"Stado. Dziennik"
21 września 2025 (niedziela)
Przed południem stado wyrusza do Warszawy. W drodze prowadzę porywający wykład na temat “późnego kapitalizmu” ponieważ mój syn nieostrożnie poruszył kilka wątków, które pozwoliły mi dać upust potrzebie mówienia. Nie potrafię właściwie ocenić - chce słuchać, czy słucha starając się być uprzejmym? Moja córka natomiast ucieka w podróżną drzemkę, bo jak twierdzi - drzemka pomaga jej pokonać uciążliwości choroby lokomocyjnej. Nad nami bezchmurne niebo, słońce grzeje mocno, więc używamy klimatyzacji, której nie znoszę. Za oknem przesuwa się krajobraz płaskiego jak stolnica Mazowsza, o którym Baczyński pisał dość oszczędnie: “Mazowsze. Piasek, Wisła i las./ Mazowsze moje. Płasko, daleko - / pod potokami szumiących gwiazd,/ pod sosen rzeką.” Nie wiem, z którego to wiersza, ale cytuję z pamięci, bo z Baczyńskim spędziłem wczesną młodość i poświęciłem mu tysiące godzin romantyzując jego biografię, co zresztą podświadomie robię do dzisiaj, chociaż wiem doskonale, że to był człowiek z krwi i kości. Na dodatek dowcipny, skłonny do żartów, nałogowy palacz, który wbrew astmie zaciągał się gęstym dymem mocnych papierosów. Gwiazd nad Mazowszem doświadczymy dopiero nocą, kiedy będziemy wracać z Warszawy do domu, Wisła natomiast zasmuci nas swoim niskim stanem, a sosen nie uświadczymy wcale. Odkąd zaczął człowiek poruszać się autostradami wszystko wygląda tak samo. Płaskie Mazowsze z lewej. Płaskie Mazowsze z prawej, a wedle lasu brakuje furmanki, na której chłop kiwa się, bo drzemie jak moja córka i tylko koń wie dokąd iść, więc idzie. Żadnej mijanej malowniczej wioski, żadnych siewców przy drodze, żadnych kopytnych i rogatych, tylko hurtownie, magazyny, stacje benzynowe z bogatą ofertą gastronomiczną oraz “chłopskie jadło” od czasu do czasu serwowane w krytych fałszywą strzechą chatach, które łączą w sobie sarmackie pretensje do szlacheckich dworów i pańszczyźniany rodowód tego narodu, który w narcystycznym widzie zdołał połączyć ze sobą dwie biegunowo odległe tradycje, a na koniec doprawił tym tradycjom husarskie skrzydła i zawisł nad pizzą, kebabem, burgerem, w najlepszym wypadku nad sushi, które dla potomków polskich pańszczyźnianych chłopów przygotowują ukraińscy uchodźcy i uchodźczynie. Wiele w tym kulturowych zawirowań, a przecież ten naród, który od pewnego czasu stanowią dwie, wrogie wobec siebie wspólnoty, z kulturą nie chce i nie potrafi mieć łączności.
Warszawa żywa i tętniąca. Chciałbym napisać, że ładna, ale jej uroda - jak każda inna - jest przecież kwestią gustu. Z całą pewnością Warszawa jest stołeczna, a to wystarczy żeby obsłużyć nawet od niechcenia oczekiwania kogoś, kto tutaj przybywa z prowincji. Problemem miast zniszczonych doszczętnie jest ich substancja. W sensie ścisłym - to z czego są zrobione. Oczywiście gruzobeton to jest jakiś ślad tkanki tamtego, które zrównane z ziemią miało się z gruzu nie podnieść jednak to jest za mało żeby poczuć to, co czuje człowiek dotykając murów kamienic w Łodzi albo nie bójmy się tego słowa - w Krakowie. A przecież architektura jako taka, wiąże się z doświadczeniem wielozmysłowym, to doświadczenie całego ciała jak pisze fiński architekt Juhani Pallasmaa. Konieczność pchnięcia ciężkich drzwi średniowiecznej katedry jest wrażeniem obejmującym więcej niż samo oko, które zauważa, podziwia lub cierpi z powodu tego, co widzi. Z kolei Peter Zumthor, szwajcarski architekt swoje pierwsze doświadczenie architektoniczne wspomina jako akt "polizania klamki" w domu swojej ciotki, co w konsekwencji doprowadzi do wyboru architektury jako jego życiowego zajęcia. Ktoś kto jest wyjątkowo zamożny nabędzie (być może) nieruchomość na podstawie fotografii, którą obejrzy. Ktoś inny dla kogo taka transakcja wiąże się z wydaniem oszczędności jego życia, będzie chciał prawdopodobnie doświadczyć czegoś więcej - dotknąć, posłuchać, chwilę pobyć - zauważa Filip Springer w swojej książce “Szara godzina. Czas na nową architekturę". To czego doświadczamy wzrokiem - pisze Springer - to za mało. Z kolei cytowany przez Springera Pallasmaa zauważa, że: "Architektura łączy nas ze zmarłymi; Dzięki budynkom jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rozgardiasz średniowiecznej ulicy i widok uroczystej procesji zmierzającej do katedry. Czas architektury jest czasem zatrzymanym: w najwspanialszych budynkach czas stoi w miejscu." Tego szukam. Tego oczekuję. Warszawa tego nie ma. Nie jest to w żadnej mierze winą samej Warszawy lub tych, którzy decydowali o strukturze i tkance tego miasta. To naturalna konsekwencja tego, co Warszawie zrobiono, co jej zabrano bezpowrotnie. Czego już mieć nie będzie. Nie potrafię jednak o tym nie myśleć, kiedy po Warszawie spaceruję. Kiedy jej dotykam.
