"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

01.12.2025 (poniedziałek)

 

W piątek wycieczka do kina. “Norymberga” Vanderbilta okazuje się filmem, który nie zostawia po sobie żadnego śladu. Nie zostawia go we mnie. Nie zostawia go w Wi, a już na pewno nie zostawia go w mężczyźnie siedzącym przed nami ponieważ po godzinie seansu, śpi snem sprawiedliwego. Co gorsze - głośno chrapie. Kiedy szturcham go w ramię na jego kolanach zauważam resztki popcornu i opakowanie po batoniku Mars. Powinienem pozwolić mu spać. Wcześniej pochłonął wiadro kukurydzy popijając ją galonem gazowanego napoju. Z jego nadwagą i krótkim, świszczącym oddechem - sen w trakcie projekcji może mieć moc ratowania życia. Z całą pewnością odsuwa od niego i tak nieuchronny, niemal pewny zawał. 

Po “Norymberdze” natomiast mam w sobie mniej więcej takie wrażenia jakie zostają we mnie po przeczytaniu przeciętnej powieści, których nadprodukcja niesie ze sobą jedynie refleksję o śmierci drzew, które musiały umrzeć tylko po to, żeby czyjeś słowa mogły zostać wydrukowane na papierze. Innymi słowy zadaję sobie pytanie: Czy to musiało zostać opowiedziane? A jeśli tak, to czy musiało zostać opowiedziane właśnie w ten sposób?

To nie jest film słaby w sensie ścisłym. To jest po prostu kino dla tych, którzy o historii mają wiedzę mętną i nieusystematyzowaną. To jest film dedykowany widzom, których poziom olśnień wyrażony w tej narracji zadziwi tylko dlatego, że wcześniej jakimś cudem uniknęli kontaktu z urodzajem narracji krążących wokół problemu procesu norymberskiego, wiecznie aktualnego pytania unde malum, nie spotkali się z wierszem Cohena o Eichmannie i o tym co napisano już po Arendt o banalności zła lub wręcz przeciwnie - o jego demoniczności, totalności i podstępności. Wiele jest w “Norymberdze” komiksowego uproszczenia, wiele jest w postaci Goeringa pretensjonalnych klisz.. Wiele jest w tej historii banału, który wprawdzie ma swoją moc, ale nie zawsze skutecznie się broni. Temat miał w sobie potencjał, który mógł zostać wykorzystany w konwencji dramatu sądowego lub rzeczywiście pogłębionego studium przypadku poświęconego umysłowości narcystycznej, psychopatycznej czy Bóg raczy wiedzieć jakiej jeszcze. Tymczasem dostajemy kulejącą opowieść, która próbuje nami wstrząsnąć archiwalnym materiałem zarejestrowanym przez aliantów w trakcie lub po wyzwoleniu obozów koncentracyjnych i obozów zagłady. Materiałów, które również w żaden sposób nie są już niczym nowym i trzeba dołożyć niemałych starań żeby do dzisiaj nie wiedzieć o ich istnieniu, nie obejrzeć ich wcześniej w dokumentach lub innych produkcjach filmowych. Przede wszystkim - nie uwierzyłem w Goeringa - Crowa i w Kelleya - Maleka. Crowe pozostał Maximusem z istotną nadwagą (wbrew temu, że Goering w takcie procesu był już dość mocno “odchudzony”), a Malek był Mercurym bez nadliczbowych trzonowców. Na dodatek Malek boleśnie niepoważny, manieryczny i po prostu słaby. Nie rozumiem fenomenu tego aktora. Nigdy nie rozumiałem. W przypadku “Norymbergi” Malek jawi się jako błąd obsadowy. Nic ponadto. Co więcej - przestroga Kelley’a,, która brzmiała mniej więcej tak: Ameryka pełna jest takich Goeringów, bądźmy czujni, uważni, nie pozwólmy się oszukać, ponieważ Oni nie zawsze noszą obce mundury - ta przestroga nie dźwięczy mi w uszach jak sygnał alarmu, gubi się gdzieś pomiędzy ewidentnym graniem Vanderbilta na “Oscara” i kompletnym brakiem podstaw do tego, żeby to był jednak jakiś “Oscar”. 

Rano wybieram się na spacer. Odsłuchuję wiadomości od Radka. Odpowiadam. Próbuję czytać w marszu, ale grabieją mi dłonie, a przenikliwa wilgoć niszczy papier. Podobnie jak w dwa minione weekendy - czytam Kinga. Uparłem się i bezwstydnie cieszę z tej beztroski lektury. Po południu wracam jednak na chwilę do esejów Manna i do Zalewskiego. Nadzieja jako zagadnienie zaległa odłogiem, Andrzejewski nietknięty od tygodnia smutno spogląda ze stosiku książek, a lista lektur wydłuża się nieustannie. Wieczorem podczas rozmowy z Justą mówimy o braku pokory i o jej konieczności, bo przecież ów brak pokory ugniata nas w kompulsjach, każe nam porywać się na wszystko, sięgać po wszystko, co należałoby wiedzieć, przeczytać, zrozumieć, uwewnętrznić, wyjęzyczyć, opisać - innymi słowy przeżyć, złożyć temu świadectwo z życia. Dziecinne przeświadczenie, że można. Że da się. Że zdołamy. Głód, którego nie sposób nasycić. Piekło możliwego nadmiaru. 

Mieć w sobie spokój półanalfabety. Wyrzec się tego głodu. Odwrócić się od pragnienia. A przecież żyje się pośród ludzi, którzy mają w domu pięć książek. Wystarczy im to pięć książek na resztę życia. Jeśli wypowie człowiek głośno myśl do tej podobną - zaraz przyprawią mu rogi jakiegoś klasizmu i pogardy. Jakby pogarda dla głupoty oraz intelektualnej stepizacji tej ziemi i jej mieszkańców była czymś, z czym należy walczyć, co należy leczyć jakąś narracją o wyrozumiałości. Nie znajduję w sobie odruchu usprawiedliwiania umysłowego gnuśnienia, bezmyślności - jej powszechność, masowość niczego nie tłumaczy, nie powinna stanowić punktu odniesienia jako norma, która sama dla siebie jest trucizną. Zapytaj kogokolwiek czego pragnie, a w odpowiedzi usłyszysz komunały o dobrym życiu. Wciąż zastanawiam się czy od braku literatury gorsza jest obecność literatury podrzędnej, słabej, wtórnej, modnej i poprawnej. Śmierć drzew za tym stoi. Nic więcej? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć wyczerpująco, jednoznacznie.    

Czytam Manna, a w głowie dzwoni mi cytat z “Notatników” Camusa:

"Intelektualista? Tak. I nigdy się od tego nie odżegnywać. Intelektualista = ten, który się rozdwaja (....) 'Gardzę inteligencją', oznacza w rzeczywistości: 'Nie mogę znieść moich wątpliwości.”

 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...