"Stado. Dziennik"
09.12.2025 (wtorek)
Justyna pisze powieść, podczas gdy ja piszę dziennik. Nikomu niepotrzebny, zapis rozmyślań, co do których jakości mam tyleż pewności, co do ich ogólnego sensu. Używając słowa - niewiele - oszczędnie oddam ich charakter. Tymczasem wciąż nie mogę zdobyć się na wysiłek redakcyjny, a mój nowy tom wierszy - dawno już przecież ukończony, leży nietknięty, chociaż wiem, że bez tego jego publikacja w roku 2027 zaczyna budzić coraz większe wątpliwości. Tyle że coraz częściej interesuje mnie już tylko to, co wiąże się z jakimś wymiernym skutkiem. Wydanie tomu wierszy nie wiąże się natomiast z niczym, co być może wyjaśnia moją skomplikowaną (w ostatnich miesiącach) relację z pisaniem przeze mnie wierszy. Z resztą, nie piszę ich od maja, a w tym roku napisałem ich naprawdę niewiele. Co więcej - zupełnie nie zaprząta mi to głowy, nie martwi mnie, nie stanowi źródła twórczego niepokoju, a przez to, nie spędza mi snu z powiek. Po prostu - zupełnie mnie to nie obchodzi.
Kilka dni temu długa rozmowa telefoniczna z Bogdanem w sprawie mojego odbioru jego powieści “Żywychupadanie”, którą nareszcie zdołałem przeczytać. Recenzji z książki nie piszę, ponieważ mam do niej zbyt wiele uwag krytycznych, a przecież Frymorgen to jest autor utalentowany, wysokowrażliwy, uważny, tyle że pisze zdecydowanie zbyt wiele, a Austeria nie zapewnia mu najwyraźniej kompetentnych redaktorów, którzy by Bogdanowi pomogli nieco wyhamować, odsiać, wyrzucić, skreślić, a od czasu do czasu po prostu wycofać się z projektu. Grzechem tych próz jest nadmiar. Zbyt wiele tam wszystkiego w zbyt małej przestrzeni. Na dodatek metafora dopełniaczowa nadużywana z pasją początkującego poety, który niewiele jeszcze w życiu przeczytał przez co nie do końca rozumie z czego to jest zrobione i dlaczego tego tak robić nie należy (podobne rzeczy robi Lęcki na swoim fejsbukowym profilu). A przecież to nie Bogdan. Bogdana stać na wiele więcej. I jeszcze czułość, która jest u Bogdana siłą i słabością. Nikt tam nie czuwa nad tym, żeby czułość nie osuwała się w czułostkowość. Żeby wzniosłość, do której Bogdan ma niepohamowaną skłonność nie przepadała w patosie lub kiczu, do którego w tym wypadku bliżej niż mogłoby się nam wszystkim wydawać. Kicz jest niebezpieczeństwem zawisłym nad każdym tekstem, który nie odwraca się od afektywności, a już na pewno staje się ryzykiem, z którym muszą się liczyć ci autorzy, którzy po afekt sięgają jak po narzędzie ekspresji. Bogdan sięga. Tyle że wrażliwość i mądrość Frymorgena są jego mocą, z której ów korzysta. Choćby podczas naszej, niemal godzinnej rozmowy. Bogdan słucha. Ale też rozumie i koniec końców sobie ufa. Co niekoniecznie musi okazać się dobre dla Bogdana prozy, ale z całą pewnością świadczy o tym, że jako twórca Frymorgen wie kim jest i wie dokąd zmierza. Przede wszystkim rozumie dlaczego to robi i po co. To dużo. Imponujący w Bogdanie jest brak literackich ambicji, który wydaje się autentyczny. On to naprawdę robi dla siebie. Albo po prostu - doskonale potrafi to zagrać.
Wczoraj uczestniczę w projekcji filmu dokumentalnego stanowiącego część cyklu filmowego obrazującego historię Częstochowy. Klub Politechnik pełen ludzi. Frekwencja wysoka. Na sali kilku oficjeli. Uroczystość prowadzi były redaktor działu kulturalnego częstochowskiego wydania Gazety Wyborczej. Dokument, o którym mowa, w tej części dotyczyć ma lat 1945-1950. Znam dobrze poprzednie materiały i trudno przejść obok nich obojętnie, bez uznania dla ich twórców. Tym razem niestety jest inaczej. Winą można obarczyć tych, którzy postanowili użyć w materiałach mających “przykryć” narrację płynącą z offu - obrazem - wygenerowanym przez sztuczną inteligencję.
