"Stado. Dziennik"
25.09.2025 (czwartek)
Wczoraj wieczorem wspólnie z synem oglądamy “Wesele” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Wyspiański wciąż znajduje się w kanonie lektur, więc zanim mój syn zmierzy się z tekstem dramatu proponuję wspólny seans filmowy. Cieszy mnie to, bo coraz trudniej jest namówić mi tego chłopca na wspólne aktywności. Jeszcze rok temu sprawy wyglądały inaczej, dziś widać to już wyraźnie, M. zaczyna iść własną drogą, w której mogę mu towarzyszyć przyglądając się mu z bezpiecznej dla nas obu odległości - bezpiecznej dla niego - bo przecież wciąż potrzebował będzie mojej obecności i wsparcia, ale też bezpiecznej dla mnie - ponieważ mój syn powinien wiedzieć, że nie ma mnie zbyt wiele tam, gdzie to on zaczyna decydować, wybierać, zwyciężać lub przegrywać. Więc ta odległość powinna być bezpieczna dla nas obu z uwagi na relację, która teraz, żeby trwać w odpowiedniej temperaturze i energii wymaga ode mnie mądrości, na którą nie zawsze mnie stać. Dać mu przestrzeń samemu odmawiając sobie udziału w coraz większych połaciach jego życia, które teraz będzie musiał brać samemu żeby wobec braku istniejących kiedyś rytuałów przejścia zauważyć różnicę pomiędzy byciem chłopcem, a powolnym - ale jednak - stawaniem się mężczyzną. Zbyt długie pozostawanie w energii rodziców może okazać się biograficzną i rozwojową udręką. “Powinniśmy być dla nich jak zespół dalekiej eskorty floty” - mówi Radek budując skomplikowaną marynistyczną metaforę opartą na wsparciu dla morskich konwojów podczas ostatniej wojny. Ale Radek taki już jest, że dobrze się czuje w tego rodzaju narracjach, co więcej - wyśmienicie tych narracji używa.
A zatem powinniśmy być gotowi przyjść w każdej chwili z pomocą, nie powinniśmy być jednak zbyt widoczni. Tymczasem Hollis w “Cieniu Saturna” zauważa, że przecież chłopiec o byciu mężczyzną powinien dowiadywać się od ojca. Przyglądać się ojcu, kiedy ten zmaga się z życiem, ulega emocjom, ponosi porażkę, upada - chłopiec powinien przyglądać się mężczyźnie, który ma kontakt ze sobą, swoimi potrzebami, który idzie swoją drogą.
Więc być widocznym i nie być widocznym jednocześnie?
A może po prostu pozwolić przyglądać się sobie? Bo przecież w konsekwencji rozwoju gospodarki kapitalistycznej (ale nie wyłącznie o czym napisano wiele) ojcowie przestali być obecni i aktywni w życiu chłopców całe dekady temu. W części literatury dotyczącej problemu męskości wyjaśnia się to zmianą w strukturze gospodarczej. Pracą mężczyzn w fabrykach lub korporacjach i zmianą polegającą na tym, że syn nie przygląda się już ojcu w jego codzienności. Nie uczy się od niego. Synów wychowywać zaczynają kobiety, a wszelkie procesy inicjacyjne związane ze "stawaniem się mężczyzną" zostają zatrzymane. Mężczyźni dowiadują się zatem "jak być mężczyznami" od kobiet, co ostatecznie ma charakter postulatywny i pochodzi z obszaru zupełnie innej energii niż ta "męska" - cokolwiek ona miałaby oznaczać - bo przecież współcześnie również nie bardzo potrafimy to powiedzieć. W pewnym sensie relacja ojciec - syn i jej dekonstrukcja odpowiada za zerwanie więzi mężczyzn z męskością postrzeganą nie jako wzorzec archetypicznych zachowań, ale dojrzałe i świadome bycie dorosłą istotą ludzką pozostającą w kontakcie ze sobą i ze swoją płcią - co to współcześnie oznacza również nie jest do końca jasne, a to przecież nie ułatwia sprawy. Zresztą to trochę jungowskie, bo przecież Jung zauważał, że najczęstszym brzemieniem dla dziecka jest nieprzeżyte życie jego rodziców. Zatem cytowany już Hollis w "Cieniu Saturna" definiuje pytania jakie powinien zadać sobie mężczyzna: Jakie lęki mnie blokują? O jakich czekających mnie zadaniach wiem w głębi własnego serca? Do czego wzywa mnie życie?
Czy mogę uzgodnić swoją pracę z własnym duszą? Jak mogę służyć zarówno relacji jak i indywiduacji?Które obszary nie przeżytego życia mojego ojca powinienem zająć? Gdzie powinienem wbić swoją flagę?
Problem komplikuje się dodatkowo jeśli wziąć pod uwagę to, co zauważa Jonathan Haidt w “Niespokojnym pokoleniu”, do którego metrykalnie oraz na bazie pokoleniowego doświadczenia, przynależy mój syn.
Otóż Haidt ma na myśli pokolenie urodzone między rokiem 1995, a 2009. Przyczyną fundamentalnej zmiany mentalnościowej czyni natomiast to, co nazywa “wielkim przeprogramowaniem dzieciństwa”, które ma bezpośredni związek z rozwojem technologii oraz masową nadopiekuńczością rodziców mającą swoje źródło w rzekomych zagrożeniach płynących ze świata. Innymi słowy “niespokojne pokolenie” to produkt nadopiekuńczości rodziców w świecie realnym i niewystarczającej opieki w wirtualnej rzeczywistości, w której to pokolenie żyje dużo bardziej intensywnie niż jakiekolwiek inne.
