"Stado. Dziennik"
06.01.2025 (wtorek)
Podczas porannego spaceru czytam Surdykowskiego, którego kilka tygodni temu przysłał mi Piotr. “Nadzieja na sensowność świata” wydaje się obiecującym zbiorem esejów, które niestety muszę w marszu porzucić z uwagi na silny mróz i bolesne drętwienie palców moich dłoni, którym niewiele pomógł fakt, że uzbroiłem je w podwójne rękawiczki. Starzeję się i szybciej wyziębiam. Tracę ciepło.
Tak czy owak pod wpływem jednego z akapitów u Surdykowskiego, krótka, pobieżna refleksja. Skłonność do aktów konwersyjnych lub - bardziej ogólnie rzecz ujmując - skupianie uwagi na szeroko pojętym Absolucie, pojawia się i występuje u ludzi starszych lub nieco więcej niż metrykalnie dojrzałych. Oczywiście jeśli występuje u nich w tej przestrzeni chociaż cień refleksji rodzących potrzebę namysłu, który miałby w sobie moc jakiejkolwiek przemiany w środowisku późnego kapitalizmu, który poświęca przecież tak wiele uwagi temu, żeby nas myślenia rozumianego jako rodzaj kontemplacji - po prostu - oduczać
Wróćmy jednak do zagadnienia. I tak - uważałem do niedawna, że człowiekiem - wraz z upływem lat oraz w procesie starzenia - w odruchach konwersyjnych powoduje przede wszystkim strach - uzasadniona obawa konfrontowania się z tym, co nieuchronne. Że jest tak jak twierdził Publiusz Papiniusz Stacjusz, mianowicie: "Bogów na świecie stworzył naprzód strach." Że oto śmierć cieplna, zapadanie w nicość, wymusza na człowieku dyżurnym lękiem taktyczny odwrót na wcześniej upatrzone pozycje - tam gdzie teologia znów skuteczne zastępuje filozofię. Że kieruje człowiekiem u progu starości owa potrzeba wypełnienia pustki, ukojenia lęku, który dla strachu jest zawsze rodzajem “poszerzenia pola walki”. Wraz z upływem czasu, który nawet jeśli pozostaje złudzeniem, wciąż nie jest przecież czymś pozbawionym znaczenia, zacząłem rozumieć, że owa skłonność może być - po prostu lub w swojej istotnej części - niczym innym jak sumą doświadczeń, przejawem głębokiego rozczarowania, które znajduje swoje źródło w zawierzeniu światu i jego ofercie - owym migotliwym lśnieniom, fałszywym błyskotkom, wiecznie niezaspokojonemu pożądaniu oraz wstydliwej, ale wciąż ludzkiej potrzebie posiadania.
Paradoksalnie zatem to, co w swojej pyszne brałem za przejaw słabości, a nawet braku odwagi, jawi się teraz jako przejaw mądrości i doświadczenia, wszystkich tych, którzy temu ulegają. Być może nawet przejaw spokoju, który sam się odnalazł będąc wieczną zgubą.
Istnieje nawet podejrzenie, że oto dzielę to doświadczenie ze wspomnianą resztą, nie będąc w tym nikim wyjątkowym, ponieważ jest to doświadczenie dość powszechne jeśli człowiek nie odwraca się radykalnie od myślenia.
Jest owo doświadczenie wpisane w tropy moich rozpoznań - począwszy od tych lekturowych, skończywszy na próbach wprowadzania - nazwijmy to - duchowego porządku w chaos, który panuje w umyśle mojego pokolenia. Ów umysł zdominowany jest przez wszechogarniające Ja - namiętnie lokowane w centrum wszechświata, który przestaje być nagle heliocentryczny i kręci się odtąd wokół pępka, który wszyscy mamy nad miękkim podbrzuszem.
