlika - jesteśmy zupełnie wolni od wszelkich norm. To oczywiście tylko parafraza, ale ponowna lektura tej powieści zostawiła we mnie wiele więcej niż pierwszy z nią kontakt, dwie dekady temu. Wtedy - mając lat niewiele ponad dwadzieścia - żyłem jak większość dwudziestokilkulatków w przekonaniu, że nigdy nie umrę. Wiek średni nazywany tu i ówdzie, wiekiem popiołów, przychodzi z ofertą dość szlachetnej wiedzy. Zjawia się bowiem w człowieku świadomość własnej, nieuchronnej, wpisanej w naszą naturę - śmiertelności. I nawet jeśli mu śmierć nie zagląda w oczy, to i tak czuje ją w sobie, bo przecież potrafi liczyć, a metryka nie kłamie i bezwzględnie domaga się uznania. Każdy lęk - ostatecznie - ma w sobie jakąś “śmierć”. Obawiamy się przecież końca wielu spraw. Wciąż wisi nad nami jakiś “koniec”.
A zatem jest w lęku podobna rozwiązłość postawy wobec życia, bo lęk nas niejako wyrzuca poza nawias. W lęku po wielokroć “trochę umieramy”. Lęk tylko - nic innego - ma dla nas w lęku znaczenie, wszystko inne schodzi na plan dalszy, tak jak na plan dalszy schodzą codzienne sprawy, kiedy toczy się wojna lub klęska żywiołowa zrywa dachy i drzewa rwie jak zapałki. Lęk odczuwany w ciele skurczem mięśni i mrowieniem kończyn. Lęk, który wiruje w żołądku kulą gruzu. Stan nadzwyczajny, który wytrąca z obowiązków, w którym sami siebie zwalniamy od reguł - stajemy poza normą. Czy nie ma w tym jakiejś rozwiązłości? Czy Sattembrini nie zgodziłby się z taką tezą, gdyby tę jego śmierć zamienić ukradkiem na lęk, który przecież w większość przypadków ze śmiercią jest jednak związany? Rozwiązłość lęku.
Kłopot w tym, że ów stan nadzwyczajny potrafi być i bywa częścią codzienności. A przecież nadzwyczajna codzienność to niemal oksymoron, więc nie da się bronić tezy o szczególnych warunkach funkcjonowania w lęku, w lękach, w dręczącej uogólnionej obawie.
To nie jest tekst, który posługuje się pojęciami w znaczeniu medycznym. To zapis jednostkowego doświadczenia i mimo użytej liczby mnogiej zwalniam się z odpowiedzialności za znajdujące się tutaj uogólnienia, więc śmiało mogę napisać, że w moim lęku rozwiązłość jest formą rekompensaty za odczuwany, głęboki oraz dręczący dyskomfort. Rozwiązłość rozumiana szerzej niż erotyczna brawura lub rozpusta. Wiek średni nie jest już tak łaskawy w tym względzie dla swoich “użytkowników”, co więcej - sami użytkownicy potrafią już należycie ocenić wartość erotycznych doświadczeń wobec wszystkich innych stanowiących dla nich uczciwą konkurencję. Paradoksalnie zdarza się tak, że często erotyka zostaje pokonana przez inny rodzaj doznań - oto myśl, która może spowodować wstrząs u dwudziestolatka, dziś jest przeze mnie notowana ze spokojem, a nawet poczuciem ulgi. Być bowiem wolnym od pożądania, w większym niż mniejszym stopniu, to jest zawsze przestrzeń dla interesujących wniosków.
Tymczasem wracam do lęku - naszej szorstkiej przyjaźni, która trwa przez dekady słabnąc i nabierając mocy - jak każda długoletnia relacja z kimś Drugim. Relacja w swojej istocie toksyczna, bo przecież wciąż w jej ramach toczy się walka o kontrolę. Kontrolę lęku nade mną, moją kontrolę nad lękiem. Toksyczna ponieważ nie ma lęku beze mnie i nie ma mnie bez lęku. Tak jak nie ma beze mnie choroby, którą w gruncie rzeczy jestem jeśli ufać diagnozom, korzystać z ich dobrodziejstw. Lęk nie jest w tym znaczeniu czymś, co przychodzi z zewnątrz. Nie jest mój. Jest mną mną i nikt poza mną samym nie ma z tym nic wspólnego. Ta myśl działa kojąco ponieważ, koniec końców, bać się samego siebie jest wygodniej niż bać się kogoś, kto od nas samych jest dla nas bardziej obcy.
