"Stado. Dziennik"
23.09.2025 (wtorek)
Poetka Justyna Bargielska publikuje na FB wiersze napisane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Zapowiada, że wkrótce ukaże się ich “wspólna książka”. Możemy w większym lub większym stopniu antropomorfizować AI, wciąż nie wiem jednak, czy użyć myśląc o niej rodzaju żeńskiego, czy męskiego, bo koniec końców, również o to, współcześnie, zwykliśmy wykłócać się bez opamiętania.
Przeczytałem kilka utworów z cyklu, o którym mowa, więc albo Bargielska nie jest w formie, albo rzeczywiście są to wiersze tylko w jakiejś części Bargielskiej, ponieważ Bargielska należy do wyjątkowo utalentowanych autorek, której wiersze zawsze robiły na mnie ogromne wrażenie, tymczasem dostajemy coś, co w jakimś stopniu przypomina wyplute podczas warsztatów poetyckich rezultaty zabawy w różnego rodzaju labirynty na zasadzie: oto piętnaście rzeczowników, a teraz drogi adepcie poezji, stwórz w oparciu o nie swój wiersz - pamiętaj tylko - musisz zachować właściwą kolejność występujących po sobie wyrazów. Bawiliśmy się tak lata temu, a później sam wykorzystywałem tę metodę podczas prowadzonych przeze mnie zajęć warsztatowych. Można się czegoś nauczyć jeśli się jeszcze czegoś nie potrafi. Problem w tym, że Bargielska potrafi, więc nie wiem gdzie jest w tym wypadku pogrzebany pies tego clikbajtu - tej “idei”. Jednocześnie naprawdę mam wątpliwość, co do trafności wybranej przez Bargielską drogi wobec tego, że w gruncie rzeczy większości wydawać się może, że AI z powodzeniem zastąpić może autora tekstu literackiego pisząc za niego książki i wcale nikomu nie przeszkadza, że w tym wypadku o tym, co czuje człowiek (bo przecież z tego zrobiona jest literatura) pisał będzie model językowy. Bardziej martwym niż model językowy być już przecież nie można - chociaż język polski wydawał się jak dotąd - żywy. Naturalnie wokół zagadnienia Bargielskiej i jej pisanych na bazie promptów liryków wywiązuje się na FB dyskusja o wysokim stopniu afektywności, co jest na tej platformie społecznościowej czymś naturalnym, wskazanym i mile widzianym przez algorytm. Nie wiem czemu ma służyć koncept Bargielskiej i nie zamierzam się nad tym zastanawiać. Staram się jednak podejść do tego życzliwie i nie zauważać w tym geście potrzeby skupienia przez Bargielską uwagi na sobie i łapania się przez nią dość nośnego wątku w społecznym dyskursie (AI) łączącym w sobie atmosferę karnawału entuzjazmu z apokaliptycznymi prognozami sceptyków. Tak czy owak i tak niemal nikogo to nie obchodzi poza wąskim gronem czytelników poezji oraz samych poetów i tak zwanej reszty środowiska, z którym lepiej mieć niewiele niż wiele wspólnego jeśli się samemu wiersze pisze lub po prostu - “robi się” literaturę.
Zresztą - zostawiwszy na chwilę Bargielską i jej przedsięwzięcie, które w swojej istocie może okazać się niebezpiecznym eksperymentem z punktu widzenia społecznego odbioru, warto skoncentrować uwagę na problemie powszechnej i systemowej pogardy dla kultury w ogóle. Bo przecież tak jak częścią rosyjskiej tradycji jest pogarda dla ludzkiego życia (nie pamiętam czyje to słowa) tak od kilku dziesięcioleci, śmiało licząc od roku 1989, częścią polskiej tradycji narodowej jest pogarda dla kultury i ludzi tę kulturę tworzących. Ma to wiele wspólnego z tym, o czym już pisałem - mianowicie, utratą zdolności do kontemplacji, namysłu, skupienia, bycia w ciszy, która pozwala usłyszeć, a może nawet - zrozumieć coś więcej niż krótki tekst w okienku komunikatora lub wąskiej ramce posta na fejsbuku. Kultura stała się kulą u nogi każdej władzy, a przeciętny Polak czy Polka z powodzeniem zadowalał się kabaretonem Dwójki lub chłopem przebranym za babę na Polsacie. Wszystko nad piwem w plastiku gdzieś na festynie w Mrągowie. A zatem utrata zdolności do kontemplacji, a co za tym idzie, również kryzys umiejętności słuchania. Zarówno Drugiego jak i wsłuchiwania się w siebie. Z coraz większym trudem większość z nas potrafi pozostawać w ciszy nad tekstem, żeby przeczytać go, zrozumieć i wyprowadzić z niego własne wnioski.
