"Stado. Dziennik"
03.10.2025 (piątek)
W ostatnich dniach kolejne komplikacje “stanów stadnych”. Zwykle wiąże się to z ponawianymi cyklami rozmów istotnych i rozedrganych dyskusji. Tak dzieje się kiedy zbliżamy się do granicy, którą przekroczyć można jedynie w drodze podjęcia określonej decyzji. Chciałbym napisać, że kierunek mojej podróży jest właściwy, że stado jest bezpieczne i że do tego stada przynależę, tymczasem obawiam się o to, czy z końcem roku nie okaże się, że nie ma już stada, a to przecież zawsze wiąże się z jakąś krzywdą. Pytanie brzmi: komu ta krzywda zostanie wyrządzona i czy można uchronić przed nią tych, w których najmocniej uderzyć mogą decyzje, które dla mnie i dla Wi. nabierają kształtu jawiąc się jako konieczność. Innymi słowy, co z dziećmi w świecie, o którym ostatecznie decydują dorośli. Banał, który przychodzi z taką siłą, że nie ma człowiek ochoty oddawać się poszukiwaniom stylu i dlatego brnie się w mętną metaforę zamiast pisać wprost. Ponieważ to, co “wprost podane” potrafi być w swojej istocie brzydkie lub ordynarne, a w nas wciąż pokutują romantyczne tęsknoty ku wzniosłości. Pragniemy wierzyć, że stopień skomplikowania tego, co nas spotyka w jakiś sposób uszlachetnia to, co w związku z tym przeżywamy i że to nas jednak stawia ponad banałem ludzkiego losu, który na słowiańczyźnie zasadniej jest nazywać - dolą.
Tymczasem zdarza się, że nasze sprawy mają jeden wymiar, są kwestią wyborów podyktowanych dość niskim pragnieniem życiowego komfortu lub wynikają po prostu z wyczerpania i pragnienia znalezienia spokoju. To pragnienie jest pragnieniem fałszywym, ponieważ spokój posiadający cechę - trwałości - nie wydaje się wprost możliwy. Z całą pewnością nie jest on organicznie osiągalny dla mężczyzny. Część terapeutów i literatury przedmiotu upierała się będzie na stanowisku, że ów stan rzeczy nie dotyczy jednak kobiet. Być może. Tak czy owak - niepokój o to, co wydarzy się w najbliższej przyszłości odwraca uwagę od wszelkich innych aktywności, a przecież są do przeczytania książki, są myśli do ogarnięcia i spisania, choćby tutaj, skoro uwikłany w próżność uznałem, że należy notować to, co kotłuje się w głowie.
Jednocześnie coraz częściej myślę, że na obecnym etapie życia znajduję się w okresie, “postrelacyjnym”. Rozumiem przez to stan, w którym nowa relacja z Drugim nie ma już charakteru egzystencjalnego. Nie stanowi fundamentu, na którym wznosi się to, co zwykliśmy określać “naszym życiem” - przestrzenią zdarzeń, osią czasu wypełnionego aktywnością, która stwarza, buduje i wznosi. Nowe relacje nie porządkują już wyobraźni. Nowa relacja nie szuka już fundamentalnej głębi, nie ma w sobie cierpliwości, uważności, wytrwałości, a może przede wszystkim ciekawości - nie jest również gotowa na odpowiedzialność, która jest z nią związana i bywa nieunikniona jeśli nowe miałoby okazać się czymś trwałym. Nowe relacje zdarzają się przy okazji. A okazji - wiadomo - można unikać lub ich po prostu nie stwarzać. Innymi słowy nie szukam już dla siebie nowych ludzi, którzy mieliby coś znaczyć - być ważni. Dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn. Więc istnieje zamknięta lista tych, których kocham lub darzę przyjaźnią, poza którą istnieje już tylko przestrzeń, w której poruszam się na różnych poziomach pojedynczości. Być może jest ona przedsionkiem samotności lub ma w sobie potencjał z jej kręgów. Nie potrafię określić jednoznacznie, czy to, co na użytek tego dziennika nazywam postrelacyjnością jest stanem będącym w swojej istocie kwestią wyboru - a tym samym nie musi się wydarzać - czy owa postrelacyjność wydarza się właśnie dlatego, ponieważ jestem w drodze, a ona jest sumą doświadczeń. Termin ukuliśmy wspólnie z Radkiem. Pojawił się spontanicznie podczas wymiany korespondencji. Tak czy inaczej zagadnienie wydaje się interesujące i z całą pewnością będę to tego wracał. Ostatecznie większość spraw, z którymi mierzymy się w naszej codzienności i tak sprowadza się do pytania: Co mnie czeka? A ja na to pytanie znajduję jedynie ponure odpowiedzi, w których widzę siebie pośród stosów książek rażonego zawałem lub gwałtownym wylewem, które naturalnie nikogo już nie obejdą, bo dolegliwości, które widzę w projekcjach przytrafiają mi się w okresie postrelacyjnym. W tej projekcji pożerają mnie tabuny moli, a moje ciało nie zostaje nigdy odnalezione. Mieszkanie, które wynajmowałem zostaje ponownie wynajęte, a ja w nim straszę usilnie próbując nawiązać znajomość z nowymi lokatorami, bo mi się ta cała postrelacyjność pozagrobowo odwiduje. Powracam zatem jako upiór, który rozpaczliwe stara się zwrócić na siebie uwagę. Więc stukam i pukam, przestawiam przedmioty lub pod postacią zbłąkanego inkasenta nawiedzam sny wynajmujących mieszkanie, w którym skonałem samotnie. Skonałem samotnie porzucony przez wszystkich ponieważ wymyśliłem sobie postrelacyjność zamiast obłożyć się ludźmi jak kompresem z miodu, dożyć setki i umrzeć otoczony wianuszkiem pojękujących ze smutkiem, lekko zniecierpliwionych spadkobierców.
Trwa ładowanie...