"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

28.09.2025 (niedziela)


 

Zupełnie pomijam w tych zapiskach swoje codzienne otoczenie. Nie istnieje w nich miasto, nie istnieją pomieszczenia, w których żyję i mieszkam, nie ma w tych notatkach przedmiotów, których używam, które mi służą - rzeczy, do których jestem przywiązany. A przecież zarówno miejsca jak i przedmioty w wysokim stopniu czynią nas tymi, którymi jesteśmy. Czynią mnie tym kim jestem. Być może gdyby przyszło mi urodzić się i wychować gdzieś indziej niż w dawnej, dość podłej i zapyziałej Kongresówce mój horyzont myślowy, śmiałość do świata, ambicje, punkty widzenia, a nawet - nie bójmy się pójść w tym kierunku - moje lęki, byłyby odmienne, być może byłbym od nich wolny bez “systemowych” obciążeń tej krainy, która “krzyżami znaczona” w gruncie rzeczy nieustannie opowiada historię wspólnych lub obcych grobów, bo tutaj nawet śmierć potrafi dzielić, co pozostaje w sprzeczności z jej niezwykle demokratyczną naturą. A tak - przygląda się człowiek miastu, które w poprzednich dziennikach nazywałem “miastkiem” żeby w biernej agresji zamknąć swoją niechęć nie tyle nawet do miejsca, co do jego mieszkańców, ich mentalności, która pozostając głęboko prowincjonalna wciąż żywiła i żywi pretensje do bycie czymś więcej niż jest. Z całą pewnością ja również noszę to znamię na sobie. Zabór rosyjski paraliżował rozwój tak jak paraliżuje go do dzisiaj każda Rosja, która granicząc z kim chce zawsze przynosi ciemność, uwiąd i marazm. Poznań, który kilka miesięcy temu odwiedziliśmy z synem -  poza udręką niewoli - dostał od “Niemca” dzielnicę cesarską, infrastrukturę, kulturę mieszczańską i mimo wszystko jakieś cywilizacyjne tchnienie Europy. Współczesna Częstochowa, w której urodziłem się czterdzieści osiem lat temu nosi na sobie wyraźne i podłe ślady bycia niegubernialnym miastem zaboru rosyjskiego, co zapisane zostało trwale między innymi w historycznej części jej zabudowy - w tych wszystkich przygarbionychj,  skulonych w sobie dwu lub trzypiętrowych gmaszkach kamienic, które wciąż sprawiają wrażenie lękających się carskiej nahajki, nieśmiało tylko pojękujących coś na temat swojej miejskości, która - co widać na każdym niemal kroku -  jest po prostu umowna. Polska Ludowa nie przywiązywała szczególnej uwagi do estetyki, więc wszystko, co tutaj po niej zostało zamyka się bardziej w swoich funkcjach niż w urokach chociaż,  należy to przyznać z ręką na sercu, że PRL jeśli budował, to budował z rozmachem, a przede wszystkim jednak doceniał znaczenie i rolę urbanistów w rozwoju miast. Dzisiaj wobec koszmaru rozpędzonej do szaleństwa deweloperki, możemy tylko o czymś takim pomarzyć. Budynki mieszkalne rosną wszędzie tam gdzie zjawia się choćby strzęp przestrzeni, wyrastają pośród pól kompletnie odcięte od wszelkiej infrastruktury. Trochę na dziko, trochę z pretensją do ekskluzywności, która w zwykle sprowadza się do tego jak tonąca w kredytach klasa średnia wyobraża sobie komfort lub luksus. 

Więc od lat przyglądam się miastu, które trochę jest miastem, a trochę je udaje. Jest bowiem w Kongresówce coś takiego, że kiedy człowiek ogląda “Rewizora” Nikołaja Gogola, to wie, że to jest bardziej o nas niż nie o nas. 

