"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

22 września 2025 (poniedziałek) 


 

W drodze do pracy wracam jeszcze do zdarzeń warszawskich. Być może pod wpływem  wpływem wymiany korespondencji z Radkiem, z którym dzielę się kilkoma refleksjami. Więc zastanawiam się - chcąc nie chcąc - czym jest owa konfrontacja się z “figurą rodzinności”, o której wspomina Radek. Czy ten rodzinny jazgot, chaos “wspólnego stołu” wypełnia wydrążenie w autentycznej relacji - nieistniejącej lub zanikłej w skutek wielu okoliczności, które z dzisiejszej perspektywy nie mają już znaczenia? Czy powierzchowność i błahość rozmów daje bezpieczne złudzenie istotności spotkania maskując jego rzeczywistą naturę? Ile jest samotności w tych wszystkich, którzy do tego stołu zasiedli, bo przecież każdy coś dźwiga, coś niesie, z czymś się mierzy, o czymś nie mówi, na coś czeka, chce czegoś od Drugiego. Każdy chciałby tę samotność utulić, ukoić, upomnieć się dla niej o uwagę. A może mylę się w moich rozpoznaniach. Może samotność Drugiego jest tylko projekcją moich prywatnych deficytów sprowokowaną przez pogłębiającą się mizantropię, która czyni ze mnie towarzysko bezużyteczny balast, który najlepiej zrzucić zanim wszystkich pociągnie za sobą na dno miałkich i zbędnych rozważań. 

Trudno jednak zgodzić się na tą błahość, która nie potrafi unieść tego z czym tutaj przychodzimy, a może tylko ja tutaj z tym przychodzę oczekując Bóg wie czego zamiast cieszyć się miłą obsługą i kolejnymi półmiskami stawianymi przed nami przez uprzejmy personel restauracji. Może to ja jestem najsłabszym ogniwem w rodzinnym łańcuszku powiązań, bo przecież koniec końców ogół stanowi normę, a ogół nie zgłasza pretensji. Ogół wydaje się być zadowolony. To uczucie głębokiego bycia obok stada pojawia się ilekroć spotkanie staje się realnym. Wcześniej jest we mnie wiele ciepła i czułości dla tych, którym w spotkaniu nie potrafię później wyjść na przeciw. 

To ciepło i ta czułość jest we mnie również wtedy, kiedy widzę ich obok siebie, kiedy śmieją się, przekrzykują, upominają, złoszczą na siebie lub prawią sobie komplementy. Tyle że obok tej czułości i ciepła, które staram się jednak pielęgnować w sobie, bo nie są to pokłady nieprzebrane - pojawia się nagle zmęczenie - jeśli nie wprost, wyczerpanie oraz kolejno - frustracja, bo przecież oczekiwania nie zostają spełnione. Oczekiwania być może absurdalne, niesprawiedliwe lub głupie, ale jednak będące kryterium, którym świadomie posługuję się pisząc o doświadczaniu “rodzinności”, która co do zasady powinna nieść w sobie jasny i ciepły ładunek zdarzeń, ale go nie przynosi. Z tym zostaję - cenzurowany sam przez siebie, bo przecież, ktoś może pomyśleć, że jest w tym, co próbuję powiedzieć jakaś wrogość lub gniew, podczas gdy w rzeczywistości jest w tym wyłącznie smutek. Smutek i zgoda, która wydaje się konieczna skoro pozostaję wobec tego bierny. Znajduję spokój w niedziałaniu. Pozwalam temu istnieć sam będąc nominalnie w stadzie, w rzeczywistości żyję obok stada - bardziej czuwam nad stadem niż w nim uczestniczę.     

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...