"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

28.11.2025 (piątek)


 

Wciąż organizuję sobie przyjemność czytania pozbawionego konieczności pracy recenzenckiej. King - “Worek kości”. Bezwstydnie i radośnie pogrążam się wieczorami w lekturze tej dobrze zrobionej powieści bez towarzyszącego mi wcześniej w podobnych sytuacjach poczucia winy. Marnowanie czasu nie powinno być naszym problemem jeżeli zaczniemy postrzegać ten bezbożny akt jako nieunikniony. Staram się powiedzieć, że czas “niemarnowany” lub “nie marnowany” to fikcja oparta na przekonaniu, że nasze życie ma jakiekolwiek znaczenie w wymiarze nieco szerszym niż gospodarstwo domowe, rodzina lub grupa przyjaciół. Zresztą, każda z tych przestrzeni bez trudu zaakceptuje fakt naszego nieistnienia. O pracy zawodowej nie wspominam, ponieważ jak uczy doświadczenie późnego kapitalizmu - nie ma ludzi niezastąpionych, a na nasze miejsce nie będzie wiecznym wakatem. Niczym innym nie zajmuje się przecież kapitalizm jak nieustannym trzymaniem nas w komunikacyjnej sprzeczności. Z jednej strony rozbudza w nas ambicję tworząc złudzenie nieopisanych wprost możliwości rozwoju - również tego osobistego, na czym zresztą zbudowano gigantyczny i lukratywny przemysł wellnessu. Z drugiej strony utrzymując nas w przekonaniu, że wciąż pozostajemy niewystarczający, a jeśli nawet odnosimy wrażenie, że jesteśmy potrzebni i przydatni, to z całą pewnością nie jesteśmy bezpieczni. Wystarczy bowiem na chwilę stracić odpowiednią czujność żeby nasza produktywność okazała się zbyt mała, nieadekwatna do potrzeb - innymi słowy - wątpliwa. 

Więc, kilka dni temu kończę kolejną powieść Kinga zawstydzony faktem, że finał “Worka kości” okazał się poruszającym doświadczeniem. W związku z tym podejmuję niezwłocznie dwie konieczne decyzje. Pierwsza jest taka, że do Kinga wrócę za kilka tygodni mierząc się tym razem z jego powieścią kryminalną. Druga jest taka, że najwyższy czas sięgnąć ponownie po Andrzejewskiego, Camusa i zaległy, czekający na eksplorację mannowski numer Kronosa. 

Śpię fatalnie. Co więcej - mam wrażenie, że “górka” we mnie rośnie i dojrzewa. 

W związku z kinową premierą “Norymbergi” Vanderbilta czytam reportaż pod tym samym tytułem napisany przez Jacka El-Hai’ego. Książka nierówna, w wielu miejscach krytycznie nieznośna pod względem stylu. Mniej więcej w połowie tekst staje się nieco lepszy i bardziej interesujący, mniej w nim powtórzeń wynikających z eksplorowania tej tematyki przez literaturę, film i popkulturę w stopniu niemal krytycznym. W recenzji z książki staram się nie ograniczać i kończy się na tym, że pacyfikuję zarówno El-Hai’ego jak i samego wydawcę za ten odgrzewany kotlet, który dość cynicznie Czarne serwuje tuż przed premierą filmu Vanderbilta. Tak czy owak wspólnie z Wi wybieramy się dzisiaj do kina na “Norymbergę”. 