Z drugiej strony, kiedy tutaj wracam z jakiejś drogi, z podróży, w które wybieram się nieczęsto ale jednak zdarza się, że mnie nie ma - cieszę się, że powracam, że jestem w miejscu, które potrafię jednak nazwać domem i to jest właśnie to miejsce - żadne inne, bo chyba stało się to, co nieuniknione - przywiązałem się, wziąłem dobre i złe, mądre i głupie, ładne i brzydkie, prawdziwe i nieprawdziwe i zostałem - zostałem tutaj na stałe, chociaż broniłem się przed tym dwie dekady łudząc się i sam siebie zwodząc, że będą jeszcze jakieś inne miasta, inny miejski pejzaż będę potrafił nazwać “moim”, zamiast zadowalać się tym, co rozlało się u stóp jasnogórskiego klasztoru, który zawsze będzie wisiał nad tym miastem wpędzając je w absurdalny stereotyp “duchowej stolicy Polski”, którą to miasto nigdy nie było, nie jest i nigdy się nie stanie z tego prostego powodu, że nie ma w nim ducha. A jeśli mylę się i ten duch jednak jest - to z całą pewnością to jest duch, który jak w wierszu Baczyńskiego - “chłop nabił na widły”. 

A skoro mowa o wyjazdach - wczoraj krótka wizyta w Brzegu w ramach festiwalu podróżniczego  Archipelagi organizowanego przez K.Ł, a ponieważ Radek uczestniczący w wydarzeniu ze strony organizatora poprosił mnie o realizację filmu dokumentalnego z wydarzenia rano wyjeżdżam do Brzegu z zamiarem zebrania odpowiedniego materiału. Niestety nawigacja robi mi niemiłą niespodziankę i prowadzi zupełnie inną drogą niż ta, którą zwykłem się poruszać. Oznacza to, że niestety nie będę mógł przemieszczać się przez urokliwe przestrzenie tej części Polski, które Ziemowit Szczerek nazywa “poniemiecją”, zamiast tego jechał będę na Kluczbork, a to jest niestety zupełnie inny krajobraz za oknem, inna substancja przydrożnej zabudowy. “Poniemiecja” to niebezpieczna metafizyka. Z jednej strony Polska jest tutaj od ponad osiemdziesięciu lat, z drugiej - czuje się jeszcze powiew Rzeszy, cokolwiek on oznacza. A po trzecie - być może najważniejsze - jest tutaj pewien architektoniczny porządek - rodzaj tkanki, z jakiej to wszystko jest zrobione, której jakość niemal od razu wydaje się wyższa, a na pewno - inna. Oczywiście romantyzuję to wszystko, bo jak słusznie zauważa Radek, Polska jest już tam tak długo, że niemal wszystko zdążyło nią przesiąknąć. To co było do zepsucia - popsuto. To co można było “po naszemu” wybudować - wybudowano. To co dało się przykryć lukrem rekonstrukcji - zrekonstruowano. 

Opowiedziano również “piastowską historię” tych ziem, w której tyle prawdy ile polskości we Wrocławiu, ale mimo tego i wbrew temu zawsze ulegam wrażeniu, że to jednak nie jest ta sama Polska, którą człowiek znajduje w Lublinie, Radomiu czy w Warszawie, a nawet w Łodzi, którą przecież w błyskawicznym tempie wznosili Niemcy, Rosjanie, Polacy i Żydzi. Ten rodzaj kulturowej różnorodności to jest w Polsce zjawisko wyjątkowe biorąc pod uwagę jej homogeniczność. Problem z homogenicznością jest taki jak ze społecznościami, w którym wymiana kodu genetycznego jest żadna lub niewielka. Wcześniej czy później wszystko zaczyna się psuć - degeneruje, rozpada się, choruje, a przede wszystkim topi się w strachu przed tym, co odróżnia, topi się w abstrakcyjnym lęku przed tym, co może okazać się nie być zrobione z ziemniaka, nie ma u czapki piór pawich i nie porusza się po ulicach w rytmie Poloneza lub przy dźwiękach melodii, które już kiedyś słyszeliśmy. Jest ich wiele. Wszystkie są do siebie podobne i można je z powodzeniem zatańczyć na czyimś weselu w rytmie - dwa na jeden. 