Wiele uwagi poświęcono w literaturze lękom i niepokojom. Milan Kundera w “Nieznośnej lekkości bytu” pisze: "Niepokój to taka zła opieka ducha nad ciałem. Victor Hugo w “Nędznikach” czyni natomiast następującą uwagę: "Niepokój jest jak cień, który rzuca przeszłość na przyszłość." Alberta Camus w “Obcym” powiada :"Wszystko wokół nas może być spokojne, ale wewnętrzny niepokój jest jak burza w sercu." A Virginia Woolf, w cytacie, który kiedyś zanotowałem nie wskazując niestety jego źródła, zauważa: "Niepokój jest jak cień, który zawsze nas pogrąża, nawet gdy jesteśmy w najjaśniejszym świetle." Wszystko to prawda, która nie wymaga komentarza. Przeczuwa się ją. Nie potrzeba zatem żadnej wiedzy. Wystarczy uznać jej słuszność. Lęk to jest ciemna demokracja. Czyni nas w pewnym sensie równymi sobie. Cóż z tego, że potrafisz o nim pięknie opowiadać? Czy zmienia to udrękę w spokój, czy przynosi ulgę? Chciałbym odpowiedzieć, że tak. Chciałbym potrafić o tym opowiedzieć.
Tyle, że w lęku bywamy również śmieszni i pokraczni. Niezgrabnie potykamy się o własne nogi. Lęk nam zdejmuje maski. W lęku nie stroi człowiek min, nie wdzięczy się sam do siebie, nie wdzięczy się do innych - jest jak dziecko, które wszystkiego doświadcza po raz pierwszy. Z tą różnicą, że nigdy w tym lęku nie dojrzewa, nie krzepnie, nie idzie przed siebie tak, jak się zmierza do celu - jeśli nie jest nim sam w sobie - brak lęku.
Dla tej ulgi jesteśmy skłonni zrobić wiele. Szukanie ulgi jest przecież pierwszym krokiem w procesie uzależnienia. Ulga za wszelką cenę. Tutaj. Teraz. Natychmiast. Więc pije się, albo bierze, co człowiek ma pod ręką. Gorzej jeśli się po to już sięgać nie może i nie chce, bo wtedy zostaje się wobec lęku nagą tkanką - chłonną i często posłuszną. Nie pozostaje zatem nic innego poza ofertą przyjaźni, którą składa się lękom, a one - chętnie przyjmują tę ofertę, bo przecież lęk jak pasożyt, musi mieć żywiciela. Można użyć tej metafory i tak to zostawić, można jednak znaleźć w sobie dla lęku nieco więcej wyrozumiałości, a nawet - nie bójmy się tego słowa - czułość. Można go obok siebie posadzić i powiedzieć: Skoro jesteśmy jednym ciałem i myślą, postarajmy się jakoś porozumieć. Tym bardziej, że świat wydarza się mimo lęku, a ja muszę organizować życie nie tylko sobie. Do syna należy udać się na wywiadówkę, którą w ubiegłym tygodniu odwołano. Córce tablet odebrać z naprawy. Z Radkiem porozumieć się w sprawie materiału, który zobowiązałem się zrobić z organizowanego przez niego wydarzenia. W pracy kilka projektów wymaga szczególnej uwagi. Sylwia czeka na zdjęcie i biogram, bo mamy zaplanowane wspólne czytanie wierszy w listopadzie. Andrzejowi powinienem nagrać kilka słów w odpowiedzi na jego korespondencję. Kilka książek czeka na zrecenzowanie, a w sobotę wycieczka do Warszawy w związku z rodzinną uroczystością. Zresztą, do końca roku napięcie będzie już tylko rosło, bo przecież jesień, to nie jest czas, który sprzyja nastrojom. A poza tym zanim się człowiek obejrzy, znowu szykować będziemy się do Świąt wcześniej paląc znicze na grobach, a później zachodząc w głowę, gdzie w tym roku spędzimy Sylwestra, chociaż wiem, że od lat nie ma to już najmniejszego znaczenia. Cała nadzieja w tym, że może jeszcze, coś się we mnie odmieni, coś pozwoli odrobinę głębiej oddychać, bo zdarzają się takie dni, kiedy nie oddycham wcale.
Trwa ładowanie...