Tymczasem mroźny, słoneczny poranek. Orzeźwiający chłód przypomniał mi wszystkie zimy mojego dzieciństwa, kiedy listopad odcinał resztę roku pierwszymi opadami śniegu, które były białą granicą tego, co czekało nas przez kolejne miesiące, bowiem tamten klimat nie przewidywał zim bezśnieżnych, a definitywna odwilż zjawiała się w połowie marca lub na początku kwietnia. Dziś zakup sanek dla dziecka wydaje się absurdalny w równym stopniu, co zakup kąpielówek przed planowanym wyjazdem nad Bałtyk. Nic pewnego. Żadnej stałej. Same zmienne poza jedną wiszącą nad światem zmorą gromko wieszczonej przez media apokalipsy. A jeśli nie apokalipsy, to z całą pewnością jakiegoś Armagedonu, bo w tym konflikcie wartości, w które część świata udaje - że wierzy - a druga część im zaprzecza, chodzi jednak jeszcze o jakąś walkę. Niekoniecznie Dobra ze Złem, ale na pewno Lepszego z Gorszym. 

Nieznośne napięcie w mięśniach. Sztywność karku. Ból głowy, który miały uleczyć fachowe dłonie rehabilitanta, powraca, ponieważ z rehabilitantem rozstałem się po dwóch (dosłownie) wizytach. Nie czułem się najlepiej dotykany przez mężczyznę dłońmi, na których powierzchni znajdowały się ciemne i gęste włosy. Nie jest to przejaw homofobii, chociaż tak może zabrzmieć to wyznanie. Ciało podpowiadało mi jednak, że to nie jest dotyk, pod którym moja głowa przestanie boleć, a mięśnie wokół mojego karku zmiękną gwałtownie lub w konsekwencji systematycznych zabiegów. Na dodatek nie sypiam najlepiej. Sypiam źle, chociaż dzisiejsza noc nie należała do najgorszych. Przespałem bowiem bez wybudzeń niemal cztery godziny ocknąwszy się dopiero przed czwartą. Nie potrafię ograniczyć nikotyny. Dwie kawy dziennie, to również nie najlepszy pomysł w okresach, kiedy “górka” skutecznie zastępuje energetyk. Nic na to jednak nie poradzę, że smak kawy jest jedną z niewielu przyjemności, których jeszcze sobie nie odmówiłem i nie mam zamiaru tego robić. 

W trakcie palenia papierosa pomysł na początek powieści:

- Taki ładny był z niego chłopiec - powie matka, w dniu mojego pogrzebu, kiedy w końcu pochowają mnie obok urny z prochami ojca. Nowotwór w jego końcowej fazie rzeczywiście zmienił mnie nie do poznania. Przede wszystkim straciłem włosy. Moje rysy wyostrzyły się, policzki zapadły, cera stała się szara i matowa, a niezdrowa szczupłość sylwetki nadała jej cechy kruchej, niestabilnej konstrukcji przypominającej martwą samosiejkę. Poza tym niewiele się zmieniło. Dzieci wyjechały na zaplanowane wakacje. Basia odebrała pieniądze z polisy ubezpieczeniowej nadpłacając kilka rat kredytu mieszkaniowego, moje ubrania trafiły do foliowych worków i powędrowały do jednej z fundacji, którą Basia wspierała od wielu lat za co nasze dzieci otrzymywały co roku paczki bożonarodzeniowe, chociaż tłumaczyliśmy, że to jest wdzięczność zupełnie niepotrzebna. W pracy na moje miejsce przyjęto kogoś młodszego na czym zaoszczędzono dość sporą sumę pieniędzy, a kiedy Basi wreszcie udało się odblokować mój telefon na ekranie wyświetliła się tapeta z reprodukcją “Krzyku” Edwarda Muncha. Uśmiechnęła się postanawiając niezwłocznie skontaktować się z operatorem żeby zlikwidować numer. Przyglądałem się temu z miejsca, które mamy w zwyczaju wyobrażać sobie na milion różnych sposobów powoli orientując się, że nie jest ono niczym, co dałoby się opisać językiem ludzi żywych, a przede wszystkim nie miałem pojęcia co dalej. Ponieważ najwyraźniej było jakieś “dalej” skoro ta opowieść dopiero się rozpoczyna.

Więc przyszedł mi do głowy początek powieści, której nigdy nie napiszę i natychmiast poczułem wielką ulgę związaną z tym, że pisać jej nie muszę, a nawet nie powinienem. 

 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...