Brzeg natomiast niezmiennie urokliwy, maleńki, schludny i geometryczny. Wszędzie blisko i z trudem człowiek robi dziesięć tysięcy kroków, żeby nie minąć kilka razy tej samej kamienicy, żeby nie przejść powtórnie alejką tego samego parku. Poza tym radość ze spotkania z Radkiem. Rozmawiamy dość krótko bo ja mam swoje obowiązki związane z realizacją materiału, a Radek swoje związane z organizacją festiwalu, ale z przecież od dwóch lat mówimy do siebie codziennie nagrywając kolejne wiadomości w komunikatorze, więc żadnej w tym straty - ot, opowiemy sobie wszystko kierując słowa do smartfonów, zamiast do siebie - takie czasy. I złe i dobre jednocześnie, bo przecież jeszcze czterdzieści lat temu chcąc utrzymać intensywność relacji musielibyśmy pisywać do siebie listy kilka razy dziennie, a tak nie postępują nawet zakochani.

Wracam późnym wieczorem, tak żeby ocalić coś jeszcze z nadchodzącej nocy. Żeby móc wydrzeć kilka godzin na lekturę, pisanie, na spacer, na który nie mam już siły, bo koniec końców cały dzień spędziłem na nogach, żeby jeszcze porozmawiać z synem, który coraz intensywniej przebywa w światach, do których z wolna tracił będę dostęp. A tom wierszy skończony i leży odłogiem. Leży odłogiem i czeka, aż któregoś dnia ułożę go w opowieść i zupełnie niepotrzebnie zwrócę się do wydawcy z informacją, że oto gotowa książka potrzebuje natychmiast się ukazać. A później niemal nikt tych wierszy nie przeczyta, ktoś inny przeczyta i powie coś miłego, odbędzie się kilka spotkań autorskich i nie ukaże się żadna recenzja, co jest już standardem w przypadku autorów, którzy starają się jednak trzymać z boku. Co więcej - nie mam w sobie najmniejszej potrzeby żeby wiersze pisać, więc mam w sobie również ten rodzaj ambiwalencji, który niespecjalnie skłania mnie ku temu, żeby te wiersze wydawać. 

Tymczasem wciąż nie ma w tym tekście słowa o tym, gdzie ów tekst powstaje. 

A zatem czas najwyższy uzupełnić ten narracyjny deficyt przynajmniej w kilku zdaniach. 

Więc w przygaszonym świetle niewielkiego mieszkania w bloku stojącym pośród wysokich drzew, w ciszy, oparty o krawędź sosnowego biurka wystukuję zdanie po zdaniu. Pozwalam się oślepiać jasnej płaszczyźnie ekranu. Zewsząd książki, w roztoczach i kurzu. Za mną książki i książki pode mną, nade mną książki zawisły na półkach w bezładzie i nieporządku, bo pozwalam im żyć swoim życiem. Odkładam te przeczytane, a one rosną w stosy. Te do których zamierzam wrócić, układam na stosy osobne. Te, które porzucam ostatecznie układam wysoko, żeby mogły dźwigać za te inne - ciężar kurzu. Są jeszcze książki obok łóżka - te, które czekają na swoją kolej, na recenzję lub lekturę dla przyjemności, lekturę powodowaną poznawczym głodem, ontologicznym wahaniem, teologiczną pustką, wewnętrzną rekonstrukcją lub potrzebą epickiej przygody. Daję sobie na to coraz więcej przestrzeni. Jestem wobec siebie taktowny. Terapeuci biliby mi brawo w wystudiowanym zachwycie. I jeszcze parapety roślin. Łączy nas jedno powietrze i jednym żywimy się światłem. Rośliny, do których nie mam ręki. Rośliny na granicy życia i roślinnej śmierci. Rośliny wbrew temu trwające, wbrew temu wciąż soczyste - w zieleni. Tutaj jestem. 



 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...