"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

17.12.2025 (środa)

 

Od kilku dni wyraźne pogorszenie nastroju. Naturalna konsekwencja wcześniejszej “górki”, która przez swoją intensywność była dość mocno wyczerpująca. Ze spokojem przyjmuję zatem biegun wprost przeciwny, co może wydawać się pewnym paradoksem - że oto smutek witany jest przeze mnie z radością. Tyle, że to jest radość człowieka, który doskonale wie z skąd ta “radość” i ów smutek przychodzą - a przychodzą z ciemności. 

Czytam “Miasteczko Salem” Kinga realizując powzięte postanowienie zgłębiania narracji związanych z wszelką grozą. Oczywiście poza doniesieniami serwisów informacyjnych. Tam groza nosi twarze cynicznych i nieodpowiedzialnych rejdżbajtów, klikbajtów, wszelkiej innej gangreny oraz procesów gnilnych drążących współczesne dziennikarstwo. A może już “dziennikarstwo”. Nie wiem.

Poza tym po latach wracam do “Ziemi obiecanej”, którą oglądamy wspólnie z synem w niedzielne przedpołudnie. Staram się widzieć ją oczyma szesnastoletniego chłopca, z którym na przestrzeni ostatnich dwóch lat obejrzałem ponad sto siedemdziesiąt filmów, co stanowi część planu budowy kapitału kulturowego, z którym być może jego życie będzie miało w sobie więcej możliwych perspektyw. W związku z tym po raz pierwszy dostrzegam jak w gruncie rzeczy starzeje się formalnie dzieło Wajdy, które pięćdziesiąt lat temu dostało nominację Akademii Filmowej. “Ziemię obiecaną” oglądałem dziesiątki razy, mimo tego z dzisiejszej perspektywy - wprost nieznośna wydaje mi się Kalina Jędrusik i pretensjonalny do granic przyzwoitości jawi się Daniel Olbrychski w scenach, które mają obrazować wyuzdaną namiętność. Pozostając w optyce mojego szesnastoletniego syna Olbrychski i Jędrusik irytują mnie o wiele bardziej niż kiedyś, chociaż zawsze patrzyło się na to z trudem i zażenowaniem. Możemy oczywiście umawiać się na określoną teatralność aktu, ale niech to chociaż w stopniu podstawowym będzie przypominało akt seksualny. Tymczasem to, co wydarza się na ekranie jest połączeniem objawów zatrucia pokarmowego z ulgą, którą przynosi wypróżnienie. Nic na to nie poradzę. Tak wyglądają wybitni polscy aktorzy, którzy w tym obrazie starają się opowiedzieć nam o pożądaniu. Zresztą jest to w pewnym stopniu przekleństwo polskiego kina. Polskiego kina, ale też polskiej kultury jako takiej, w której seksualność istniała w przestrzeniach odległych od siebie biegunowo. Po jednej ze stron była wulgarność i rynsztok, po drugiej - romantyzowana ckliwość i czułostkowość. Nic pomiędzy. A jeśli już coś pomiędzy - to wstyd. Rumieniec, pąs i krępujące milczenie. Chichot pensjonarki lub tubalny śmiech rubasznego wujka. Pokraczność uwodzenia i nieudolność figur. Wszechogarniające, panujące bezwzględnie przerysowanie obsługiwane przez takie postaci jak Katarzyna Figura, czy Grażyna Szapołowska. O ile klęski dało się uniknąć w komedii, o tyle dramaturgia w kinie robionym serio nie potrafiła już tego udźwignąć. Seks w kinie polskim minionej epoki to brudna woda w łazience, w której ktoś krzywo położył kafelki, skurcz łydki, ból kręgosłupa i wzgórek łonowy pokryty gęstym puklem. Horror ciała, w którym nikt nie czuje się dobrze. Mrok. A w tym mroku - jęk i krzywizny postsynchronów.

Nie oznacza to, że współcześnie wygląda to lepiej. Zamieniliśmy jedynie siermiężność na soft porno. Przykrywamy je miękkim filtrem. Wydepilowani wciąż mamy w sobie systemową nieudolność, nie-radość, niepewność i nadal brakuje nam języka, którym moglibyśmy w odpowiedni sposób nazywać. Począwszy od części ciała, na czynnościach skończywszy. Dopóki słowo “srom” istniało będzie w języku polskim - biada nam. Biada naszej wyobraźni i wrażliwości. 

