"Stado. Dziennik"
01.01.2026 (czwartek)
Po nieprzespanej nocy - wbrew temu czego można spodziewać się w takich okolicznościach - dzień udany i satysfakcjonujący. Przyczyna wydaje się nie budzić wątpliwości bowiem od niemal tygodnia spędzam czas blisko stada, a nawet w stadzie w sensie ścisłym. Na dodatek - spędzam go na aktywnościach właściwych dla stada, które kiedyś wydawały mi się przeciekaniem czasu, pustym przebiegiem lub wprost rodzajem nieambitnej prozy, a dziś jawią się jako interesująca narracja w rejestrze cokolwiek elegijnym, ale jednak o znaczeniu co najmniej istotnym. Nie dlatego, że owe aktywności są dla mnie czymś nowym. Dzisiaj po prostu znam ich nieprzeliczalną wartość. Mówiąc zupełnie wprost - właściwie tę wartość rozpoznaję, a to z kolei okazuje się wystarczające, żeby chcieć być dokładnie tutaj gdzie jestem dzisiaj. Być świadomie, bez poczucia jakiejkolwiek straty (przeciekanie czasu). Wręcz przeciwnie - być tutaj z poczuciem realnego, rzeczywistego zysku.
W ostatnim dniu roku kończę “Szczelinę” Kariki. Decyduję się na krótką recenzję z tej książki, która nie jest wyborem z kręgu moich wyborów recenzenckich. Rejestry grozy są czymś zupełnie nowym w przestrzeni moich zainteresowań. Coś jednak skłania mnie do tego, żeby zmierzyć się z tekstem spoza mojej strefy komfortu. Wciąż czytam “Przewodnik po technikach narracyjnych” Wielopolskiego szykując się na kolejne powieści Kinga, Barkera, czy Strauba.
Upływu czasu. Zatrważające tempo. Mam wrażenie, a właściwie jestem głęboko przekonany o tym, że czas uległ niezrozumiałej kompresji, a dni i godziny trwają krócej, co staje się odczuwalne organicznie. Ciało buntuje się przeciw temu. Nie chce wydarzać się szybciej. Stąd niepokojące doświadczenie bycia oszukiwanym przez trudnych do ustalenia sprawców. Demiurgiczny szwindel kogoś, kto bez uprzedzenia zmienia zasady gry. Ćwierć stulecia mam przecież za sobą, a żyją we mnie wciąż intensywne wspomnienia tamtej sylwestrowej nocy, kiedy wszyscy zastanawialiśmy się czy milenijna pluskwa ogołoci nam konta, wyzeruje nasze dane w cyfrowych rejestrach, a my staniemy się mimowolnymi świadkami software’owej apokalipsy. Oczywiście nic takiego nie miało miejsca, o czym dowiedzieliśmy się już w południe 31 grudnia 1999 roku po tym jak północ wybiła w Nowej Zelandii i Australii. Kiedy o tym myślę odnoszę wrażenie, że ówczesne problemy Pierwszego Świata ważyły jednak odrobinę mniej niż ważą dzisiaj.
Tymczasem zima wciąż bezśnieżna. Dwa noworoczne spacery. Poranny i wieczorny. Ten pierwszy w towarzystwie Wi. Drugi w towarzystwie Radka, którego głos mam w słuchawkach. Wieczór spędzony z synem, z którym konsekwentnie brniemy przez dokonania przeszłej i współczesnej kinematografii. Rok 2026 otwieramy “Wielkim Szu” z doskonałym w tej roli Janem Nowickim i w niczym mu nie ustępującym Andrzejem Pieczyńskim. Zresztą - to jest kino bezwzględnie dobre. Korowód osobowości. Jakość sama w sobie, Kino, które starzeje się wolno i z godnością, bo ostatecznie starzeje się jak wszystko, ale owa starość jest krynicą jakości, po którą niestety sięga się dzisiaj niechętnie. Co jest w zasadzie zrozumiałe skoro miliony Polek i Polaków wyśmienicie bawią się w sylwestrową noc przy dźwiękach piosenek Zenona Martyniuka i bez poczucia wstydu i zażenowania śpiewają wspólnie z wokalistą zespołu Boys: “Niech żyje wolność, wolność i swoboda. Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda.” Jeszcze trzydzieści lat temu byłoby to powodem do kpin, a dzisiaj nikogo nie dziwi, nikomu zdaje się nie przeszkadzać. Jesteśmy dumni z naszych plebejskich korzeni i co nam zrobicie? Gust masowy - nowotwór na czułej tkance wszelkiej możliwej estetyki, ale też wszelkiej jakości. Jej pogrzeb, a właściwie - strącenie jej truchła na dno bezimiennego grobu. Tak to widzę.
Trwa ładowanie...