Więc oglądamy miasto na fotografiach, które teraz zostają wprawione w ruch. Machają do nas z ekranu robotnicy i mieszkańcy miasta. Uśmiecha się do nas wymachując nieprawdziwą dłonią generał Fieldorf - Nil. Uśmiecha się radośnie, chociaż lektor informuje nas, że został zamordowany przez komunistyczną bezpiekę. Ulice Częstochowy przecinają marsze nieprawdziwych, nigdy nieistniejących postaci cywilnych oraz tych w uniformach Wehrmachtu i Armii Czerwonej. Liczne halucynacje w elementach umundurowania. Ręce, które nie należą do nikogo. Twarze przypominające fizjonomią topielców spoglądających na nas spod tafli wody. Wozy pancerne i kamienice trawi nieprawdziwy ogień. Nieprawdziwe miasto wygląda z kadrów raz po raz. Naturalnie potrafię odróżnić fragmenty wygenerowane od tych, w których realizatorzy wykorzystali materiały archiwalne, mimo to całość pozbawiona jest należnej wydarzeniom powagi, a postaci, które puszczają do nas oko (dosłownie) z ekranu, pozbawione są na dodatek godności. Arogancja z jaką ktoś potraktował całość przypomina pomysł poruszania martwą babcią w trumnie, żeby wydała się bardziej żywa. Żeby raz jeszcze można było w babci dojrzeć tę miłą starszą panią, z którą mieliśmy w zwyczaju jadać urocze podwieczorki. Można oczywiście ratować się poczuciem humoru, można również postawić pytanie czy tego rodzaju zabiegi formalne są etyczne lub wprost zapytać o moralny charakter przedsięwzięcia. Czy w nadchodzącej przyszłości będziemy jeszcze w stanie odróżnić to, co prawdziwe (archiwalne) od tego, co zmyślone (wygenerowane)? Czy to, że abdykujemy w ten sposób zrzekając się dobrowolnie prawa do poznania prawdy - choćby “prawdy ekranu” - jest przejawem głupoty, arogancji, braku szacunku dla tych, którzy byli tutaj przed nami? Czy nie zapewniamy sobie prostej rozrywki stymulując wyobraźnie, której podsuwamy fałsz w miejsce autentyczności?
Dyskusji o tym zabrakło po projekcji, którą zakończyła rozsądna, przywołująca nas narracyjnie do porządku wypowiedź jednego z twórców materiału (odpowiedzialnego za konsultację historyczną) oraz pełne zachwytów i samozadowolenia wypowiedzi pozostałych twórców. Wreszcie warto zapytać o tych, których z wykorzystaniem sztucznej inteligencji wprawiono w ruch. Kim byli i czy przypadkiem ten zabieg nie odbiera im przywołanej już wcześniej godności? Czy martwi nie powinni zastygnąć na fotografiach z grymasem, który towarzyszył im w chwili wykonania zdjęcia? Czy ich ożywione sztuczną inteligencją usta i oczy, które błądzą nieprzytomnie nie sprawiają, że stają się śmieszni, dziwaczni, nienaturalni, a ostatecznie boleśnie nieprawdziwi? Czy nie mają prawa odejść i czy nie urządzamy sobie bezwiednie laboratorium wprost z rejestru grozy, w którym zasiadający do pisania prompta specjalista staje się kimś w rodzaju Frankensteina zszywając z płatów cyfrowych ciał jakieś widmowe, pokraczne postaci? I wreszcie - czy nie mamy w takim wypadku do czynienia z jawnym, ostentacyjnym i gromko oklaskiwanym gwałcie na idei dokumentu, który przecież w swojej istocie ma być źródłem poznania i doświadczania jakiejś prawdy o czasie, o którym stara się opowiedzieć? W czym uczestniczymy doświadczając przedmiotowych wrażeń? Czy przypadkiem historia, w ten sposób “ożywiana” i popularyzowana nie staje się lunaparkiem, odpustową uciechą, jarmarczną rozrywką, która plącze wyobrażone z faktycznym stając się polem działania dla ich odpowiedzialności lub braku odpowiedzialności twórców podobnych materiałów? Czy przypadkiem historia, a przez to my sami, którym, ktoś przygotowuje kolejne historyczne narracje nie zawierzamy ich rzetelność, fachowość, dosłowność, wiedzy i merytoryczności lub wręcz przeciwnie - bazujemy na ich arogancji, braku wyobraźni i elokwencji, ignorancji, bezczelności, pysze, bezrefleksyjności i próżności? Kiedyś z całą pewnością zadamy te pytania głośno. Możliwe, że będzie już wtedy zbyt późno i wiele trudniej będzie oddzielić ziarno od plew, które już teraz zaśmiecają dawne archiwa.
Trwa ładowanie...