Tymczasem sobota miała być tłem rodzinnej uroczystości - i była. A w zasadzie rodzinna uroczystość była tłem dla tej soboty, bo wszystko, co wokół wybrzmiewa we mnie mocniej niż ludzie i nie jest to winą ludzi, nie jest to zasługą tego, co wokół. Z trudem bowiem żyjąc od kilku lat w społecznej próżni, odnajduję się w sytuacjach społecznych nawet tych, które wydarzają się pośród mi najbliższych.
Więc staram się ich zrozumieć. Myśleć jak oni. Cierpliwie wsłuchiwać się w to, o czym mówią. Być aktywnym. Mimo to nie udaje mi się zadać ani jednego pytania. Nikomu. Czy rzeczywiście nikt z nich mnie nie interesuje? Czy pozostaję na nich obojętny. Wiem przecież, że tak nie jest. Wiem, że coś znaczą i doskonale pamiętam wiele chwil spędzonych razem na przestrzeni ostatnich dwóch dziesięcioleci. Ostatecznie dzisiaj znów znaleźliśmy się przy jednym stole, wspólnie spożywamy posiłki, które serwują nam uprzejmi, całkiem młodzi ludzie z obsługi restauracji w centrum stołecznej Warszawy. Podobnie rzecz ma się podczas spaceru. Ogród Saski w słońcu upalnego września. Ktoś w pobliżu gra na akordeonie przedwojenne szlagiery. Zamykam oczy odwracając się plecami do Grobu Nieznanego Żołnierza. Osiemdziesiąt lat temu znajdowałby się tam gmach pałacu. Przede mną stałaby ta sama fontanna. Staram się wyobrazić sobie, że to właśnie wtedy - tutaj jestem. Gwar spacerowiczów, ciepłe światło na twarzy. Otwieram oczy żeby zobaczyć barwną fotografię tamtego czasu, który zwykliśmy oglądać wyłącznie w czerni i bieli. Właściwie jestem tutaj sam, chociaż są obok W. i dzieci. Są M. i T, jest R i S. Znamy się od lat ponad dwudziestu. Dlaczego nie potrafię zapytać ich o cokolwiek? Okazać należnego im zainteresowania, wejść w jakąś formułę towarzyskości, którą tak wyśmienicie potrafi uprawiać T. z całą masą anegdot i lawiną pytań, którymi bombarduje swoje otoczenie. Zazdroszczę mu tej umiejętności. Zazdroszczę mu jego "jasnej energii", tego życia, które przynosi ze sobą wszędzie tam, gdzie się zjawia - hałaśliwie, zdarza się, że natrętnie, ale zawsze z wdziękiem sabaryty, rumianą, wieczną ochotą do niezobowiązującej rozmowy.
Czy nie potrafię rozmawiać niezobowiązująco? Czy rzeczywiście nie ma we mnie, za grosz, przychylności, woli wyjścia ze strefy samolubnego komfortu? Przecież wiem, że są mi życzliwi. Wiem, że mogę czuć się przy nich bezpiecznie, czuć się akceptowanym, być może nawet - nieocenianym, co uważam za niemożliwe, bo przecież ocen dokonujemy w ułamkach sekund już na poziomie intuicyjnym, zanim jeszcze nasza racjonalność myślenia uruchomi się odstawiając na bok przeczucia. Mimo to milczę. Zapalam kolejnego papierosa i szukam sobie osobnego miejsca - chce uczestniczyć i nie chce uczestniczyć jednocześnie. Niemądra i niesprawiedliwa postawa. A może wręcz przeciwnie. Może to jest właśnie dojrzały wybór pozycji, którą chce zająć w stadzie lub w sensie ścisłym - obok stada. A wszystko to w słoneczny, ciepły i jasny światłem nadchodzącej jesieni, dzień wrześniowy. Ostatni ciepły weekend - na długo. Przynajmniej tak wieszczą prognozy.
Na wystawie sklepu znajdującego się na Placu Bankowym zauważam całkiem zgrabny kaszkiecik, który miałbym ochotę sobie kupić. Na tym skupiam uwagę.
Trwa ładowanie...