"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

11.12.2025 (czwartek)


 

Późna lektura tekstów Manna (najnowszy numer Kronosa) i kilka stron Andrzejewskiego. 

W tekście zatytułowanym "Pochwała przemijalności" Thomas Mann nazywa "przemijalność" - "duszą bytu" pisząc, że "jest tym, co wszelkiemu życiu nadaje wartość i godność oraz czyni interesującym, albowiem to ona stwarza czas – czas zaś jest, przynajmniej potencjalnie, najwyższym, najbardziej użytecznym darem, w swojej istocie spokrewnionym, wręcz tożsamym z wszystkim, co twórcze i czynne, wszelką ruchliwością, wszelką wolą i wszelkim dążeniem, z wszelkim doskonaleniem, wszelkim postępem ku wyższemu i lepszemu. Gdzie nie ma przemijalności, nie ma początku i końca, narodzin i śmierci, tam nie ma też czasu a bezczasowość to stojąca w miejscu nicość, równie dobra i równie zła jak ona, coś absolutnie nieinteresującego." Jednocześnie w tym samym tekście Mann zauważa że czas ludzi twórczych ma "inną strukturę, inną gęstość, inną wydajność niż luźniej tkany i łatwiej się rozpływający czas owej większości".

“Przemijanie mnie trapi…” - zwierza się bohater Pilichowskiego spisu cudzołożnic “ jednej ze swoich słuchaczek. Ja natomiast podzielam owo utrapienie, chociaż  jest we mnie jednocześnie wiele badawczego zdumienia, które towarzyszy mi ilekroć staram się przyglądać zdarzeniom, które instynktownie umieszczamy na osi czasu, ponieważ  w ten sposób łatwiej nam pojąć i zrozumieć charakter naszego istnienia. Jego w gruncie rzeczy 

 - istotę - pozbawioną najczęściej (niestety) istotności

Przemijalność w ujęciu Mannowskim (o ile mogę pozwolić sobie na tego rodzaju określenia) jest mi szczególnie bliska. Czas - jeśli porzucimy kwantowe koncepcie, w których  może się on okazać złudzeniem (czy nim nie jest?) odkąd pamiętał miał dla mnie fundamentalne znaczenie. Od wczesnego dzieciństwa obsesyjnie zapamiętywałem daty określonych zdarzeń. Kiedy tylko zacząłem pisać wiersze - datowałem dni, miesiące i lata ich powstania. Liczyłem miesiące życia roślin i ludzi. Widzialem jak czas otacza pnie drzew coraz grubszą i solidniejszą wastwą kory, jak znaczy swój ślad na ścianach budynków, kładzie się patyną na miedzianych dachach kościołów, gasi życia moich bliskich i odkłada się warstwami komórek w ciałach moich dzieci. Przyglądałem się jak zastyga w świetle na fotografiach. Jak schnie na obrazach. Dość późno zrozumiałem, że ów rozpaczliwy obyczaj był i jest - skazaną na klęskę - próbą “spowolnienia obrotu ziemi”. Innymi słowy - powstrzymania nieubłaganie rozpędzonej machinerii, która wprawia w ruch wszystko to, co przesądza o naszym (moim) osuwaniu się w jedynie możliwym kierunku - ku śmierci. I tak jak przed wielu laty - sama świadomość śmiertelności - nie przesadzała jeszcze o istnieniu świadomości, że śmierć istnieje naprawdę i wcale nie musi się zjawiać ponieważ jest we mnie od początku i to ją właśnie nazywam “moim życiem”, to ją czuję w pulsującej tętnicy, w uderzeniu serca, i że to nic innego jak tykanie kosmicznego zegara, który z nieubłaganą dokładnością odmierza kolejne uderzenia począwszy od pierwszego, aż po te ostatnie. Tak dzisiaj owa świadomość przybiera formę zdumienia, że potrafię postrzegać ją jako rodzaj “daru”, o którym pisze Mann, kiedy mówi o czasie i tym, że to on (a przez to naturalnie jego upływ) nas stwarza. Leżymy na deskach będąc odliczani, czy może korzystamy z mapy, na którą czas naniósł przestrzeń, a my dzięki temu możemy poruszać się we właściwym kierunku - oczywiście ku śmierci?  Bo przecież kierunek jest jeden. Tyle tylko, że dzięki temu, że istnieje mapa (czas, nie bezczas) wie człowiek przynajmniej mniej więcej, w jakiej przestrzeni się porusza i dokąd zmierza. Wciąż jednak nie ma bladego pojęcia jak długo jeszcze będzie w tej podróży i czy przypadkiem jej cel nie jest już bliżej, niż dalej. Kurz, który posiada na przedmiotach to też zegar. 

Swoją drogą - powinienem posprzątać mieszkanie. W dzisiejszej rozmowie z Radkiem pojawia się interesujący wątek zapachu mieszkań mężczyzn, którzy mieszkają sami. Że niby nie jest to zapach szczególnie atrakcyjny dla zmysłu powonienia. Więc wraca do mnie wspomnienie pewnej wizyty (potrafię ją bez trudu opatrzyć datą dzienną), które rzeczywiście potwierdza brutalną w swojej ostrości obserwację Radka. 

Tymczasem moja przestrzeń ma zapach palonych namiętnie kadzidełek. W ostatnim czasie dominuje aromat, który producent określił jako “opium”. Jeśli religia to opium dla ludu, to zapach mojego mieszkania mieści się w tej koncepcji religijności. Coś wisi w powietrzu i pachnie. 

Dziś w księgarni zapach kobiecych perfum otwiera w mojej pamięci dostęp do danych przechowywanych w niej od mniej więcej lat czterdziestu. Ktoś pachnie jak moja nauczycielka języka polskiego. Jest drugą połową lat osiemdziesiątych dwudziestego stulecia. Za oknem jest już ciemno, więc muszę mieć “drugą zmianę”, co oznacza, że lekcje kończę przed dziewiętnastą. Omawiamy Mickiewiczowską “Grażynę”, a może “Konrada Wallenroda”. Pani Szmidt stoi nade mną i krzyczy, bo wtedy na dzieci krzyczano zupełnie bezkarnie, systemowo i koncepcyjnie. Więc ona stoi i krzyczy, a ja wdycham jej zapach, który przypomnę sobie kupując Lovecrafta w częstochowskim Empiku jedenastego grudnia w połowie trzeciego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku - czterdzieści lat po tym jak mój mózg zarejestrował pudrowy aromat jej perfum. 

Gdyby nie istniał czas, ta historia byłaby o wiele bardziej pozbawiona sensu, niż kiedy została opowiedziana wobec jego istnienia. Mann ma rację - czas czyni życie o wiele bardziej interesującym. A jeśli nawet nie dostrzegamy w tym żadnej ontologii to z całą pewnością  bywa dobrym fundamentem dla anegdoty. 


 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...