Idą Święta. 

…a jeśli idą Święta to koniecznie, jak co roku - choinka. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn od lat choinki nie wnoszą już na sobie do domów, zapachu. Stoją martwe - choć na pozór - żywe, w pewnym sensie przypominając tym o ludzkiej kondycji w epoce,  której przyszło mi doświadczać. Życie - współczesny człowiek rozpaczliwie stara się je zatrzymać. Czyni kolejne zabiegi zmierzające do zapewnienia sobie “nieśmiertelności.” Niechęć, a przede wszystkim lęk w myśleniu o procesach starzenia. Jednocześnie niemiłosierna i przejmująca powierzchowność w przeżywaniu świata - wszelka redukcja tego, co może nadejść z praktyk kontemplacyjnych, ze wspomnianego już tutaj wielokrotnie nasłuchiwania. Wszystko to sprawia, że bardziej nie ma nas - niż jesteśmy. Co nie oznacza, że choinki można nie kupić. Kupić trzeba, dlatego kupuję i w poniedziałek wspólnie z dziećmi ubieramy martwe drzewko, żeby przez miesiąc cieszyło nas swoją bezwonną obecnością. 

A skoro już była mowa o nasłuchiwaniu, skoro przywołałem ów lęk towarzyszący, któremu na imię starość - ciekawie pisze o tym Kingsnorth w “Upadłych bogach” czyniąc następujące spostrzeżenia:  "W naszej kulturze, o ile mamy kulturę, nie dysponujemy rytuałami przejścia, ponieważ nie rozumiemy tranzycji oraz obawiamy się starości i śmierci. W naszej kulturze się nie dorasta. Rodzice zachowują się jak dzieci, 60-latkowie ubierają się jak 30-latkowie, mężczyźni są wiecznymi chłopcami. Kapitalistyczna kultura konsumencka sprawia, że znajdujemy się w nieustannej nastoletniości, czyli jakbyśmy utknęli za zamkniętymi drzwiami i nie wiedzieli, jak je otworzyć. Ta kultura sprzedaje wymówki jak Kościół odpusty, a smród zepsucia jest równie odrażający.." 

Rzeczywiście wydaje się, że zjawisko niedorastania ma już swoją tradycję na gruncie kultury, w której funkcjonujemy. Być może stanowi nawet istotny filar naszej cywilizacji. Jej glinianą nogę. Kolos musi się zachwiać skoro ostentacyjnie ignoruje fakty. Miliony niedorosłych mężczyzn. Miliony niedorosłych kobiet. Niedorosłe dzieci, które życia nauczane są przez niedorosłych “dorosłych” i naturalnie zawsze gotowy do współpracy czat GPT. Zawsze gotowi wyciągnąć pomocną rękę influencerzy wykluwający się jak pryszcze z tkanki mediów społecznościowych. Bo przecież wbrew temu, co pisał Gary Snyder przywołany tutaj kilka stron wcześniej w cytacie z Kingsnortha - naszą “starszyzną” nie są książki. Książka również została zredukowana. Powszechnie - do poziomu wyszukanej rozrywki. Kulturowo - do poziomu nadprodukowanej autofikcji. Użytkowo - do poziomu coraz mniej potrzebnego poradnika lub zwierzeń celebryty. Tak jakby człowiek koniecznie chciał zaznaczyć swoją obecność w śmierci drzewa. Szkoda tego, bo jeśli nie będziemy potrafili zbudować epickiej narracji o nas samych, zrobi to za nasz wcześniej niż później jakiś bardziej lub mniej udany model językowy, który wbrew naturze tego narzędzia lubimy nazywać sztuczną inteligencją. 

