"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

04.10.2025 (sobota)


 

Znów kilka godzin snu zamiast przespanej nocy. Noce piątkowe i sobotnie zarywam regularnie. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest czytanie do późna.  Więc permanentne weekendowe niedospanie, któremu nie pomaga poranny imperatyw, a może wprost kompulsja związana z potrzebą natychmiastowego udania się na spacer, który trwać musi co najmniej dwie godziny niezależnie od warunków pogodowych, co w tej strefie klimatycznej często stanowi wyzwanie. Na przykład dzisiaj o poranku termometry w elektronicznych aplikacjach wskazywały - 2 stopnie Celsjusza, a przecież jest początek października. Z drugiej strony mając na uwadze pogodowe anomalia nasilające się w ostatnich latach, nie oznacza to, że w grudniu nie będę maszerował w temperaturze 15 stopni powyżej zera ocierając pot z czoła dłonią w rękawiczce, bo przecież moje pokolenie to ludzie, którzy wciąż jeszcze ubierają się pod dyktando pór roku nie zaś jak należałoby to robić obecnie - odpowiednio do temperatury, która w grudniu może okazać się wiosenną, a w lipcu odpowiadać temu, czego kiedyś doświadczaliśmy na przedwiośniu. 

Tymczasem kolejny dzień trudnych i wymagających dyskusji z Wi. 

Wczoraj natomiast - takie zdanie w dzienniku Andrzejewskiego: 

“(...) żyjemy bez czasu przyszłego, zwątpienie i rozpacz zawsze mogą posiadać sens, jeśli znajdują dla siebie choćby cień rozwiązania w przyszłości.” 

Zdarza się, że literatura przychodzi z pomocą jeśli obłoży się człowiek książkami jak zimnym kompresem na bolącą głowę, a przecież głowa pęka mi od myśli i analiz, chociaż to nie są przecież sprawy wyłącznie dla głowy, to są sprawy, które człowiek odbiera całą powierzchnią ciała, bo ostatecznie wiele nas przecież kosztuje marazm i wiele kosztuje nas moment, w którym historia zaczyna dziać się na nowo, wszystko przyspiesza, domaga się decyzji i rozwiązań, a im człowiek starszy tym wie lepiej, że nic bardziej błędnego od przekonania, że coś wie na pewno. Dlatego trzeba zaufać. Pytanie tylko komu. Bo jeśli jest się dla siebie ostatnią instancją każde wahanie potrafi tak mocno kołysać pokładem, że idzie się na dno zanim się człowiek zdąży zorientować, że łódź nabiera wody. Chciałbym napisać, że jedyne co pozostaje to - mieć nadzieję. Tyle że owa nadzieja to jest zagadnienie, które te notatki z poziomu relacji z codzienności, przenosi na poziom rozważań czysto teoretycznych, bo przecież szukam teraz w sobie czegoś, co wypełni przestrzeń, którą kiedyś wypełniał mój “wierny ateizm” deklarowany za Comte - Sponvillem, a skoro nie ma we mnie miejsca lub gotowości na obecność Boga, to właśnie nadzieja może okazać się tą formą transcendencji, która tę pustkę wypełni. 

