"Stado. Dziennik"
02.01.2025 (piątek)
Przedwczoraj - ostatni dzień roku. O ile pomiar czasu czyniony jest wedle reguł zachodniego kalendarza, a przecież już to - samo w sobie - pozwala przypuszczać, że więcej w tym zawracania głowy niż autentycznego końca i naturalnego początku. Tak czy owak zliczyliśmy do końca i liczyć będziemy od nowa. Na co będziemy liczyć? Trudno powiedzieć. Tyle beztroskich rozważań o szczęściu słyszy człowiek zewsząd z ust wszelkich autorytetów (ostatnio od wszechobecnej pani Wojdyłło, która podobnie jak terapeuta Rutkowski - zna się już teraz na wszystkim), że chciałoby się powiedzieć - liczyć będziemy na odrobinę szczęścia. Każdy na swoją. Bo w człowieku szczęśliwym pani Wojdyłło upatruje źródła rozwiązania wielu społecznych problemów, w tym na przykład problemu związanego z tak zwanym hejtem. Tyle, że ja w opresji owego dążenia do szczęścia widzę gruby szwindel i stał będę uparcie przy wyrażonym już tutaj poglądzie, że dobre życie, nie musi być życiem szczęśliwym. Innymi słowy - jak można zaufać abstrakcji, która znaczy niemal zawsze coś innego? Gdzieś z głębi lat trzydziestych ubiegłego stulecia przychodzą do mnie słowa Camusa, który w “Notatnikach” kreśli kilka następujących spostrzeżeń:
"Konieczność szczęścia i cierpliwe poszukiwanie go. Nie trzeba wypędzać melancholii, należy jednak tępić w sobie tę skłonność do komplikacji i nieszczęścia. Być szczęśliwym u boku przyjaciół, w zgodzie ze światem i zdobywać szczęście, krocząc drogą, która wszelako prowadzi do śmierci."
Przewrotny przepis na życie. Na szczęście (nomen omen) nieco wcześniej Camus czyni uwagę odrobinę bardziej liryczną, której głęboki sens zamknięty jest w pełnoskalowej metaforze:
“Jeśli jestem dziś tak oddalony od wszystkiego, to wynika to stąd, że nie mam innej siły niż miłość i podziw. Życie o twarzy z łez i słońca, życie w soli i nagrzanym kamieniu, życie takie, jakie kocham i jak im je pojmuję – kiedy je pieszczę, zdaje mi się, że wszystkie siły mojej rozpaczy i miłości jednoczą się ze sobą. Dzisiejszy dzień nie jest przystankiem między tak i nie. Jest w nim i zgoda, i odmowa. Odmowa i bunt wobec wszystkiego, co nie jest z łez i słońca."
Wiele w tym opozycji, które pozwalają urodzić się Nadziei, a przecież jak chcą ci, którzy poświęcili jej sążniste akapity, Nadzieja rodzi się wszędzie tam, gdzie pojawia się graniczność przeżyć, gdzie po przeciwnej stronie jest rozpacz.
A u Camusa miłość i zerwane unie. Te, które nie odtrącają szansy na odnowę. I te, w których trudno dopatrzeć się takiej szansy. Wszystko wydarza się jednocześnie i podobnie jak w przypadku Nadziei nie wymaga od nas zajęcia ewangelicznego stanowiska opartego na kategorycznym tak tak - nie nie. Nadzieja nie oczekuje deklaracji. Nie wymaga wyznania wiary, chociaż jest nią w swojej istocie, co może budzić lęk u typów przesiąkniętych narracjami z kręgu idiomu charakteryzującego Hitchensa czy Dowkinsa - błyskotliwych i przenikliwych ironistów, którym miałbym ochotę dzisiaj odpowiedzieć pytaniem: “I cóż z tego, panowie?”. A przecież jeszcze tak niedawno ufałem ich rozpoznaniom bezgranicznie. Z drugiej strony to przecież Hitchens zauważa, że im słabsza w człowieku wiara, tym silniejsza potrzeba jej manifestacji. Idąc tym tropem - być może - im mniej jest w człowieku Nadziei, tym więcej o niej innym ów człowiek opowiada.
Przekonać samego siebie. To jest wyzwanie godne natychmiastowego podjęcia. Dać sobie takie kłamstwo, żeby można było z niego wyprowadzić jakąś prawdę, albo dać sobie taką prawdę, żeby można było zignorować wpisane w nią kłamstwo. Wszystko wydarza się jednocześnie. “Zgoda i odmowa”. “Bunt wobec wszystkiego, co nie jest z łez i ze słońca.”
Ostatni dzień roku wedle wyznawanego przez nas kalendarza. Miejsce, w którym przyszło nam żyć jest wirującą kulą zdaną na łaskę odległej o eony gwiazdy, a co gorsze, zależną również od kaprysów nas samych. W tym całe nieszczęście. W człowieku, nie w gwiazdach, które mimo swojej kapryśności wydają się dużo bardziej stabilnym i godnym zaufania środowiskiem. Więc plan był taki, że mieliśmy wewnątrz stada uprawiać rodzinność. Uprawialiśmy i była w tym radość, bo lat mi przybywa i coraz mniej mnie interesuje cokolwiek poza istotną więzią z tymi, których uważam za bliskich. Tymczasem moim najsurowszym sędzią okazuje się czas, który bezwzględnie mnie odlicza - tak jakbym już leżał na deskach, a przecież lubię wyobrażać sobie, że to zabawne wymachiwanie pięściami w kolejnych starciach z losem - wciąż jeszcze ma mniejszy lub większy - ale jednak - sens. Dać sobie taką prawdę, żeby można było zignorować wpisane w nią kłamstwo. Łatwo powiedzieć. Trudniej wdrożyć. Więc obudziliśmy się w dwudziestym szóstym roku dwudziestego pierwszego stulecia. Zawracanie głowy z tymi rachunkami, ale przyznać muszę najuczciwiej, że wciąż nie potrafię uwolnić się od porządku dat.
Trwa ładowanie...