"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

30.09.2025 (wtorek)


 

Nocą kilka stron dziennika Andrzejewskiego. Bardziej żeby zasnąć niż żeby uczestniczyć w przykrych poznawczo zmaganiach tego uwikłanego w nałóg i przejmującą samotność, człowieka. Porusza mnie u Andrzejewskiego głęboki, świadomie przeżywany, niemal ontologiczny smutek, brak nadziei, który jest odpowiedzią na skomplikowaną, splątaną i niejednoznaczną biografię. Jest w pewnym sensie dwóch Andrzejewskich, z którymi w tych zapisach możemy przebywać. Ten pierwszy - w centrum wydarzeń, “funkcyjny” i na stanowiskach, zaangażowany w twórcze przedsięwzięcia, którego kalendarz wypełniają liczne spotkania i rozmowy oraz ten drugi - pogrążony w marazmie, rozedrgany, zgubiony w pustce, której coraz głębiej doświadcza.

W tym kontekście myślę o Naomi Klein, która  pisząc o figurze doppelgangera definiuje go również jako rodzaj "nikczemnego ja" - złego sobowtóra, który w pewnym sensie wydawać się może upiorny. Zatem - widzę siebie, który będąc mną jest kimś innym lub potencjalnie niesie w sobie możliwość bycia kimś, o kim nie posiadam żadnej wiedzy. Może też być mną - przeobrażonym, ubranym w zbiór cech, których istnienie we mnie - staram się wyprzeć, zagłuszyć, odrzucić - wciąż jednak będąc skazanym na ich nieustanny, triumfalny powrót. Jest w tym upiorność odwrotności, a może odwrócenia się od siebie na rzecz wolności bycia kimś innym, podjęcia próby wejścia w cudze życie, stworzenia alternatywnej w stosunku do mnie samego postaci lub po prostu przyjęcia do wiadomości - że ta postać od dawna istnieje, jest bliżej niż mogłoby się wydawać. 

Jest ktoś taki, kiedy przyglądam się sobie w kolejnych, uprawianych przez lata kreacjach, fałszywych "ja", które powstawały na użytek i ku chwale określonej, gotowej na mój temat tezy, którą sam stawiałem. Ten ktoś niósł i niesie w sobie ogromny potencjał zniszczenia, ale także i siłę, którą potrafi zarządzać, czynić z niej użytek? Czy właściwy? 

Klein oczywiście traktuje zagadnienie o wiele szerzej. Doppelganger to: "ja jako udoskonalona marka, ja jako wyidealizowane ciało, (...) dziecko jako zwierciadło ja, ja jako wieczna ofiara.”

 

Dzięki tym sobowtórom - pisze Klein, możliwe jest, a właściwie jest nieuniknione - niewidzenie siebie. Jednocześnie, co podkreśla wyciągając wnioski ze swojej koncepcji, obecność doppelganger pozwala nam zrozumieć, że nie jesteśmy aż tak szczególni i wyjątkowi jakby mogło nam się wydawać skoro przynajmniej teoretycznie każdy z nas ma gdzieś swój odpowiednik. 

Co mianowicie musi się wydarzyć, abyśmy zmienili się w naszych złych bliźniaków - pyta Klein. "Im dłużej przebywamy na tym świecie, tym bardziej obcy potrafimy stać się dla samych siebie. Każda zniekształcona wersja naszych młodszych “ja” z najlepszych lat jest mniej rozpoznawalna niż ostatnio. Obstając zbyt uparcie przy swoim sobowtórze z czasów młodości, ryzykujesz, że staniesz się karykaturą, poddawaną kolejnym operacjom i obstrzykiwaną." - pisze. 

