"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

21.11.2025 (piątek)


 

W nieprzyzwoitym tempie czytam nową powieść Beniamina Labatuta przesłaną przez Czarne. “Maniak” niewiele różni się od wydanej uprzednio “Straszliwej zieleni”, lecz przecież nic w tym złego jeśli autor konsekwentnie operuje konwencją, w której czuje się wyśmienicie. Wszyscy natomiast mają z tego pożytek jeśli robi to dobrze. A zatem mimo deklaracji czynionych w korespondencji prowadzonej z Radkiem, wbrew obietnicom czynionym samemu sobie, że odtąd czytał będę jedynie to, co służy moim najskrytszym potrzebom i poszukiwaniom - a tym samym pozostawał będę nieposłuszny wszelkim imperatywom recenzenckim - piszę o Labatucie. Nie potrafię zapanować nad nawykiem, który odbiera mi spokój niczym nie obciążonej lektury. Gdyby jeszcze kogoś ta praca obchodziła. Gdyby to rzeczywiście miało w sobie jakąś niepodważalną istotność. Tymczasem wypluwam z siebie setkę tekstów rocznie tylko po to, żeby któregoś dnia zgasły wraz z nieuchronną śmiercią cyfrowego świata, nad którym wisi groza możliwych blackoutów, cyberataków albo innej równie przejmującej apokalipsy nieuchronnie  prowadzącej nas wprost do jaskiń, w których będziemy tłuc się po łbach maczugami nad kawałkiem kości pozwalającej ogryźć się z resztek gnijącego mięsa.

Brakuje mi pokory, żeby zrozumieć i zaakceptować “niemożliwe”. Zbyt wiele czeka i chce być poznane. Zbyt wiele domaga się wchłonięcia. Zbyt wiele chciałbym zrozumieć. Zbyt wiele - zapamiętać. “Niemożliwe” wisi nade mną ciężką chmurą widmowej oferty wiedzy, doświadczenia, mądrości. Udręka “niemożliwego” sprowadza się bowiem do jego dostępności. Istnieje zatem potencjalność, której nie sposób sprostać. Istnieje “zbyt wiele”. Zbyt wiele domaga się współudziału. Z tej perspektywy każda chwila spędzona na czymś, co oddala mnie od “niemożliwego” wydaje się przecież stratą czasu. Czy istnieje “czas do stracenia”? 

Na domiar złego znów dają o sobie znać kłopoty z koncentracją. Naturalna konsekwencja “górki”, która zjawia się w rytmie znanego mi cyklu. Przetrwać “górkę” czy wdrapać się na nią korzystając z jej uroków, bo przecież są dobre strony tego stanu, w którym wszystko we mnie staje się prędkością - mgnieniem. Jestem zmęczony. Jestem niewypoczęty. Jestem gotowy do pracy. Jestem obudzony. Jestem bezsenny. Jestem nienasycony. Jestem pragnący. Jestem. W każdym centymetrze ciała, które schodzi z wagi czuję obecność napięcia, które domaga się ulgi. Gdyby “niemożliwe” stało się możliwe - to byłaby ulga na miarę wyzwania. A tak - wciąż patrzą na mnie z wysokości stosów - książki, których nie zdążę przeczytać. Wciąż mijam wraz z dniem szukając chwili wytchnienia w nocy, która kiedyś wydawała się zbyt krótka, teraz paląc papierosy w ciemności liczę na to, że ciało wie lepiej jak oddychać, wie lepiej czego potrzebuje i zrobi ze mną co zechce. Jestem gotów poddać się żądaniom ciała, ponieważ jestem śmiertelnie zmęczony żądaniom tego, który w nim mieszka. 

 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...