"Stado. Dziennik"
22.11.2025 (sobota)
Ten dziennik zbłądził, a ja zbłądziłem z dziennikiem. Myśl, która towarzyszyła mi w pierwszych akapitach rozszczepiła się w tekście na dziesiątki wątków, a przecież to miała być opowieść o tym jak rośnie we mnie niemądre pragnienie nadziei, jak rodzi się we mnie potrzeba innego opisu świata. Dziennik, który miał nasłuchiwać wibruje, pulsuje jak stroboskop.
Nocą zaledwie kilka godzin snu. Budzę się kilka razy. Czekam aż do pomieszczeń przedostanie się szare światło zwiastując początek dnia i będzie można bez winy chodzić po mieszkaniu, iść na spacer, czytać, mówić, pisać. Jest we mnie dziecinne przekonanie, że oto nocą bardziej wypada spać - niż nie spać. Że ciało ma prawo odpocząć, doświadczać długich minut niebytu - zmartwieć. Gdzie wtedy jestem? Skąd bierze się w człowieku przekonanie, że zasypiając ponownie się zbudzi. Że nie poderżną mu we śnie gardła, że go nie zgasi wylew albo, że serce nie zatrzyma się bez powodu, a śmierć stanie się absurdalna o wiele bardziej niż ta, którą znajduje się w umieraniu - świadomym, przytomnym, w lęku lub w zgodzie, ale jednak nie we śnie, na Boga! Nie we śnie. Jak niemowlę, dobite tajemnicą śmierci łóżeczkowej. Ileż nocy spędziłem obserwując klatkę piersiową moich dzieci, kiedy w okresie niemowlęctwa spały snem bezbronnych pół-ludzi, pół-roślin? Nie zliczę. Umierać w łóżeczku - dobra rzecz i niedobra - jednocześnie Umierać w łóżeczku we śnie to jak oddawać doświadczenie umierania walkowerem. Z drugiej strony, co nam po doświadczeniu, które nas zabija? Ten dziennik zbłądził, a ja zbłądziłem z dziennikiem.
Wczoraj film obejrzany wspólnie z synem - synonim czasu spędzonego razem. Coraz mniej tego czasu, bo jego nastoletnie sprawy domagają się wyłączności. Rozumiem to jako człowiek. Godzę się na to jako jego ojciec. Mimo to - nie czuję, że mi to pomaga.
Wi w drodze do Warszawy, Córka noc spędza u koleżanki z klasy. Zjadamy więc z synem obiad w pobliskiej restauracji, a następnie każdy z nas udaje się na osobny spacer. Syn z kolegą. Ja do empiku z zamiarem zakupu magazynu “Więź”, z którego zrezygnowałem kilka tygodni temu. Efekt jest taki, że wracam z Mannowskim numerem “Kronosu”, a “Więzi” nie kupuję, bo jej po prostu nie ma. Spacer przez rozświetlone centrum - jeszcze nie przedświąteczne, ale już czuje się w powietrzu, że za chwilę pojawią się witrynach pierwsze choinki, bombki i renifery. Obłęd świątecznej pozytywności znów zapanuje w miejskiej przestrzeni, przejmie kontrolę na długie tygodnie i wszyscy znowu nabiorą przekonania, że jest w tym “szczególnym okresie” jakaś nadzieja na lepsze. Zabawne, ale łapię się na tym, że mam ochotę w to uwierzyć.
Trwa ładowanie...