Haidt buduje metaforę marsjańskiej kolonii pisząc, że dając nastolatkom smartfony w drugiej dekadzie XXI w. postąpiliśmy tak jak byśmy wysłali całe pokolenie na Marsa wchodząc tym samym w energię oraz przestrzeń niekontrolowanego w żaden sposób eksperymentu. Już dzisiaj - jak twierdzi - zauważamy gwałtowny i powszechny wzrost pogorszenia stanu zdrowia psychicznego pokolenia “Z”. Mowa o zaburzeniach eksternalizacyjnych (dziewczęta) oraz internalizacyjnych (chłopcy). Co ciekawe to wszystko zdaniem Haidta wydarzyło się pomiędzy rokiem 2010 a 2015. Zdecydował o tym smartfon, szerokopasmowy internet oraz dostęp do sieci przez 24 godziny na dobę. Stan rzeczy Haidt definiuje jednym zdaniem: odtąd “zawsze jesteśmy gdzieś indziej”. W niczym co “tutaj i teraz” nie uczestniczymy do końca. Następuje zatem spektakularny koniec dzieciństwa opartego na zabawie oraz równie efektowna inauguracja dzieciństwa opartego “na ekranie”. Dodatkowo model smartfona z kamerą umieszczoną z przodu otworzył puszkę Pandory, z której na świat wydostał się demon, któremu na imię “Selfie”, a liczba użytkowników Instagrama po przejęciu go przez Facebooka wzrosła gwałtownie z 30 do 90 milionów. Przez świat sunie nieprzerwanie korowód porównań, które stają się przekleństwem wszystkich tych, którzy muszą dojrzewać i mierzyć się z koszmarem tego czasu w zupełnie nowej rzeczywistości. Przeprogramowaniem objęte zostają autorytety, wzorce postaw społecznych, emocje, aktywność fizyczna, a nawet sen. Smartfony zdaniem Haidta to nic innego jak “blokery doświadczeń”.
Więc jak ten biedny chłopak ma sobie z tym wszystkim poradzić?
A jego ojciec, który pamięta jeszcze świat w wydaniu analogowym? Co z nim będzie?
Telefon w naszym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty, w którym mieszkałem z rodzicami pojawił się w roku 1987. Internet w wersji modemowej w roku 2001. Żyliśmy w świecie, w którym jeśli kogoś nie było w domu na czas, trzeba było iść go poszukać. Dzisiaj smycz połączeń komórkowych odbiera nam wolność bycia nieuchwytnym, z drugiej strony daje nam poczucie bezpieczeństwa, bo przecież możemy niemal zawsze połączyć się z kimś bliskim. To czym są media społecznościowe rozumie każdy, kto próbował budować tam swoją markę. Trucizna afektywności i rozregulowany układ limbiczny to wciąż jedynie lepsza strona tego medium. Co zatem jeśli nie pamiętasz świata bez tego? Co jeśli nosisz w kieszeni urządzenia posiadające pamięć i możliwości nieporównywalnie większe niż dobrej klasy komputer osobisty na początku lat dwutysięcznych? Co jeśli nie wychodząc z łóżka możesz mieć wszystko to, po co kiedyś trzeba było pójść do biblioteki, do sklepu, do kina, na domówkę, na koncert, do przyjaciół, na boisko, w góry, na plażę, na spacer? Co jeśli jesteś nieustannie informowany, o tym co wydarza się na świecie, co słychać u twoich znajomych, o tym kto odniósł sukces (bo przecież nikt nie pisze w mediach społecznościowych o swoich porażkach)? Co jeśli ulegasz złudzeniu, że sukces jest powszechnym doświadczeniem obserwowanych i obserwujących? Co jeśli zapominasz o tym, że to złudzenie? Co jeśli nie potrafisz odróżnić fikcji od realnego? Co jeśli nie ma już żadnej fikcji, nie ma realnego? Co jeśli wszystko stało się płynne i nie istnieją jednoznaczne kryteria ocen - estetycznych, moralnych i merytorycznych? Co jeśli masz tego dość i nie masz pojęcia co z tym zrobić, a jednocześnie toczy się w tobie hormonalna wojna, bo masz szesnaście, siedemnaście, osiemnaście lat i znajdujesz się w czyśćcu zwanym “dojrzewaniem”? Być może jakąś nadzieję przynosi myśl Junga, który twierdził, że nie tyle rozwiązujemy problemy, co z nich wyrastamy. Ale jeśli rzeczywiście jesteśmy świadkami społecznego eksperymentu na żywym organizmie pokolenia, to może tej jungowskiej pociechy nie wystarczyć. “Pożyjemy, zobaczymy” - mawiała moja wiecznie chora babka, żona internisty, który całe życie był zdrowy, a umarł na długo przed nią.
Cóż, jeżeli “pożyjemy”, to może rzeczywiście czegoś zdążymy się o nich dowiedzieć. Może to oni mają rację odwracając się plecami do świata, który my uważaliśmy za jedynie możliwy. Czas pokaże.
Trwa ładowanie...