"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

19.09.2025 (piątek)


 

Jeszcze miesiąc temu spacerowałem brzegiem Bałtyku rozczarowany latem, które tego roku zdecydowanie nie spełniło oczekiwań tych, którzy cenią sobie wysokie temperatury, tymczasem wieczorne powietrze przynosi już zapach palonych gdzieś traw, a wcześnie zapadający zmrok nie pozwala czytać podczas wędrówek po mieście. Na dodatek niemądrym zdumieniem wypełnia mnie fakt, że mój syn rozpoczął właśnie naukę w trzeciej klasie liceum, a córka, która - takie mam wrażenie - niemal przed chwilą przyszła na świat, skończyła już dziewięć lat i wczoraj została wybrana przewodniczącą klasy zgłaszając wcześniej swoją kandydaturę na ten “urząd”. Owo zdumienie, o którym wspominam niemądre wydaje się natomiast z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że wciąż w gruncie rzeczy z uwagą przyglądam się odchodzeniu, mijaniu, gaśnięciu, co powinno wyjaśniać dlaczego moje dzieci dorastają. Drugi powód to szereg dowodów, które przedstawia mi moje własne ciało - dowodów na to, że oś czasu wbrew temu, co lubię sobie wyobrażać, to jest jednak oś na początku której znajduje się chwila naszych narodzin, na jej końcu natomiast - moment naszej śmierci. 

A zatem ciało, które do mnie mówi. Lekko cofnięta - zdałoby się - linia włosów. Zmiana ich struktury z uwagi na namnażającą się siwiznę. Radość z tej siwizny, bo przez większość życia nie wiedzieć czemu, chciałem osiwieć lub nosić się “szpakowato”. Mimiczne zmarszczki na czole. Opadające powieki, do czego skłonność odziedziczyłem po ojcu. A skoro oczy - to jeszcze wzrok, który pogorszył się dość znacznie w ostatnim roku, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że muszę posługiwać się dwoma parami okularów. Tymi do tak zwanej “dali” i tymi do “bliży”, których używam do czytania, pisania oraz wtedy, kiedy chcę zobaczyć, co akurat znajduje się na moim talerzu w trakcie posiłku. Powoduje to nieustanną potrzebę zdejmowania z nosa jednych i zakładania drugich. Schudłem ponadto piętnaście kilogramów licząc od ubiegłego roku, co z kolei wiąże się z wrażeniem, że znikam, a w gorsze dni pozwala snuć fantazje na temat trawiącej mnie śmiertelnej choroby, która rozwija się w ukryciu, o której - jak to bywa w takich wypadkach - dowiem się wtedy, kiedy już będzie za późno.

U Tomasza Manna w “Czarodziejskiej górze” takie zdanie: “Uczeni średniowieczni twierdzili, że czas jest złudzeniem, że jego przebieg w formach przyczyny i skutku jest tylko wynikiem budowy naszych zmysłów, prawdziwy zaś byt rzeczy jest nieruchomą teraźniejszością.” 

Być może. Niech się jednak średniowieczni uczeni dowiedzą, że owa teraźniejszość - rzekomo nieruchoma - przynosi mi dzisiaj szesnastoletniego syna, dziewięcioletnią córkę, pogłębiającą się wadę wzroku i coraz mniej sprężyste oraz elastyczne ciało. 

Wbrew wrażeniu, które może powstać w oparciu o poczynione tutaj uwagi przyglądam się temu ze spokojem i zaciekawieniem. Co więcej - mimo początkowo występującego niepokoju, a nawet objawów paniki - dzisiaj - przyglądam się temu z ufnością - pogodzony z faktem przemijania, które samo w sobie naturalnie w pewnym stopniu mnie trapi, podobnie jak trapiło bohatera Pilchowego “Spisu cudzołożnic” znanego przede wszystkim z filmowej adaptacji tej powieści w reżyserii Jerzego Stuhra. Trapi mnie jednak z tą różnicą, że bohater “Spisu…” melancholię koić chciał w cieple ramion i pościeli wielu kobiet, ja natomiast odrzucam tę możliwość jako potencjalną formę “przełamania fenomenu obojętności świata”, o którym pisał Kołakowski. Zakładam mianowicie, że jest to jest ukojenie wyjątkowo nietrwałe, z gruntu fałszywe, gotowe nieść ze sobą szereg zupełnie zbędnych życiowych komplikacji, ponieważ drugi człowiek, z którym decydujemy się połączyć w oparciu o poryw namiętności to jest zawsze cały kosmos galaktyk, o których wiemy jeszcze mniej niż o tej własnej. Innymi słowy - unikając zbędnych z mojego punktu widzenia kłopotów, trwam w ostrożnej postawie wobec potencjalnych ryzyk i zagrożeń. Tram konsekwentnie nie wolny od pokus, mimo wszystko zdeterminowany do tego, żeby takowym nie ulegać. 

Dlatego w piątkowy wieczór czytam i piszę na przemian. Wcześniej podejmuje nieudaną próbę wciągnięcia się w jeden z seriali oferowanych przez którąś z platform streamingowych, wypijam późną kawę, co z całą pewnością sprawi, że nie zasnę przed drugą nad ranem, a jutro trzeba udać się do Warszawy na urodziny F. przez co sobotnia pobudka niczym nie będzie różniła się od pobudek w tygodniu. Zabawne, że czynię tę uwagę, bo przecież pobudki to moja specjalność. W dziedzinie pobudek uważam się za eksperta. Wiem jak się budzić i wiem kiedy. Z powodzeniem zastępuję budzik zarówno samemu sobie jak i innym jeśli akurat są obok. W kwestii  pobudek nie mam sobie równych i nie rozumiem, co to znaczy, kiedy ktoś stara się powiedzieć, że bywa niewyspany. Nie pamiętam po prostu z czym wiąże się stan “wyspania”, co tak naprawdę oznacza i jak to się robi, żeby ów stan osiągnąć. Nie wiem też do czego ludziom stan “bycia wyspanym” jest potrzebny, ponieważ nie pamiętam już w moim życiu takich okresów, kiedy miało to dla mnie znaczenie. Mam oczywiście świadomość jak istotną z punktu widzenia ludzkiego zdrowia sprawą jest sen, jednak jako człowiek, którego architektura snu przypomina postapokaliptyczne zgliszcza funkcjonuję na tle odmiennego krajobrazu od tego, który stanowi tło dla funkcjonowania ludzi wyspanych. Tak czy inaczej przede mną jeszcze kilka godzin nocy, którą spędzę z Jerzym Andrzejewskim, w najlepszym razie w towarzystwie kobiety - Noemi Klain, której “Doppelganger” leży obok mojego łóżka na szczycie stosu książek, których prawdopodobnie nie zdążę do końca życia przeczytać. 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (2)

Trwa ładowanie...