"Stado. Dziennik"
19.12.2025 (piątek)
"Ciało jest zawsze bardziej samotne od duszy. Dusza, Wielki Boże! Ile atrakcji, może wątpliwych, ale trakcji. Z ciałem proszę państwa, trochę gorzej. (...) Nie człowiek jest samotny, to blaga, nasze ciała są samotne"
- notuje Andrzejewski w dzienniku w ostatnim dniu roku 1966. Często wraca
u Andrzejewskiego motyw ciała i jego dręczących potrzeb. Zmysłowość jest w tym dzienniku krwiobiegiem. Ból fizyczny, ale też wszelka wibracja związana z pożądaniem. Wybrzmiewa to mocno we fragmentach podobnych do tego:
"Niestety – zrealizowane łóżko natychmiast potrzebuję łóżek następnych i zawsze udekorowanych innymi ciałami. Pożądliwość zjada samą siebie, już w trakcie rozkoszy (jakże uciążliwym!) myśli się o możliwości rozkoszy kosztowanych w towarzystwie innym. Nie istnieje realizacja pożądania, istnieje wyłącznie i jedynie pożądanie, ów zapładniający i zabójczy niepokój szukania i penetrowania."
Nienasycenie, a jednocześnie rozpacz posiadanej już świadomości - że oto wszystko na marne. Że głód seksualny jest głodem wampirycznym, że nie istnieje żadne dno, że pić można na umór, a i tak nie ugasi się pragnienia. Że na końcu tej drogi jest starość i nieuchronnie związana z nią niemoc bądź stopniowa, bolesna utrata mocy. Wybrzmiewa to w dzienniku Andrzejewskiego mocno i wielokrotnie. Marna w tym pociecha jeśli bierze się pod uwagę stopień uważności, którym posługiwał się w swoich obserwacjach, a przecież wszyscy jesteśmy z ciała, które wcześniej czy później zacznie nas zawodzić. Raz jeszcze zatem Andrzejewski, który pisze:
"(...) pozostaję w istocie tym, kim byłem w czasie pierwszej miłości – kurwą, która szalenie się kocha, lecz najbardziej potrzebuje adoracji. Potrzebę podziwu, miłości właśnie nazywam kurwiarstwem. (...) W literaturze najpełniejszą kurwą w moim rozeznaniu jest lord Jim. Cechy kurwy: ambicja i niepewność. Potrzeba uznania, potwierdzenia. W prawdziwej kurwie tkwi jedno: fedeizm. Kurwa, w zależności od swoich osobistych uzdolnień, balansuje pomiędzy wiarą i zwątpieniem, wiarą może być idea, a również pożądane ciało; zwątpieniem może być wszystko. Kurwiarstwo nie jest sprzedajnością. Jest czymś bardziej ludzkim: zależnością."
Jednym słowem - słabość - do której Andrzejewski nie obawia się, raz po raz, przyznawać, którą epatuje. Być może z tego powodu wydaje się tak żywy, gdzie żywy oznacza autentyczny. Zdarza się bowiem, że osiągamy wiek, w którym na nic zdadzą się umizgi i wykręty - wobec świata i wobec samego siebie. Wiek bezwstydny, obnażający, wiek nagi, kiedy stajemy w prawdzie, ponieważ przestaje nas zadowalać ironia, przestaje nam wystarczać sarkazm. Chcemy odtąd mówić otwarcie. A jeśli tak - to również - brutalnie. Wiele w ten sposób ryzykując, bo przecież kłamstwo jest uroczym narzędziem, które w pewnym sensie nas cywilizuje. Pozwala nam przetrwać we wspólnotach, w których “nie ranić” jest jedenastym przykazaniem. Jesteśmy częścią kultury, którą ta cywilizacja powołała do życia. W tej kulturze obudziliśmy w sobie nominalną “wrażliwość”, której przejawem zamkniętym w ramy zjawiska jest to, co określamy mianem “wokeness” - najwyższy stopień przebudzenia na wszelkie formy dyskryminacji.
A zatem święte, gromkie, głośne i konsekwentne oburzenie, w które angażujemy się niemal z religijnym zaangażowaniem. Trend lub zjawisko doskonale widoczne w środowiskach określanych lub pozycjonujących się jako lewicowe. A zatem: zdogmatyzowany światopogląd, inkluzywność sprowadzająca się do wzmożonej kontroli języka, co często po prawej stronie używane jest jako argument świadczący o próbach ograniczania swobody wypowiedzi (zdarza się, że to argument zasadny), wreszcie konieczność autocenzury - nieuniknionej jeśli dotyka się kwestii tożsamościowych czy równościowych. Karą za naruszenie w tym wypadku będzie medialny lincz. Jednoinstancyjny wymiar “sprawiedliwości”, w którym sędzią może być każdy uczestnik widmowej formy życia na forum mediów społecznościowych, które niezwykle chętnie i gorliwie udzielają praktyce linczu, gościnności. Jej przejawem jest przecież kolejne kulturowe zjawisko cancelingu. Śmierć cywilna, będąca efektem reakcji łańcuchowej na przejaw złamania lub przekroczenia normy uznanej za słuszną i obowiązującą w określonym środowisku (bańce?) Bywa bowiem tak (czego przykładem jest wokeness), że dobra intencja oraz słuszność założenia przeistaczają się w formę opresji i rygor, który zamiast dbać o szerokie spektrum wolności - tę wolność ogranicza. To nie paradoks. To nie aberracja. To wydarza się zawsze i wszędzie tam, gdzie dogmat usiłuje zastąpić krytyczne myślenie. Wszędzie tam - gdzie wiara, zastępuje argument.