 

Oczywiście wiele więcej wydarza się u Klein niż tutaj. Moją uwagę przykuwa upiór, który znajduje we mnie swoje legowisko. Klein patrzy szerzej. Na przykład ta myśl, że oto świat był wobec nas obojętny, a my nie mieliśmy pojęcia, jakie to szczęście - pisz Klein czyniąc uwagi o tym jak gigantyczny wpływ na nasze życie i jak ogromne zagrożenie dla jego bezpieczeństwa stanowi cyfrowy ślad i cyfrowa, algorytmiczna inwigilacja, która prowadzona jest przez współczesną technologię. Nasza obecność w mediach społecznościowych, dane wypływające do sieci, sprawiają że systemy nad którym nie panujemy, nie mamy nad nimi kontroli, bądź świadomości ich obecności, tworzą nasze cyfrowe avatary, sobowtóry, które w pewnym sensie po pierwsze - kradną naszą tożsamość, po drugie - wpływają na nasze rzeczywiste istnienie (sic!). Kiedyś nasze gusty muzyczne, romanse, życie seksualne, protesty, poparcia, przygody nie pozostawiały po sobie żadnego śladu. Dzisiaj to właściwie zupełnie niemożliwe. "Wszyscy jesteśmy dziś kopalniami danych". Wydobywany surowiec pozostaje w rękach prywatny. Proces jego pozyskiwania pozostaje niejasny, a wykonawcy przed nikim nie odpowiadają. "Faustowski pakt epoki cyfrowej (...), przehandlowanie naszych danych w zamian za darmowe lub tanie cyfrowe ułatwienia – wyjaśniono nam dopiero wtedy, gdy już został zawarty" - notuje. Nie sposób nie poczuć tego będąc od ponad dekady w cyfrowym splątaniu danych, gdzie fikcja na przemian z realnym szukają dla siebie miejsca lub uzasadnienia. Jesteśmy pozbawieni wiarygodności, chociaż nie zawsze jesteśmy niewiarygodni. Coraz częściej natomiast bywamy pozbawieni wiary. 

Więc znajduje w sobie niebezpieczną skłonność, która okazuje się mieć kształt człowieka, ciało, krwiobieg i system nerwowy, ma również swoje poglądy, a co za tym idzie, ma potrzeby - jakże odległe od tych, do których gotów jestem przyznać się jako ten, za którego zwykłem się podawać. On jest kimś innym. Kimś kto ma odwagę porzucić w jednej chwili wszystko to, do czego jestem przywiązany, to bez czego nie wyobrażam sobie trwania, zostawić tych bez których nie wyobrażam sobie życia, chociaż podobne przekonania wciąż pozostają przecież jedynie kwestią wyobraźni. Skoro kultura późnego kapitalizmu wmawia nam, że wszystko jest możliwe, trudno się dziwić, że sięgamy po te widmowe możliwości nie wiedząc o tym, że tak nie jest, że nie jest możliwe wszystko, co więcej, wiele jest niemożliwe i że to w zasadzie powinno nas uspokajać zamiast spędzać nam sen z powiek. 

Nie jest to z całą pewnością wyłącznie moje doświadczenie. Nie ma w nim nic nadzwyczajnego poza faktem, że kiedy sobie to człowiek uświadomi zaczyna rozumieć to, co być nim kieruje w chwilach, w których nie rozpoznaje siebie w myślach, w działaniu, w zaniechaniach, kiedy staje się sam sobie obcy w tej części siebie, którą może określić Innym lub Drugim - doppelganger widziany w ten sposób staje się być może figurą z kręgów niejasnej metafizyki, a przecież Klein w swojej książce pisze o nim jak o “żywym”, ale takie jest prawo dziennika, że mogę o jednym mówić, a o drugim milczeć. A skoro mowa o dzienniku warto dodać, że wczoraj wydawnictwo Relacja deklaruje wysyłkę dzienników Joan Didion, co mnie niezmiernie cieszy, bo raz, że diarystyka to jest moja energia i czuję się w niej doskonale. Dwa, że Didion jest postacią niezwykłą i obok Sontag jedną z najważniejszych dla mnie intelektualistek. I jeszcze jedna uwaga w kontekście dziennika - ileż próżności w gruncie rzeczy jest w jego pisaniu. Już samo przekonanie o tym, że warto utrwalać własne myśli w formie zdań podrzędnie złożonych może wydawać się przesadą, a co dopiero - czynić to z zamiarem publikacji? Bezwstydny akt próżności. Nic innego. 

 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...