Moje złego początki — narodziny i pierwsze lata...

Obrazek posta

Wielkanocna niedziela. Właśnie wróciłem od rodziny i mam koniec świąt. A że nie mam gdzie się wybrać i nie mam co robić, postanowiłem coś napisać.

*******

Urodziłem się jako pierwszy więc siłą rzeczy, jestem najstarszy z rodzeństwa. Urodziłem się jak Bóg i kościół przykazał. Nie jestem przyczyną ślubu ani efektem wielkiej miłości. Skąd wiem, ano urodziłem się półtora roku po ślubie. Wtedy ludzie nie zawierali jak teraz, małżeństwa dla seksu.

Rodzice poznali się przez daleką rodzinę. Spodobali się sobie, a że rodziny dogadały się, więc wzięli ślub. A miłość ? Wtedy trochę inaczej rozumiano to słowo. Na pewno była, ale jaka, tego nie wiem. Raczej nie nadaje się do "Harlekina" lecz pozwoliła im żyć wspólnie długie lata.

Urodziłem się zimowej nocy. Śnieg był głęboki i duży mróz. Lecz nie był to kłopot, żadnej karetki czy szpitala nie było. Pomoc była na miejscu. W końcu obok mieszkała akuszerka, wystarczyło zastukać w ścianę. Kłopotów raczej nie było. Raczej zaskoczenie. Podobno wszyscy byli przekonani, że będzie dziewczynka, a tu wyskoczył chłopak.

Jako dziecko byłem podobno nietypowy. Zreszta, jak mama się śmieje — nawet góry poznałem jeszcze przed urodzinami, jeszcze w łonie mamy. We wszystkim byłem taki "chłopak na opak".

 

Mówić zacząłem po około 7 miesiącach, a właściwie, wtedy powiedziałem pierwsze słowo i nie było to "mama" czy "tata". W którąś niedziele rodzice wybrali się na spacer. Wózek był, ale ja lubiłem zwiedzać świat na rękach. I właśnie kiedy przechodzili przez ulice, nie zauważyli samochodu nadjeżdżającego z tyłu. Właśnie wtedy krzyknąłem pierwsze słowo "auto". Nie, nie zacząłem wtedy mówić. Jeszcze przez pół roku nie chciało mi się mówić. Zresztą do dziś, nie z każdym chce mi się rozmawiać. Tak jakoś mi zostało.

Hobby, jak na te najmłodsze lata też miałem dziwne. Na przykład muzyka. Wystarczyło włączyć radio lub nastawić gramofon i już był spokój. Nie trzeba było mnie kołysać ani huśtać, sen też szybko przychodził. Na wszystkich zabawach i festynach też nie było kłopotu. Dziecko się zawieruszyło ? Żaden problem, na pewno było w pobliżu estrady. Stało i próbowało dyrygować orkiestrą albo wsłuchiwało się w słowa piosenek.

Drugą ulubioną rzeczą były książki. Do dzisiaj bardzo cenię książki. Wtedy raczej interesowały mnie obrazki. No, chyba że rodzice mi czytali. Z książkami wiąże się najciekawsza historyjka z moich najmłodszych lat. Kiedykolwiek rozmowa schodziła na temat czytelnictwa, zawsze ją mama przypominała. Wyobraźcie sobie trzylatka uczepionego kiosku "Ruchu" i płaczącego wniebogłosy. A czego to dziecko chciało ? Zabawki, samochodziku czy słodyczy ? Nie, ono krzyczało - "Mamusiu bądź grzeczna i kup mi książeczkę".

Na tym skończę. I tak nic więcej nie pamiętam.

 

~Irracja ©                                                                                                          7 czerwca 2009

narodziny pierwsze lata pierwsze słowo przygoda dziecięce upodobania

Zobacz również

Listy słane donikąd... #1
α-Theos – podróż w jedną stronę... I
Moje złego początki - dom rodzinny.

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...