Ale Andrzejewski nie o tym - na szczęście. To ja zaplątałem się w dygresję, a przecież powinienem wrócić do ciała, które do mnie mówi. Ciało mówi, a ja ciała nie słucham. Ciało przewodzi napięcie. Ciało niesie je w mięśniach, w ramionach, w plecach i karku. W bólu głowy. Ciało chce leżeć. Chce trwać w bezczynności. Stawiam ciało do pionu. Posyłam je w miasto, w odległości. Dziesiątki tysięcy kroków - oferta dla nóg. Dziesiątki tysięcy stron pokrytych gęstym drukiem - oferta dla oczu. Cukier, tłuszcz, węglowodany, błonnik, białko i jeszcze raz cukier. Nikotyna. Kofeina. Post, a po nim znów pokarmy, marsze, książki.
Ciało pragnie odpocząć. Chce zasnąć, więc usypiam ciało. Budzę się nocą. Rano zrywam się z łóżka, żeby powtarzać w dobrze znanym rytmie serie rytuałów. W rytuałach poczuć się bezpiecznie. A przecież te obroty, te kręgi - widzę to coraz wyraźniej - nie potrafią powstrzymać tego co wcześniej czy później musi się przecież wydarzyć. Ciało wypowie posłuszeństwo i trzeba będzie zmierzyć się z ciałem w zupełnie nowej formule. W ciele człowieka, który zaczyna się starzeć. W styczniu skończę czterdzieści dziewięć lat. Stulecie wcześniej ludzie w tym wieku padali jak muchy. Ja tymczasem, wbrew wszystkiemu, mam się przyzwoicie, co dzisiaj wyjaśniam w rozmowie Andrzejowi, którego niepokoi ton tego dziennika. Jest w tym coś nieprzyzwoitego, bo przecież rozpad jest zjawiskiem fascynującym, o ile nie dotyczy nas w sensie ścisłym (a może nawet i wtedy). Romantyzujemy upadek, każdą klęskę. Opowiadamy sobie bajki o moralnych zwycięstwach. I jeśli nawet broni się to w dialektyce, to niekoniecznie spełnia swoją funkcję na poziomie tak elementarnym jak ciało. Ciało upada ostatecznie. Geriatryczna dekonstrukcja ciała - to wszystko, co ma nam do zaoferowania ów katalizator pożądania i namiętności - przytulny boks dla dwóch rączych koni, na które w tym biegu tak wielu fałszywie postawi. Wszystko, co może mieć wartość większą niż płyn ustrojowy lub kolejny wyrzut dopaminy - jest gdzie indziej. Trzeba było być Stwórcą ironicznym i złośliwym, żeby receptorem odbioru świata, w którym poruszamy się z większą lub mniejszą bezradnością, uczynić ludzkie ciało. A jeśli nie jest to po prostu demiurgiczny figiel, to jest to figiel innej, perfidnej natury. Z drugiej strony jak pięknie jest tym ciałem oddychać i dotykać. Jak pięknie potrafi być ciało. Bezwzględna konfrontacja jego harmonii i sprawności z jego upośledzeniem i śmiercią wydaje się okrutnym żartem. Próbą charakteru. Grą podjętą z własną i cudzą próżnością. Ćwiczeniem duchowym w rzeczywistości, w której nikt już nie mówi o duszy. Nikt już nie mówi o Duchu. Ktoś taki nie zostanie przecież potraktowany poważnie. Więc ciało - narzędzie poznania, które sadzasz człowieku na miękkiej dupie i mówisz do ciała: Spójrz jak pięknie! A potem wszystko i tak - bardziej lub mniej gwałtownie - dobiega końca. Po dupie ani śladu. Zostaje worek kości. Przy odrobinie szczęścia wyrośnie na tobie dąb lub jakaś lipa. Ogólnie lipa. Tak to zostało zorganizowane. Piękno bezwględnie brutalnego porządku. Polub i udostępnij.
“Ciało, prawdziwa droga kultury, wskazuje nam nasze granice” - pisze Camus w “Notatnikach”. Szach. Mat.
Trwa ładowanie...