"Stado. Dziennik"
27.12.2025 (sobota)
Świąteczna przestrzeń grozy. Rodzinność objawiona. Architektura miejsc akcji. Tło oraz emocjonalne spektrum zdarzeń. Trzask opłatków. Szczęk noży na porcelanie. Martwa ryba. Grzyb w kapuście. Ucho w barszczu. Pieróg i kapusta. Śledź w jabłku. Mak w cieście. Mięso i warzywo. Kotlet i miodownik. Monolog i dialog. Cmoknięcia w rozgrzane policzki. Śmiech dzieci i jazgot dorosłych. Tam i z powrotem przez Polskę. Pobudzenie. Zmęczenie. Niewyspanie. Razem i osobno. Radość, że razem. Smutek, że osobno. Sianko pod obrus. Plamka na koszuli. Prezent pod choinką. Palenie pod klatką. Istotna rozmowa. Nieistotna sprzeczka.
I jeszcze - spacery na mrozie. Para z ust. Koła w ruch. Ruszyła maszyna po szynach powoli. Się toczy. Się zdarza. Się dzieje. Zapamiętać. Zanotować. Że ważne. Że byłem. Że było. Byliśmy. Bardzo możliwa potencjalność - szczęście. “Bój się Boga! Żeby takie słowa dźwigać musiał ten dziennik” - głos w głowie. Ryzyko możliwej potencjalności - kicz… “(...) to kategoryczna zgoda na byt” - pisze Kundera. Nie odwracać się od estetycznych dwuznaczności - powtarzam sobie raz po raz w napięciu śledząc rozwój biesiadnych wypadków. Ostatecznie wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne. Każda rodzina nieszczęśliwa jest nieszczęśliwa na swój sposób - powiada Dostojewski (a może Tołstoj? - nie pamiętam). Stada, które do siebie przychodzą z rutyną stada. Stada przekonane o własnej słuszności. Gotowe stać przy swoim. Ślepe na innych. Pozornie uważne nieustannie wyrządzające sobie drobne przykrości. Uwikłania, zależności, splątanie. Patriarchaty, matriarchaty, domowe dyktatury i demokracje. Mężczyźni, którzy śpią głęboko w impotencji woli i sprawczości. Kobiety, które im towarzyszą - udręka życia obok mężczyzn odwróconych od własnej męskości. Pokraczność archetypów. Wstyd i brak odwagi. Nuda konwencji.
Pomyśleć, że to drugi człowiek ma się okazać ratunkiem, to zgrzeszyć ignorancją wobec tej ilustracji, dowodu naocznego, wobec wiedzy, która przychodzi w tym, co oko potrafi dostrzec, a ciało poczuć. Nie w tym rzecz, że rodzinność spotkań to wyłącznie nieprawda, fałsz i słaby teatr. W istocie jednak to jest zawsze obłędny korowód, który sunąc potyka się, meandruje, udaje, że wie dokąd zmierza i dlaczego zjawił się z tym karnawałem, a przecież każdy pogrążony jest w samotności - wypartej lub porzucanej na rzecz przeżyć stadnych - tej pustki, która imituje pełnię. Mieć odwagę powiedzieć to na głos - nie innym - samemu sobie to wykrzyczeć do ucha. Stanąć wobec tego w prawdzie i przyjąć to jak uczciwą i sprawiedliwą śmierć. Choćby w to Boże Narodzenie - minione i przeszłe - jak każde kolejne święto stada. Oczekują od nas współudziału. “Nie chcę przynależeć. Chcę być.” - pisze Kingsnorth w “Okrutnych bogach”. Z tym się zmierzyć zamiast toczyć nierówną walkę z nuklearną siłą bigosu, gastryczną apokalipsą śledzia w cebuli i jabłku, ciemnością maku i otwartą czaszką włoskiego orzecha. Skąd zatem uczucie, które przypomina do złudzenia kojące zadowolenie, które przy odrobinie dobrej woli można określić mianem ulotnego uczucia szczęścia. A jeśli nie szczęścia w sensie ścisłym to z całą pewnością ulgi, która pojawia się, kiedy znika otchłań, w którą się spogląda wiedząc (jak chciałby Nietzche), że i ona w nas patrzy. Obłęd dręczących sprzeczności. I pomyśleć, że trzeba z tym żyć.
Trwa ładowanie...