"Stado. Dziennik"
20.11.2025 (czwartek)
Stan intelektualnego napięcia staje się coraz bardziej dolegliwy. Nasłuchiwanie, które w założeniu powinno mieć kształt niemal religijnego skupienia zamienia się w niepohamowany natłok myśli, pomysłów i proponowanych mi przez mój niepokój - aktywności.
“Niepokój” - czy odpowiednio rozumiem to słowo? Nie czuję przecież lęku, który mógłby znaleźć się tutaj omyłkowo na prawach synonimu. Tymczasem czuję w sobie napięcia wszelkich możliwych imperatywów i wszystko staje się na raz. Oczywiście najprościej byłoby wrócić do leków i przestać przejmować się samym sobą. Używać sprawdzonych okładów z farmakologii ku uciesze i zadowoleniu najbliższego otoczenia, któremu z całą pewnością mój nastrój może nie odpowiadać. Mój nastrój to kapryśny królewicz i skoro są na to leki znajdą się tacy, którzy wyjątkowo chętnie będą mi je ordynować. Wystarczy umówić stosowną wizytę. “Medykalizacja cierpienia”. Wspomina o niej Whitaker w “Zmąconym obrazie” pisząc o katalogowaniu zachowań i objawów oraz szukaniu rozwiązania problemu w niekontrolowanej kuracji farmakologicznej. Ja tymczasem mógłbym zostać oskarżony o poetyzowanie stanów dolegliwej udręki jeśli ktoś odłożyłby na bok konwencję tego dziennika i został wyłącznie na poziomie występujących tutaj skarg i zwierzeń. Tymczasem czytany wczoraj w nocy Camus pisze: “Jeśli chcesz być filozofem, pisz powieść”. Moja śmiałość w zadęciu prowadzonych tutaj rozważań rzeczywiście może być kwestionowana z tego punktu widzenia. Powieści natomiast nie napiszę. Brak mi odwagi. Nie tyle “odwagi mówienia” - z tym nigdy ku własnej zgubie nie miałem szczególnych kłopotów - co “odwagi podjęcia zadania”, które z całą pewnością przerosłoby moje kompetencje związane z umiejętnością wytrwania w określonym projekcie tak długo, żeby doprowadzić ten projekt do końca. A jeżeli powieść - to wyłącznie powieść ustawiona do wewnątrz. Powieść, której miejsce akcji to kolejne, bezbożne i niczym nieskrępowane dygresje. Powieść pozbawiona klasycznej fabuły, powieść bez praktyki konspektów, planów, alternatywnych zakończeń. Powieść, która sama siebie rozsadza, samą siebie prowadzi, sobie przewodzi. Nie sposób napisać takiej powieści bez szaleństwa, ja natomiast staram się robić wszystko, żeby w szaleństwo nie popaść. Szaleństwo jest walutą, w której spłaca się dług talentom, ja natomiast talentu prozatorskiego, który pozwalałby mi napisać taką powieść jestem po prostu pozbawiony. Mieć tą świadomość lepiej jest niż jej nie mieć, bo kiedy rozgląda się człowiek po rynku książki brutalnie nasuwają mu się dwa wnioski. Pierwszy jest taki, że nie wszyscy taką świadomością dysponują. Drugi jest taki, że o wiele gorsze od braku tej świadomości jest świadome “robienie” literatury małej, wtórnej, przeźroczystej, niskokalorycznej, względnej, aspirującej, wystającej w poczekalniach wszelkiej maści Konkursów i Nagród. O wiele gorsze od braku tej świadomości jest zajmowanie się literaturą, która rymuje się z “duchem czasu”, ideą lub ideologią, społeczną potrzebą, publicystyką, “palącymi problemami współczesności”, a w tym: inkluzywnością lub jej brakiem, feminizmem, szowinizmem, faszyzmem, socjalizmem, patriarchatem, matriarchatem, poligamią, poliandrią, polityką, świństwem lub poczciwością. Innymi słowy - brakuje powieści wielkich, ponieważ przychodzą one ze świata zdominowanego przez zredukowane namiętności. Redukcja namiętności jest rakiem, który morduje literaturę sprowadzając ją do rangi lokalnych mikroopowieści. Stąd wysyp terapeutyzującej literatury o dolegliwościach “ciała i duszy” pisanych z pozycji pacjentów gabinetów psychiatrycznych lub psychoterapeutycznych, stąd sprowadzenie dyskursu do poziomu płci lub po prostu diagnozy. Co gorsze - w tej przestrzeni nie toczy się przecież żadna wojna. Ta przestrzeń nikogo nie obchodzi. Życie po prostu jest gdzie indziej. Czy było tam zawsze? Nie wiem.
Trwa ładowanie...