Wojciech Zalewski, autor książki “W poszukiwaniu nadziei. Eseje filozoficzne” w podcaście Tomasza Stawiszyńskiego nazywa nadzieję rodzajem otwartości, przeczuciem, a tym samym jednak formą wiary, że to co mnie czeka jest dobre, mimo tego, że doświadczam określonych ograniczeń lub cierpię.Podobnie jak Byung Chul Han, Zalewski, wyraźnie odróżnia nadzieję od wszelkich form optymizmu, który nie ma w sobie negatywności. Optymizm zdaniem Hana nie zna ani wątpliwości, ani rozpaczy. Jego istotą jest “czysta pozytywność”. Nadzieja zdaniem Hana jest natomiast “ruchem poszukującym”, niczego jej nie brakuje, jest w swojej istocie kompletna ponieważ nie odwraca się od życia, a przecież życie to również cierpienie i wspomniana już wcześniej - negatywność, która często z ogromną siłą wbija się w nasze biografie. W tym sensie zdaniem Hana nadzieja w niczym nie przypomina “pozytywnego myślenia” czy “psychologii pozytywnej”, których celem jest “pomnażanie szczęścia”. “Świat jest pomyślany jako Wielka Galeria Handlowa, w której dostajemy wszystko, co zamówimy” - pisze Han. Jego zdaniem kult pozytywności wtrąca w egoizm, wyklucza empatię, odcina od własnego i cudzego cierpienia - izoluje. “(...) nadzieję rozumiem przede wszystkim jako stan ducha (...) jest to nastawienie ducha, nastawienie serca, przekraczające świat bezpośrednio przeżywany i osadzone gdzieś głębiej, poza jego granicami” -  zauważa.
Więc jednak transcendencja zamiast wyparcia. Przyjęcie pełni doświadczenia - stan który przypomina zdrowienie bez ulgi każdej farmakologii. Myślenie nadzieją nie jest więc optymistyczne. Z tym właśnie stroi Zalewski u Stawiszyńskiego mówiąc o nadziei jako otwarciu się na dobro. Widzi w niej rodzaj obietnicy w konfrontacji na przykład ze śmiercią. Tak, tak - jesteśmy właśnie tutaj. Niespodziewanie robi się wyjątkowo poważnie. Nadzieja - mówi u Stawiszyńskiego filozof Zalewski - jest spoglądaniem poza śmierć, co oznacza, że wybieramy się na wycieczkę do wymiaru w pewnym sensie - religijnego. Nadzieja pozwala jednak w przeciwieństwie do wiary uniknąć konieczności czynienia deklaracji. Wiara wcześniej czy później powinna zamknąć się w jej wyznaniu. Wyznanie wiary jest aktem przystąpienia, a później stanem uczestnictwa. Nadzieja tego nie wymusza. Nadzieja ma w sobie o wiele więcej wolności, a tym samym z powodzeniem może łączyć pod swoją marką zarówno wierzących jak i niewierzących. Nadzieja jest aktem zaufania - czemuś, komuś, sobie. Odnosi się zatem do relacji, również do relacji w miłości. A zatem - paradoksalnie - to nadzieja będzie w tym wypadku potencjalnym źródłem wiary - nie odwrotnie.

Tyle Han i filozof Zalewski, a mnie to dobrze robi, bo szukam wytchnienia od materii znajdując ukojenie na miękkiej poduszce ducha, co pozwala mi w cokolwiek egzaltowany sposób opowiadać o tym, że brak nadziei jest ostatecznie przejawem kryzysu zaufania, a w gruncie rzeczy istnieje w ufności rodzaj ulgi, którego warto poszukać. Warto również poczynić szereg koniecznych ustaleń dotyczących miłości oraz tego czy istnieje dla niej jeszcze jakaś przyszłość, skoro - o czym wiedzą ludzie w określonym wieku - miłość nie jest samoistną przyczyną trwania ani dla relacji, ani dla stada i bywają sytuacje, w których traci status “ostatecznego argumentu”.

Przed zaśnięciem czytam jeszcze Andrzejewskiego, u którego taki oto fragment: 

“(...) Wracając piechotą, znalazłem się o piętro za wysoko, a chyba tylko w tym celu, żeby zobaczyć siedzącego na korytarzu Kruczkowskiego i jeszcze raz mieć okazję do stwierdzenia, że ma twarz dużą i miękką jak dupa. Satysfakcja oczywiście niezbyt wielka, ale z braku innych godziwych, wesoło usposabiająca, ponieważ śmieszność ludzi, których nie lubimy i przez których lubiani nie jesteśmy, zawsze pobudza do uczucia triumfu.”

Notatka Andrzejewskiego pogrążonego w głębokim, alkoholowym smutku oraz w równie głębokiej samotności człowieka, który wciąż musi coś ukrywać dowodzi, że nia ma takiej otchłani, w której nie można wybuchnąć śmiechem, który tę otchłań, chociaż na krótką chwilę uczyni mniej straszną. Czy można odnaleźć w tym odrobinę nadziei? Trudno powiedzieć. Z całą pewnością nic nie stoi na przeszkodzie, żeby jej w tym poszukać. 


 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...