To, co robi Bargielska w pewnym sensie jest aktem “twórczej abdykacji”, w którym umysł twórczyni zdaje się na model językowy, dobrowolnie dzieląc z nim przestrzeń własnej twórczej refleksji oraz (niestety) aktu twórczego. Bezosobowa, pozbawiona podmiotowości i świadomości technologia zostaje zaproszona do opowieści o człowieku, o którym wie wyłącznie to, co zostało już o nim powiedziane i do czego ma dostęp - tym samym efekt jej pracy przypomina trochę sytuację, w której ktoś smaży kotlet mielony będący w swojej “treści” przeglądem menu z całego mijającego tygodnia - podejrzenie o brak świeżości w takim wypadku, jak również w wypadku treści powstających w konsekwencji “twórczej abdykacji” Bargielskiej, można w mojej opinii uznać za uzasadnione. Korzystając z AI warto również pamiętać, że nawet jeśli jest to tylko bezosobowy model językowy, to nie jest to model językowy bezpański. Ktoś jednak tym zarządza, o tym decyduje, a zdigitalizowane treści stają się kapitałem, którym może obrócić czerpiąc z tego zyski. Jeżeli AI będzie towarzyszyć nam w naszej codzienności - a przecież będzie, bo nie sposób już tego zatrzymać - konieczne jest lub będzie wyznaczenie określonych granic, poza które nie powinniśmy robić wycieczek. Kolejny problem to problem “certyfikatu autentyczności”, bo wcześniej czy później będziemy mogli obejrzeć siebie robiących lub mówiących rzeczy, których nigdy nie zrobiliśmy lub nie wypowiedzieliśmy na głos, a wtedy być może to my będziemy musieli przeprowadzić dowód na to, że to się nigdy nie stało i jest wyłącznie efektem pracy naszej nowej przyjaciółki, z którą Justyna Bargielska postanowiła wspólnie napisać książkę. Naturalnie nie można i nie należy od sztucznej inteligencji uciekać. W roku 2025 jest ona częścią naszej rzeczywistości i raczej nie będzie już innej. Warto jednak mieć na jej temat jakiś rodzaj refleksji lub prowadzić w tej kwestii dialog otwarty na wielość punktów widzenia i mnogość argumentów - zarówno tych za jaki i tych przeciw. Warto jednocześnie pamiętać, że AI wbrew złudzeniu jakiemu możemy zacząć ulegać - jest “czymś”, nie “kimś” - a w związku z tym pod treścią będącą produktem jej działania nie znajduje się niczyj podpis, a samo narzędzie nie ma twarzy drugiego człowieka, co w szeroko rozumiane może świadczyć o charakterze relacji.
Tymczasem spada na nas ochłodzenie. Po sobotnim upale nie ma już śladu, wilgotno jest i chłodno, poza tym brakuje słońca i jak na wrzesień jest zdecydowanie zbyt ponuro. Ten mrok powinien być przywilejem listopada, który w Polsce i tak trwa od późnego października do kwietnia, ma zatem czas żeby zaprezentować swoje ponure możliwości. Zdecydowanie za wcześnie na tę aurę. Poza tym moje pobudki następują już w niemal zupełnej ciemności, co również nastraja dość mrocznie i utrudnia wstawanie z łóżka, a już na pewno tego wstawania nie ułatwia. Z jakiegoś powodu jednak - wstaję, a później już przez większość dnia - dokądś idę.
Trwa ładowanie...