Piotr przysyła mi książkę Jerzego Surdykowskiego, “Nadzieja na sensowność świata”. Nic o niej nie wiem. Nic nie wiem o jej autorze - naturalnie poza tym, o czym informują blurby na okładce, a zgodnie z ich brzmieniem: “(...) Jerzy Surdykowski poszukuje odpowiedzi na pytanie: dlaczego umysł dociekający prawdy o kosmosie, kwantach czy tajemnicy życia wciąż formułuje pytania bez odpowiedzi, dotyczące niepoznawalnego Absolutu?” 

Miły gest ze strony Piotra, z którym od niemal roku nie pozostaję już w kontakcie, a przecież mieliśmy robić wspólnie adaptację mojej książki dla jednego z poznańskich teatrów. Nie specjalnie sprawia mi przykrość fakt, że nie robimy, ponieważ nie wiem, czy znalazłbym w sobie energię, którą należałoby oddać temu przedsięwzięciu. Życie wydaje się dużo bardziej interesujące i o wiele bardziej uważne, kiedy człowiek odwraca wzrok od siebie kierując go ku światu - w ogólności. Wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć nie jesteśmy niewyczerpalnym źródłem zagadek. Wręcz przeciwnie. Przez większość czasu na Ziemi tkwimy uwikłani w kilku, dominujących w nas obsesjach. Każdy ma swoje. Każdy koniec końców coś dźwiga. Kiedy się o tym pamięta można z większą czułością przyglądać się Drugiemu, a przecież drugi człowiek jak zwykł pisywać w swoich coraz bardziej grafomańskich postach na FB - Paweł Lęcki - to “groza w czystej postaci”. Więcej grozy mówiąc szczerze odnajduję w metaforach dopełniaczowych, których Paweł nie potrafi używać, niż w owym Drugim, który go tak przeraża. Potrafię oczywiście z pozycji mizantripijnych zrozumieć tę egzaltację, którą Lęcki okrasza swoje codzienne przeglądy prasy. Dziwi mnie tylko, że tak wyraźne, tak głośne i powszechnie czytane, wyrażane niemal wprost wołanie o pomoc nie budzi wątpliwości i niepokoju jego czytelników. Więc owa groza, kiedy się w nią wsłuchać, kiedy przygląda się jej człowiek uważniej, okazuje się być wyłącznie zapisem równania, które można sprowadzić do następującej formuły: nieznane = strach. Kiedy w miejsce tego, co nazywamy strachem podstawimy dowolną zmienną okaże się, że nieznane wcale nie jest nie do poznania. A jeśli nawet, to wciąż możemy próbować, zbliżać się, widzieć więcej, sięgać ku ciemności, żeby wydobyć z niej tajemnicze kształty i sylwetki. Może się zdarzyć (choć nie musi), że cień widmowego monstrum zamieni się wtedy w porzucony na poręczy fotela płaszcz, a koc zwinięty w nogach łóżka przestanie być wężowiskiem. Żywy człowiek natomiast może okazać się dialogiem, który w przypadku straumatyzowanych mediami społecznościowymi twórców cyfrowych wydaje się jedyną możliwą formą terapii. W przeciwnym razie po tamtej stronie czyha wyłącznie pogłębiające się, sięgające granic przejmującej samotności - opadanie. Osuwanie się w kierunku analogowego w swojej istocie - dna. 

Zabawne, że to właśnie ja piszę o Człowieku jak o kimś, kto może okazać się ratunkiem. Czy to wystarczający dowód na to, że nadzieja, o której tyle tutaj zostało napisane podjęła już we mnie jakąś pracę. A może to ja podjąłem pracę w nadziei - z nadzieją zaglądając do wnętrza wszystkich zanurzonych w mroku przestrzeni, które dotąd pozostawały niedostępne - strasząc. Co znajduje się zatem po znaku równości, w wymyślonym na poczekaniu równaniu, które zaryzykowałem jako ktoś, komu jednak radziłbym trzymać się z daleka od metafor sięgających po matematyczne zawiłości? 

Wciąż zastanawiam się, czy powinienem napisać do Lęckiego w sprawie jego dopełniaczowych metafor? Lęcki to mądry człowiek, który w tym przypadku grzeszy nikczemnością stylu. Z drugiej strony jest w grzechu coś żywego. Coś, co Lęckiemu jest potrzebne o wiele bardziej  - niż styl. 

 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (2)

Trwa ładowanie...