Natomiast jeśli głębiej zastanowić się nad tym, co wiemy o Wszechświecie oraz jego nagłym powstaniu. Jeśli pochylić się nad tym na poziomie największej nawet ogólności, to należałoby przyjąć, że jest on rodzajem uniwersum łączącym w sobie elementy mające swoje źródło w przypadku oraz takie, które znajdują swoje źródło w nieuchwytnym, niezrozumiałym, ale jednak - celowym działaniu. Owo działanie można naturalnie widzieć w intencjonalnej aktywności opisanego w taki czy inny sposób - Stwórcy - lub można tego wypatrywać w sprawstwie widmowego, przeczuwanego i leżącego poza granicą poznania, Absolutu (czytaj: Siły lub Mocy).
Oba źródła mają jednak charakter nadnaturalny i określony wymiar metafizyczny. Obu przypisuje się zdolność do wprawiania w ruch lub do utrzymywania w biegu obrotu Ziemi i galaktyk. Co więcej - charakter takiego myślenia wskazuje określony punkt na mapie, której używamy poruszając się po niezbadanych dotąd terytoriach. Ów punkt znajduje się natomiast poza tym, co rozumiemy jako czas i przestrzeń. Wszystko ma przeciąć się ostatecznie jak dwie równoległości, które przecież nigdy nie powinny się spotkać. Nieco inaczej rzecz ujmując można powołać się tutaj na słowa Jerzego Surdykowskiego, który we wspomnianym zbiorze esejów pisze:
“Nauka dzisiejsza oczywiście nie prowadzi do wiary, bo nie da się racjonalnie udowodnić niczego, co nadprzyrodzone. Ale może prowadzić do zwątpienia w ateizm. A to czyni wielką - i nie w pełni jeszcze przyswojoną przez nas ludzi - zmianę w myśleniu o świecie.”
Trudno się z tym nie zgodzić. Oczywiście mnie trudno się nie zgodzić, ponieważ ten dziennik pomimo swojej pozorności, wciąż jednak jest próbą zmierzenia się z głosem, który wybrzmiewa w mojej - nie w cudzej głowie.
Przeczuwam, a właściwie niemal wiem, że mój ateizm, deklarowany do niedawna jako trwały i ugruntowany światopogląd przeżywa dzisiaj trudne chwile. Drży w posadach. Zagadnienie sprowadzić można bowiem do pytania, które zamienia w rodzaj anegdoty czeski ksiądz katolicki, wykładowca Uniwersytetu w Pradze, Tomàš Hàlik, który powiada, że ilekroć spotyka na swojej drodze ateistę, pyta go “w jakiego Boga nie wierzysz, ponieważ być może podzielamy tę samą niewiarę?”
Jest w pytaniu Hàlika coś, co dotyczy mnie wprost. Jest coś, co w zawstydzająco prosty sposób łamie kod dostępu do moich pożal się Boże upartych twierdzeń i stanowisk. Wciąż bowiem chodzi o Boga, który nie tylko znajduje sobie miejsce w tym akapicie na poziomie frazesu, ale pozostaje obecny również w świadomości piszącego te słowa - chrześcijanina a rebours. Możliwe, że wyłącznie przez to nominalnego ateisty. Odwrotność, ale wciąż na powierzchniach tej samej monety.
Chrześcijaństwo postrzegam wciąż jako jeden z możliwych opisów świata - być może jedyny wyczerpujący, ale jednak w następstwie uznania niesionych przez niego “prawd” - ograniczający. Warto również pamiętać o tym, że jednym z ryzyk związanych z tego rodzaju konwersją (niepełną w swojej istocie, a przez to cokolwiek błądzącą) jest chaos w miejsce spodziewanego porządku. Zostajemy wytrąceni z orbity naszych przekonań, a oparcie w tym, co lubimy nazywać Rozumem staje się niewystarczające, skoro nagle w miejsce materii pojawia się duch, biologia siłuje się z transcendencją, a w poczekalni tego rodzaju rozmyślań ustawia się kolejka pełna upiornych zjaw z dość przypadkowych uniwersów. Innymi słowy - przed obłędem nie chroni nas światło jasnej wiary, a zamiast tego czyha na nas mrok duchowych anarchii. Lub jeszcze inaczej - jak powiada Bierdiajew: "Moje pragnienie nieograniczonej wolności musi być zrozumiane jako konflikt ze światem, a nie z Bogiem."
Trwa ładowanie...